Kortez - Bumerang '25/26 Tour w Starym Maneżu w Gdańsku

Nazywa się Łukasz Federkiewicz i urodził się w 1989 r. w Krośnie. Wychowywał się w podkarpackim Iwoniczu, jego matka amatorsko zajmowała się malarstwem, a ojciec grał na gitarze. On sam dużo słuchał muzyki klasycznej, w gimnazjum zaczął pisać miniatury fortepianowe. Gry na puzonie i pianinie uczył się w szkole muzycznej, później nauczył się jeszcze grać na gitarze. Na scenie muzycznej zadebiutował w 2015 r. płytą „Bumerang”, która przyniosła mu cztery nominacje do Fryderyków. Potem jego kariera potoczyła się lawinowo. Teraz, z okazji 10-lecia od debiutu, wyruszył w trasę Kortez – Bumerang ’25/26 Tour i zagrał wczoraj w Starym Maneżu. Podobnie jak dzień wcześniej i dziś – wszystkie trzy koncerty zostały wyprzedane.

Diamentowy „Bumerang”

nie, ale lubię jego muzykę
31%

nie, nie przepadam za nim
15%

Zanim został muzykiem, zajmował się innymi rzeczami, był m.in. nauczycielem rytmiki w przedszkolu, pracował na budowie, w lesie i jako ochroniarz w Biedronce. Może trudno to sobie dziś wyobrazić, ale Łukasz Federkiewicz znany powszechnie jako Kortez bez powodzenia brał udział w precastingu do popularnego talent show „Must Be the Music. Tylko muzyka”.

Jednak to właśnie tam i wtedy wypatrzył go Paweł Jóźwicki, szef wytwórni Jazzboy Records, i w kwietniu 2014 r. Kortez podpisał kontrakt płytowy oraz rozpoczął pracę z producentem i muzykiem Olkiem Świerkotem.

25 września 2015 r. wydał debiutancki album studyjny pt. „Bumerang”, który przyniósł mu cztery nominacje do Fryderyków i jedną statuetkę, nagrodę muzyczną radiowej Trójki – Mateusza, wiele innych wyróżnień oraz status podwójnej platynowej płyty, a następnie certyfikat diamentowej płyty. O „Bumerangu” pisano, że to intymny zbiór opowiadań o miłości i jej braku. Była to jedna z najlepiej przyjętych płyt w ostatnich latach.

Jesienią ub. roku minęło 10 lat od jej premiery. Z tej okazji artysta wyruszył w jubileuszową trasę koncertową, podczas której 29 i 30 kwietnia oraz jeszcze dziś wieczorem wystąpi w Starym Maneżu w Gdańsku. Klub już jakiś czas temu ogłosił totalny sold out.

Fenomen faceta w czapce z daszkiem

Na czym polega fenomen tego gościa w charakterystycznej czapeczce z daszkiem? Media od lat rozpisują się o jego wyglądzie i próbują uchwycić ten fenomen – Kortez jest uwielbiany przez publiczność, a jego koncerty wyprzedają się na pniu.

Przeglądając nawet nasze relacje z występów Krośnianina sprzed lat, nietrudno zauważyć ten zachwyt również wśród recencentów. W zasadzie rok po roku, a nawet kilka razy do roku zdarzało się nam opisywać fenomen Korteza: Kortez zdobył serca fanów w B90 (2016), Kortez znów oczarował publiczność w B90 (2017), Nostalgiczny Kortez wystąpił na Tarasach sopockiego Aquaparku (2018), Wszyscy kochamy smutne piosenki – Kortez wystąpił w B90 (2018), Kortez z nowym materiałem w Teatrze Szekspirowskim (2019), Kortez znowu wyprzedał koncert. Relacja z Muzycznego (2019), Hipnotyzujący Kortez w Teatrze Muzycznym (2020), Pierwszy koncert po długiej przerwie. Kortez zagrał w Gdyni (2021).

Mogłabym w zasadzie skopiować fragmenty tych relacji do opisania wczorajszego wieczoru. Bo Kortez od lat chwalony jest w zasadzie za to samo: „szczere teksty, subtelne melodie i charyzmatyczny wokal, co tworzy intymny, momentami nawet romantyczny klimat”, „na scenie sprawia wrażenie, że jest do cna autentyczny, czyli zwyczajnym chłopakiem, którego pasją jest muzyka i który za pomocą dźwięków i tekstów piosenek stara się uwolnić buzujące w nim emocje”, „Kortez po raz kolejny pokazał, że słuchanie smutnych piosenek, jeśli są dobre, dobrze wykonane i mają niebanalne teksty, jest naprawdę znakomitą rozrywką”, „Kortez bez zbędnego kokietowania i bez pośpiechu, samym śpiewem potrafi opowiadać przejmujące historie”, „nie chodzi na kompromisy”.

Dodaj reakcję
Dodaj reakcję

To nie moje klimaty, ale…

Może trochę przekornie, ale muszę przyznać, że nie należę do fanów/fanek Korteza ani też nie jestem znawczynią i wielbicielką jego twórczości, bo to zupełnie nie moje klimaty. Znam go z Męskiego Grania i kilku zasłyszanych gdzieś w radiu piosenek, tak na zasadzie „aha, to ten Kortez”. Jego fenomen zatem gdzieś mnie ominął. Może nie ma się czym chwalić, ale to wyznanie jest istotne w kontekście wczorajszego koncertu.

Bo szczerze mówiąc, nastawiałam się raczej na lekkie drzemki w trakcie występu, co przewidywałam po przesłuchaniu jego pierwszej płyty w domu. I przyznam od razu, że mocno się zdziwiłam, gdy muzycy zaczęli wczoraj grać. Pojawili się na scenie bez powitania i cały koncert zagrali bez słowa (poza lekkim tłumaczeniem się Korteza przy dwóch pomyłkach w „Ćmie barowej”). W ciągu 1,5-godzinnego występu Kortez wypowiedział jedynie trzy słowa: przed bisami „dobry wieczór” i „dziękujemy” na koniec, co znane jest jego fanom, ale postronnych słuchaczy może nieco szokować.

W czwartek w Starym Maneżu Kortezowi (śpiew, gitara, fortepian, gitara basowa, puzon, instrumenty klawiszowe) towarzyszyli na scenie: Krzysiek Domański (gitara basowa, instrumenty klawiszowe, chórki), Tomek Duda (saksofon, klarnet basowy, flet oraz gitara), Jarek Kozłowski (perkusja, bębny), Tomasz Ziętek (trąbka, instrumenty klawiszowe).

Warto też odnotować, że fenomenalną, widowiskową reżyserią światła zarządzał Krzysiek Broszkiewicz (oświetlenie zbudowało świetny, nastrojowy klimat), a bardzo dobrze dźwiękiem operował Michał Przytuła – akustycznie koncert zagrany był bez zarzutu. Z kolei kierownictwem sceny zajął się Patryk Śliwiński.

Dodaj reakcję
Dodaj reakcję

Różnorodność muzyczna

Oczywiście na scenie zabrzmiały chyba wszystkie utwory z płyty „Bumerang” – począwszy od „Pocztówki z kosmosu” przez „Zostań”, „Ludzie z lodu”, „Uleciało”, „Z imbirem”, które rozkręciło się w zaskakujący elektroniczny popis umiejętności klawiszowych i świetlnych zespołu, przypominający bardziej show rodem z dyskografii Jeana-Michela Jarre`a, co było naprawdę świetne, po tytułowy „Bumerang”.

Reżyseria i dramaturgia koncertu były dobrze przemyślane – muzycy z kawałka na kawałek coraz bardziej się rozkręcali, wychodząc od utworów najbardziej minimalistycznych, gdzie nie brakło też solowych popisów Korteza na gitarze (jak wspomniana już „Ćma barowa”), po żywsze i bardziej rozbudowane. Artysta zmieniał co jakiś czas instrument i mogliśmy też posłuchać jego gry na puzonie. Ale to nie wszystko, bo w trakcie koncertu usłyszeliśmy również klarnet basowy czy flet. I ta różnorodność muzyczna była ogromną siłą tego występu, który trudno nazwać inaczej niż ucztą. Muzycznie to była najwyższa półka, prawdziwy crème de la crème nie tylko dzięki samym kompozycjom, co ich aranżacjom.

Trochę dziwić może, że Kortez zaliczany jest do artystów w kategorii pop, bo po tym koncercie zdecydowanie widać, że on jest raczej na pograniczu wielu gatunków. A o jego fenomenie świadczy według mnie właśnie siła jego muzyki, która wcale nie jest prosta i wpadająca w ucho jak zwykła ballada. Wykształconego i doświadczonego muzyka, w którym w dodatku łatwo dostrzec talent, wyczuć można z daleka, nawet nie wiedząc nic o jego życiorysie.

Muzycy zagrali godzinny koncert, po czym zeszli ze sceny, by wrócić na nią po kilkuminutowych brawach. Zagrali jeszcze przez pół godziny kilka utworów, m.in. „Kominy” i „Wiem, że mnie podglądasz”. Publiczność, która składała się raczej ze starszych niż młodszych osób (większość stanowiły osoby 40+), siedziała grzecznie jak zaczarowana. W zasadzie ani nie śpiewała, ani nie klaskała w trakcie utworów. Nagradzała jedynie każdy utwór rzetelnie na koniec. Dopiero po bisach część widzów wstała i oklaskiwała wykonawców na stojąco. Myślę, że zupełnie zasłużenie.