„Nie będę nadstawiał d…, by […] w Gdańsku zbierali laury” – takiej odpowiedzi Bogdan Borusewicz zapewne nie spodziewał się, gdy poprosił Zbigniewa Romaszewskiego o pomoc w stworzeniu gdańskiego Radia „Solidarność”. Romaszewski, dziś wraz z Borusewiczem zaliczany do grona legend antykomunistycznej opozycji, dopiero co wystartował z podziemną rozgłośnią i nie zamierzał tak łatwo dzielić się sukcesem z kolegami z Wybrzeża. Próba sił trwała na szczęście krótko, a gdańskiemu podziemiu udało się ostatecznie nie tylko rozpocząć nadawanie, ale i rozwinąć działalność Radia. Do tego stopnia, że audycji, płynących z ukrytych radioodbiorników, słuchali nawet uczestnicy pochodu 1-majowego!
„Solidarność” na fonii i na wizji

tak, bo to robiłam/em
40%
tak, żyję już po tym okresie
10%
tak, ale raczej bez heroicznych czynów
30%
raczej nie, nie sądzę
20%
„Solidarność” przełamała wieloletni monopol, a raczej monopole władz komunistycznych. Nie tylko na reprezentowanie pracowników różnych branż, nie tylko głośno domagając się poprawy warunków bytowych i socjalnych, w jakich funkcjonuje społeczeństwo, ale też tworząc alternatywne media. Z jednej strony Radiową Agencję Solidarność Gdańsk, z drugiej Agencję Telewizyjną Biura Informacji Prasowej Solidarność. Radiowa Agencja wyspecjalizowała się w przygotowywaniu zarówno jednorazowych, jak i cyklicznych audycji, nagrywanych na kasety do magnetofonu. Jak to wyglądało w praktyce? Za przykład weźmy I zjazd „Solidarności” (odbywający się w dwóch turach, 5-10 września i 26 września-7 października 1981 roku): codzienna praca redakcji zaczynała się od wielogodzinnego pobytu w hali Olivia. Tam nagrywano co ważniejsze pytania, wypowiedzi, dyskusje itd., po czym z zebranego materiału montowano co najmniej godzinną (a zdarzały się i 2-godzinne nagrania) relację. 200 kopii robionych w nocy
Takie dźwiękowe podsumowanie danego dnia zjazdu było gotowe zwykle w nocy, koło godz. 2:00-3:00, a potem ruszało w Polskę. Oczywiście nie było tak, że jedna kaseta dokumentująca, co powiedział Lech Wałęsa czy Jan Rulewski, kursowała sobie od Gdańska do Torunia, od Torunia do Warszawy i od Warszawy, dajmy na to, do Kielc. Nagranie kopiowano bowiem na blisko 200 tego typu nośników i przekazywano kurierom. Ci natomiast wsiadali do pociągów i jechali z materiałem do określonych miast, a w zasadzie zlokalizowanych w nich większych zakładów przemysłowych. Tam nagrana audycja, poprzez radiowęzeł, trafiała do załogi. A radiowcy? Kilka godzin snu, jakieś śniadanie i znowu podróż do hali, która miłośnikom gdańskiego sportu nieodmiennie kojarzy się ze zwycięstwami i porażkami hokeistów Stoczniowca.
Z kolei, gdy 7 września 1981 do członków Związku dotarł sprzęt telewizyjny, można się było zabrać za realizowanie krótszych i dłuższych form audio-wideo. Jakich? Oddajmy głos Maciejowi Pawlakowi, jednemu z organizatorów, już podziemnego, Radia Solidarność w Gdańsku: „To wtedy powstał, pierwszy w Polsce, niezależny film dokumentalny Kandydat [o wyborach na przewodniczącego „S”, zwyciężył Lech Wałęsa, który pokonał Mariana Jurczyka, Jana Rulewskiego i Andrzeja Gwiazdę – przyp. red.], liczne reportaże, w tym z ostatnich obrad Komisji Krajowej. Filmowano do ostatnich minut przed stanem wojennym […]. Dzięki nim [materiałom archiwalnym] można zobaczyć, jak już po obradach Komisji Krajowej, w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku, do Lecha Wałęsy podszedł Olek Hall. On już wiedział od Adama Hodysza, że zaczęła się rozprawa ze związkiem „Solidarność”, ze społeczeństwem”.
Ekipa Wojciecha Jaruzelskiego, wyprowadzając na ulice czołgi i tłamsząc solidarnościowy zryw, odzyskała inicjatywę. Również w sferze informacji, czego ponurą oznaką stali się umundurowani prowadzący wieczornego Dziennika Telewizyjnego (DTV). Militaryzacja nie ominęła nawet wiadomości sportowych – o tym, jak radzili sobie Polacy w halach i na stadionach, widzowie dowiadywali się od, przebranego w uniform kapitana lotnictwa, Waldemara Krajewskiego. Społeczeństwo odpowiedziało demonstracyjnymi spacerami w porze nadawania głównego programu „informacyjnego” TVP, a także plakatami z hasłami typu „DTV łże!”, „DTV kłamie!”, rozlepianymi na słupach ogłoszeniowych, wiaduktach itd. Równolegle opozycja, parafrazując nieco słynne słowa Jacka Kuronia, zajęła się nie tylko krytyką mediów komunistycznych, ale też tworzeniem własnych, konspiracyjnych środków przekazu. 12 kwietnia 1982 roku w eter popłynęły pierwsze dźwięki warszawskiego Radia „Solidarność”. Kwestią czasu stało się powstanie podobnego medium nad Motławą.
„W czasie demonstracji zasłaniać twarze szalikami”
Jeden z liderów trójmiejskiej opozycji, Bogdan Borusewicz nie marnował czasu i jeszcze w kwietniu skontaktował się ze Zbigniewem Romaszewskim, organizatorem stołecznej audycji. Plan był taki, aby Warszawa udostępniła Gdańsku nadajnik, a za resztę kwestii związanych z radiowym podziemiem na Pomorzu, choćby emitowaną treść, będzie odpowiedzialny „Borsuk” [pseudonim Borusewicza] i jego współpracownicy. Ten ostatni wychodził bowiem z założenia, że gdańska rozgłośnia powinna nadawać lokalne informacje – chodziło zarówno o docieranie do słuchaczy z tym, co ich bezpośrednio interesuje, jak i wpływy w konspiracji.
Powiedzieć, że Romaszewskiemu taka asertywna postawa się nie spodobała, to nic nie powiedzieć: zasłużony opozycjonista miał stwierdzić, że „nie będzie nadstawiał dupy, by […] w Gdańsku zbierali laury”. Koniec końców stanęło na tym, że wyznaczony konspirator przywiezie z Warszawy sprzęt i gotowe nagranie, a gdańszczanie je nadadzą.
Doszło do tego 30 kwietnia, a audycja została puszczona w eter z jednego z bloków na ulicy Tatrzańskiej, w Oliwie. Nie obyło się bez perypetii – gdy para nadających była już na ostatnim piętrze i przygotowywała się do wyjścia na dach przez klapę w suficie, natknęła się na mieszkankę, która właśnie rozwieszała ubrania w pobliskiej suszarni. Zaniepokojona odgłosami obok zostawiła pranie i podeszła do nich, „zdziwiona […], że panowie pracują po godzinach i przedostają się na dach przez wąziutkie okno pod sufitem, a nie przez przeznaczone do tego stalowe drzwi”. Mężczyźni przekonali kobietę, że nie ma się czym martwić, ale wolno przypuszczać, że przynajmniej przez moment ich twarze były bielsze niż czekające na rozwieszenie koszule czy majtki. Gdy jednak niebezpieczeństwo w postaci czujnej lokatorki minęło, a na ich twarze powróciły kolory, nadajnik, wraz z anteną, poszedł w ruch i pierwsza emisja gdańskiej ekipy radia stała się faktem. Słyszalna zresztą nie tylko w Oliwie, ale i na Żabiance, Przymorzu, we Wrzeszczu, a nawet na molo w Sopocie.
Z czasem, jak chciał Borusewicz, radiowcy nad Motławą przeszli do nadawania autorskich programów. Ich zakres tematyczny był różnorodny: od informowania o represjach reżimu komunistycznego wobec miejscowej opozycji, przez wypowiedzi ukrywających się działaczy, po wiadomości na temat planowanych demonstracji prosolidarnościowych w Trójmieście i okolicach. W tym ostatnim przypadku redakcja instruowała ponadto słuchaczy, jak zabezpieczyć się przed milicją czy ZOMO. Oto fragment jednego z nagrań: „Należy wychodzić z zakładów zorganizowanymi grupami, zbierając się w ustalonych wcześniej punktach. W czasie demonstracji zasłaniać twarze szalikami, czapkami sportowymi i tym podobnie […]. Nie należy zatrzymywać się przed kordonami, lecz omijać je w ruchu […]. W czasie powrotu unikać centralnych dworców, używać bocznych ulic. Obserwować, czy nie dołącza jednocześnie kilkudziesięcioosobowa grupa młodych ludzi, krótko postrzyżonych, lat około 20, ubranych podobnie, na przykład w dresy”.
PRL-owskie służby tydzień w tydzień, miesiąc w miesiąc polowały na ludzi radia, ale zwykle bezskutecznie. Co prawda nadający czy dystrybuujący kasety z audycjami wpadali w ręce bezpieki, ale funkcjonariuszom nigdy nie udało się rozbić redakcji. A radio, choć złożone z cywilów, prezentowało iście ułańską fantazję. Co prawda pomysłów z puszczaniem programów poprzez głośniki zamontowane na przystankach tramwajowych czy za pomocą balonów (do których przyczepiano by nadajnik i magnetofon) nie udało się zrealizować. Emisje z wykorzystaniem kolumn nagłośnieniowych, umieszczanych na dachach bloków i innych budynków, już jednak wypaliły. Nadawanie dźwięków w ten sposób niosło ze sobą poważne ryzyko, gdyż zestaw, składający się z magnetofonu, kasetowego nośnika, wzmacniacza mocy i kolumny, po audycji był „spalony” i zostawał na dachu. „Bezpieka dostawała w prezencie sprzęt, z którego mogła zdjąć odciski linii papilarnych, a […] [za sprawą] kaset z audycją, dostawali dodatkowy materiał do badań” (redaktor Maciej Pawlak). Niemniej, gra była warta świeczki.
1 Maja, opancerzone SKOT-y i głos Bogdana Lisa
Mieszkańcy Trójmiasta wysłuchali co najmniej kilku „ulicznych” programów. Spośród nich chyba największą wściekłość komunistów wywoływały nagrania emitowane tuż przed świętem 1 Maja lub wręcz podczas pochodu 1-majowego. Cóż się dziwić, przecież partia od 40 lat głosiła jedność z robotnikami, a tu nagle z głośników płyną słowa oskarżające władzę o zdradę sprawy robotniczej, bycie, by użyć późniejszego określenia, „kawiorową lewicą”. W dodatku odbiorcami audycji byli ci, których „czerwona” władza teoretycznie reprezentowała – trudno o większe upokorzenie. Warto zatem przypomnieć kilka z nich, pierwszy przykład z brzegu to program nadany 25 kwietnia 1984 roku. Na miejsce emisji wybrano wówczas Wrzeszcz i dach budynku na ulicy Grunwaldzkiej, w pobliżu domu towarowego „Sezam”. Montażem sprzętu zajęło się dwóch przedstawicieli podziemia, Zenon Kwoka i Jerzy Rozmus.
Jako pracownicy techniczni, wnieśli oni radiowy zestaw (magnetofon, kaseta, wzmacniacz, kolumna 60 W i zegar) na najwyższe piętro, zainstalowali go na górze i odpalili czasomierz, który miał uruchomić wszystko za 10 minut. Potem ewakuacja i obserwowanie, czy audycja rzeczywiście zostanie wyemitowana. Obawy opozycjonistów okazały się bezzasadne: nie dość, że nagranie poszło w eter, to jeszcze w całości, a trwało 25 minut. Przez blisko pół godziny gdańszczanie mogli więc słuchać szczegółów na temat planowanych, niezależnych od władz pochodów z okazji Święta Pracy w Gdańsku i Gdyni, a także apeli o zbojkotowanie wyborów do rad narodowych i amnestię dla więźniów politycznych. Nie zabrakło też głosów przywódców solidarnościowej konspiracji, z Bogdanem Lisem na czele oraz motywu kulturalno-opozycyjnego: piosenki z I Przeglądu Piosenki Prawdziwej „Zakazane Piosenki” (festiwalu twórczości niezależnej, który odbył się w Gdańsku w 1981 roku).
Wprawdzie odbiór z poziomu ulicy był lekko zakłócony przez ruch tramwajów i samochodów, ale i tak radiowe podziemie odniosło poważny sukces. A „smutni panowie” z SB? Robili dobrą minę do złej gry, zapewniając na łamach trójmiejskiej prasy, że sprzęt udało się skonfiskować przed audycją. Ba, bezpieczniacy mieli nawet zatrzymać kilka osób zamieszanych w przygotowanie programu. W wewnętrznej dokumentacji nieco spuścili z tego samochwalczego tonu: przyznawali, że nikogo nie udało się zakuć w kajdanki, ale i tak utrzymywali, że uniemożliwili emisję, przechwytując wcześniej zestaw z magnetofonem i kasetą. Prawda wyglądała zaś tak, że „przy tej akcji nikt nie wpadł, a sprzęt był zgodnie z planem przeznaczony na straty” (Maciej Pawlak). Cała historia to nie tylko przykład nieudolności prl-owskich służb, ale i dowód, że nie należy bezkrytycznie wierzyć w raporty, meldunki itd. tworzone przez funkcjonariuszy aparatu represji.
Na koniec natomiast jeszcze jeden, jeszcze bardziej efektowny epizod z dziejów podziemnej radiofonii nad Motławą. Konspiratorzy nie poprzestali bowiem w 1984 roku na nadaniu audycji przed Dniem Pracy, ale uderzyli w samo święto, i to podczas gdańskiej demonstracji 1-majowej! Aby zwiększyć prawdopodobieństwo emisji, pod koniec kwietnia zainstalowali „gadały” (zestawy głośnomówiące) w 4 miejscach (ostatecznie „przemówiła” jedna z nich) w okolicach trasy przemarszu, m.in. na strychu bloku przy Operze Bałtyckiej, a także w Teatrze Miniatura. Pozostawione zestawy składały się z radia (dostrojonego do nadajnika UKF) i przymocowanej do niego tuby, służącej do wzmocnienia dźwięku. Gdy uczestnicy pochodu znaleźliby się w pobliżu tych odbiorników, osoby ukryte nieopodal z nadajnikiem i magnetofonem z kasetą miały przystąpić do działania. Nastawione radia z tubą poniosłyby zaś audycję w kierunku maszerujących.
Tyle, jeśli chodzi o teorię, a jak wypadła praktyka? Cytat z książki Macieja Pawlaka „Radio Solidarność w Trójmieście”: „[Dookoła] ZOMO, opancerzone SKOT-y i rakietnice […]. Na trybunie była partyjna delegacja ze Związku Radzieckiego […]. W końcu [uczestnicy pochodu] doszli do Teatru Miniatura we Wrzeszczu. I tam usłyszeli audycję z aparatury, którą zainstalowali [radiowcy]. Najpierw popłynęły Mury, potem zabrzmiał głos Tomka Kolińskiego: „Mówi Radio Solidarność Gdańsk. Nadajemy specjalne pierwszomajowe wydanie naszej audycji. Witamy wszystkich, którzy wybrali się na solidarnościową manifestację. Naszymi hasłami dzisiaj są: wolność dla więźniów politycznych, precz z podwyżkami cen, żądamy przywrócenia pluralizmu związkowego”. Potem mówił Bogdan Lis, była też zapowiedź audycji Radia Solidarność z 15 maja o 20:00, całość trwała około dziewięciu minut”.
Przy pracy nad tekstem korzystałem z publikacji: serwisu dzieje.pl, internetowej Encyklopedii Solidarności – https://encysol.pl/, „Radio Solidarność w Trójmieście” Macieja Pawlaka, serwisu Polskiego Radia „Podziemne Radio Solidarność” – https://www.polskieradio.pl/220,podziemne-radio-solidarnosc i filmu „Radio Solidarność Gdańsk” Jarosława Rybickiego.