— Dlaczego młody Żewłakow wchodzi za każdym razem i wygląda znakomicie, ale nigdy nie dostaje szansy od początku? Czy tak trudno dać szansę? Jak jest dobry, to ma grać — rozlicza Legię Warszawa i całą polską piłkę Marcin Mięciel w mocnej rozmowie z PS Onet. O grzechach przeszłości też w niej opowiada.

Marcin Mięciel: Na pewno czasy są inne, pewnie w mniejszych miejscowościach są dzieci puszczone samopas, ale tu w Warszawie raczej są dzieciaki, które wszystko mają. To oznacza, że z jednej strony mają łatwiej, ale też mają ciężej. My nie mieliśmy takich pięknych trawników nawet w Ekstraklasie, a dziś rodzic potrafi zapytać, czemu liście leżą na trawie, dlaczego ścinki traw nie są zebrane i tak dalej. Dzieci mają nowy sprzęt, nowe piłki, wszystko. I to dobrze, bo tak powinno być, ale są też skutki uboczne, bo dzieci nie mają takiego samozaparcia. My ich kształtujemy jako piłkarzy, ale w pewnym momencie najważniejszy jest charakter i to on decyduje o tym, kto zrobi karierę a kto nie.

Trenujemy z nimi cztery razy w tygodniu po 1,5 godz., czasem 2 godz., a dalej to rodzice, podwórko i szkoła umacniają te dzieci; tam się decyduje, czy one sobie w przyszłości dadzą radę, czy nie. Ja jestem z Tczewa, Maciek Bykowski z Elbląga, zawsze wielu zawodników pochodziło z małych miejscowości, często wychowywali się bez ojców, więc mieli trudniej i musieli sobie radzić. Nie znam wielu dzieci z bogatych domów, które zostały piłkarzami, może Artur Wichniarek, ale czy ktoś jeszcze? Jak zawodnik idzie do Ekstraklasy, to sprawdzam często, skąd jest i to są zwykle dzieciaki z małych miejscowości. Niekoniecznie z biedy, bo przecież ogólnie Polak jest statystycznie bardziej zamożny, co oczywiście jest bardzo dobre. Nikomu nie życzę takiej „szkoły życia” bo sam wiem, jak to jest, jak nie ma czasem co jeść. Mama szła do pracy i mieliśmy chleb z cukrem, popijaliśmy wodą i dalej graliśmy w piłkę.

Ojciec był dobrym piłkarzem, ale miał wypadek z okiem, przestał grać w piłkę i nie potrafił sobie z tym poradzić, zaczął pić. Był zawodnikiem Arki Gdynia, Stoczniowca Gdańsk, dziś to by była 1. liga. Jeden z jego najważniejszych goli był na Lechii, gdy wkręcił piłkę bezpośrednio z rzutu rożnego.

Szukał jeszcze potem kontaktu, jak od was odszedł?

Tak nie mogę powiedzieć, ale gdy graliśmy na Arce, podszedł, pogadaliśmy, było OK, ale nic więcej. Potem czasem go widziałem, ale to nie był miły widok. Myślę, że on nie potrafił wtedy szukać tego kontaktu, był zniszczony przez alkohol, w końcu zapił się na śmierć.

Ruszyło cię to?

Nie. Chyba moja siostra Kasia, mocniej to przeżyła. Dla kobiet ojciec chyba ma większe znaczenie. Wiesz co, ja też tego kontaktu z ojcem nie szukałem, narobił nam dużo szkód, głównie mamie. Mama miała bardzo ciężko, pracowała od rana do nocy. Mnie wychowywało podwórko, szkoła. Może dlatego nie było mi trudno podjąć decyzji, żeby wsiąść w pociąg w wieku 17 lat i pojechać do Warszawy podpisać umowy z Pogonią Konstancin, która ściągała zawodników w imieniu Legii Warszawa. Wiedziałem, że to jedyna droga, żeby wyjść z biedy.

Byliśmy biedni, ale szczęśliwi

Kiedy zorientowałeś się, że w domu jest biednie?

Powiem tak, chłopcy, których ojcowie jeździli do Niemiec do pracy, mieli lepiej. Oni mieli piłki, ja jako dziecko nie miałem piłki. Dopiero chrzestny mi kupił, brat mojej mamy.

To czym graliście?

Nasz blok miał cztery klatki, 10 pięter, na każdym piętrze sześć mieszkań, więc zawsze ktoś w bloku miał piłkę. Zawsze wiedziałem, że jest biednie, jednak nigdy nie robiłem z tego dramatu. Jak był chleb z cukrem, to byliśmy szczęśliwi. Do końca miesiąca nigdy nie starczało, więc mama szła pożyczać i jakoś się udawało przetrwać. Czas płynął. Czasem jako pielęgniarka, jeździła do Libii dorobić trochę i wtedy było OK. Ja byłem wtedy u rodziny, siostra miała kilka lat, więc pewnie jej było ciężej. Ale tak musiało być. Mama to fantastyczna kobieta, po prostu stawała na głowie, zawsze była niesamowicie pracowita, zresztą do dziś pracuje i ma się dobrze.

Trudne czasy kształtują silnych ludzi?

Jak byłem już w Lechii, dojeżdżałem codziennie z Tczewa na Lechię, a dziś 17-letni chłopak potrafi napisać, że nie przyjedzie na mecz, bo nie ma transportu. W Warszawie nie ma transportu! Oni mówią, że nie mają dużej bramki i muszą strzelać do małej. Ja się śmieję, że pół dzieciństwa strzelałem do bramki zrobionej z dwóch kamieni i sobie wyobrażałem, że to prawdziwa bramka. I kłóciliśmy się czy weszła, czy jednak nad poprzeczką. I jakoś tym piłkarzem zostałem.

Marcin Mięciel na stadionie swojego klubu STF Champion

Marcin Mięciel na stadionie swojego klubu STF ChampionŹródło: Marek Wawrzynowski / Marek Wawrzynowski

Brak tej piłki podwórkowej jest problemem?

Na pewno byliśmy przygotowani technicznie, bo człowiek kiwał się cały czas. Ale inna sprawa jest taka, że dziś ci chłopcy grają w klubach i tyle, a wtedy grało się godzinami, więc tych kontaktów z piłką było znacznie więcej. Choć teraz widzę, że w Warszawie powstały jakieś ligi amatorskie i to jest super. U nas było granie non stop, a do tego mieliśmy w bloku siłownię, którą sami sobie zrobiliśmy.

Rano graliśmy mecze podwórkowe, a po południu w klubie i trener się nie zorientował. A dziś chłopcy potrzebują regeneracji. Inne czasy, inne organizmy. Jak była zima, to graliśmy w hokeja albo w „halówkę”, czyli na większej klatce w bloku piłką do tenisa ziemnego. A potem weszły filmy z Van Dammem i uprawialiśmy sporty walki. Cały czas byliśmy w ruchu, biegaliśmy po drzewach, po budowach, do czego nie namawiam akurat. Graliśmy z dziewczynami w grę w klasy (grykla), więc ta koordynacja była ćwiczona cały czas. A teraz dzieciak nie umie się przewrócić.

Dziś dodatkowo lekcje wychowania fizycznego są na niskim poziomie, zanim się przebiorą, wyjdą na dwór, to 15 minut i do widzenia. I połowa klasy ćwiczy, połowa nie. No i oczywiście dzieci są wszędzie wożone. Ja musiałem wszędzie chodzić, bo nie miał mnie kto zawieźć. Mama szła na 6 do pracy, ja brałem siostrę za rękę i do przedszkola, potem do szkoły na lekcje basenu, których nie znosiłem. Na szczęście w trzeciej klasie wybudowano już szkołę obok mojego domu.

Dzieci nie potrafią zrobić przewrotu

I poszedłeś do klasy sportowej.

Tak, ale o profilu piłki ręcznej, więc byłem bramkarzem. Podobno bardzo dobrym. Ale ogólnie trenowaliśmy różne sporty: koszykówkę, skok wzwyż, ćwiczenia na skrzyni, kozły, konie, wszystko. Myślę, że to było dobre. A dziś na 15 dzieciaków, 14 nie potrafi zrobić przewrotu. Jak chcemy kształcić sportowców? Dlatego my w klubie robimy motorykę, koordynację, to są tak naprawdę podstawy, które powinna robić szkoła.

Jak w ogóle trafiłeś do Lechii?

Grałem w Wiśle Tczew, potem w Unii, ale jakoś mi się nie chciało chodzić na treningi, wolałem granie z kolegami. Kiedyś zapisaliśmy się na turniej drużyn podwórkowych organizowanych przez Wisłę Tczew, kupiliśmy białe koszulki, naszyliśmy na nie gryfa, były numery. Ojciec kolegi zrobił nam jakieś treningi i zagraliśmy. Kiwałem, strzelałem. Po turnieju podszedł do mnie starszy pan, zaprosił na treningi w Lechii. Okazało się, że to był ojciec Kamila Jakubiaka [który później zagrał w Ekstraklasie w barwach Polonii Warszawa]. Na treningu wypadłem dobrze, spodobałem się i zostałem w drużynie u trenera Jerzego Brzyskiego.

Spełnienie marzeń?

No tak… zwłaszcza że trzeba było wstać o 5 rano, iść na autobus, stąd 20 minut na dworzec PKP, dalej 40 minut pociągiem do Gdańska i potem pół godziny kolejną podmiejską do szkoły. Po szkole chłopcy z Gdańska szli do domu, a my z Kamilem Jakubiakiem szliśmy piechotą na Lechię, szwendaliśmy się, oglądaliśmy witryny sklepowe. Potem trening i na dworzec. I o 22 byłem w domu. I tak dzień w dzień. Tak wyglądała moja młodość, ale ja byłem szczęśliwy, bo marzyłem już wtedy, żeby być piłkarzem.

Dlatego ja dziś chłopakom mówię: „Są dwie różne rzeczy, jeden chce być piłkarzem, a drugi mówi, że chce być piłkarzem”. Jeśli naprawdę chcesz być, nie ma dla ciebie przeszkód. Charakter, determinacja, to jest klucz. Czasem pytam chłopaków: „Chłopcy, kto chce grać w piłkę”. Oni odnoszą ręce, więc ja im mówię: „Wy wcale nie chcecie, nie dajecie z siebie 100 proc.”. To jest naprawdę trudna droga. I oni powoli zmieniają podejście. Niedawno kazałem iść im do pracy, jeden sprzedawał choinki. Gdy wrócił, zapytałem go, czy mu się podoba. Powiedział, że nie. Więc pytam: „To dlaczego nie dajesz z siebie więcej?”. Staram się robić, co mogę, żeby zrozumieli, że piłka to wyrzeczenia, piękna droga, ale trudna.

Marcin Mięciel

Marcin MięcielŹródło: Marek Wawrzynowski / Marek Wawrzynowski

A sam też miałeś wybór?

Nie. Ja nie brałem pod uwagę innej opcji. Moja wychowawczyni jak wracała do domu, mijała mnie i często mówiła: „Mięciel, ty cały czas grasz w tę piłkę, weź się w końcu za naukę”. Ale dziś moje zdjęcie wisi w szkole jako wybitnego absolwenta (śmiech). Ale dla mnie to było całe życie, śnieg, deszcz, wszyscy w domach, a ja na boisku. A dziś są naprawdę dobre czasy dla młodych, warto powalczyć, nie musisz grać w Ekstraklasie, druga, trzecia liga i możesz fajnie żyć, odłożyć, a do tego robisz papiery trenerskie, idziesz na studia. I naprawdę to jest fajna droga życia. Ale oprócz treningu, musisz mieć szczęście, dobrze trafić, musisz dobrze się odżywiać, chodzić spać o odpowiedniej godzinie i tak dalej. Wiele wyrzeczeń, dyscyplina. A jak nie, to skończysz z kontuzją albo po prostu nie dasz rady.

Sam debiutowałeś w najwyżej lidze w dość młodym wieku.

Miałem 17 lat, wtedy 1. liga była podzielona na dwie grupy. Weszliśmy w pięciu do pierwszej drużyny Lechii, w tym ja i Grzesiek Szamotulski.

Pamiętasz swój debiut w seniorach?

Nie. Stres był tak duży, że nie zapamiętałem nic z mojego pierwszego meczu. Powoli wchodziliśmy do gry. Dziś młodzi mają trudniejszą drogę na tej ostatniej prostej. Trenerzy nie mają stabilizacji, są wymieniani co pół roku, więc nie będą ryzykowali, żeby dać młodemu zawodnikowi grać, wolą postawić na doświadczonego obcokrajowca. To nie jest dobry system dla polskiej piłki. Ja potrzebowałem kilku meczów, żeby poczuć się swobodnie. Gdyby ktoś na mnie popatrzył w tych pierwszych meczach, powiedziałby, że szału nie ma.

Wprowadzanie młodego zawodnika to złożony proces, w którym potrzeba cierpliwości. A często tego brakuje. Dlaczego na przykład nie ma tak jakiegoś zorganizowanego procesu w Legii, która ma potężną akademię? Powinno tak być, że przychodzi trener i dostaje wytyczne od prezesa: „Walczysz o mistrza, ale musisz kilku chłopaków wprowadzić do gry”. I ci młodzi zawodnicy — jeśli zliczyć minuty — powinni mieć co najmniej 10 pełnych spotkań. I wtedy możemy cokolwiek o nich powiedzieć. A tak zagrają jeden mecz, nie wyjdzie, i kluby wracają do starego rozwiązania.

Gdy wszedłem w końcu na kwadrans na Elanę Toruń, wszystko mi się ułożyło. Dostałem kilka świetnych piłek, zagrałem jeszcze lepsze i potem wyszedłem w pierwszym składzie. Doświadczony napastnik, który usiadł na ławce, był na mnie wściekły. Ja myślałem, że już jestem zawodnikiem, ale kolejny mecz był słaby, nie miałem wiele z gry i trener mnie zmienił. Potem trochę grałem, trochę nie, raczej końcówki, ale już ludzie mnie krytykowali, że co to a król strzelców juniorów, co w seniorach nie potrafi strzelić bramki. Wtedy zgłosiła się Pogoń Konstancin.

Młodemu trzeba dać szansę

Wiele osób nie pamięta. To był taki klub — pośrednik transferowy, który prowadził Janusz Romanowski, jednocześnie właściciel Legii. Czyli jak kupował to po to, żeby zawodnika z czasem dać do Legii.

Dostaliśmy razem z „Szamo” ofertę i obaj z niej skorzystaliśmy. Pogoń wypożyczyła nas do Hutnika Warszawa. Ja wtedy w 1. lidze, chyba w 12 meczach, strzeliłem sześć bramek, grałem naprawdę świetnie; ze Stomilem zagrałem koncert, a tam grali Czereszewski, Sokołowski, poważni zawodnicy. Przyszedł Paweł Janas i powiedział, że zabiera mnie na obóz z Legią. Jakbym został w Lechii, to kto wie, może nigdy bym nie grał w piłkę. Nigdy się nie dowiem. OK, są tacy chłopcy jak Pietuszewski, że od razu jest jasne, że będą grali. Ale wielu jest takich chłopaków, którym trzeba dać szansę, czas, zaufać. Ja tak patrzę na Legię, bo mamy najbliżej. Jak oni biorą trzech napastników, z których dwóch się nie nadaje, to dlaczego jednego miejsca nie zajął chłopak z akademii, taki Gieroba. Tyle lat w niego inwestowałeś, daj mu chociaż szansę. Dlaczego nie możemy wziąć czterech juniorów i niech jeden wypali? To są kwestie, których nie rozumiem. Dlaczego młody Żewłakow wchodzi za każdym razem i wygląda znakomicie, ale nigdy nie dostaje szansy od początku? Czy tak trudno dać szansę? Jak jest dobry, to ma grać.

Jest Rajović za 3 mln euro.

Grałem w Niemczech, tam jest prosta zasada, gra lepszy, a najlepiej krajowy. Polak musi mieć pierwszeństwo, chyba że ktoś jest poziom wyżej. Prezes powinien powiedzieć: czterech juniorów musi być zawsze, w tym dwóch musi być na boisku. Oni wam nie popsują. A jak popsują, to co? Starsi zawodnicy nie popełniają błędów? To młodzi zawodnicy doprowadzili do tej kryzysowej sytuacji?

No nie. Ty swoją szansę dostałeś, czasy były lepsze.

A szatnia była naprawdę na niesamowitym poziomie. Wojtek Kowalczyk, Jerzy Podbrożny, a za nimi doświadczeni zawodnicy jak Zbyszek Grzesiak, Darek Szeląg, dalej utalentowany Andrzej Sazanowicz. Myślę sobie: „gdzie ja do nich, nie mam szans”. Pojechałem na obóz i wróciłem jako napastnik nr 3. I tak sobie myślę, że przecież dopiero co byłem rezerwowym w Lechii. A zaraz wyjechał „Kowal” i wskoczyłem na pozycję nr 2. W Legii Warszawa! Szansę dał mi Paweł Janas.

Mieliśmy wojnę, połączyliśmy siły

Wejście do szatni Legii chyba nie było takie łatwe.

Doszło do ostrej scysji na obozie we Włoszech. My, jako młodzi, się buntowaliśmy, bo starzy mieli fory. Można powiedzieć, że była „fala”. Starzy mieli swoje imprezy, my trzymaliśmy się razem. Na obozie siedzieliśmy przy oddzielnych stolikach. Na treningu waliliśmy się po nogach, aż iskrzyło. Jak były karne, to nikt nie chciał strzelić bramki, wszyscy waliliśmy prosto w „Robaka” (Zbigniew Robakiewicz), żeby poczuł nasz młodzieńczy gniew na własnej skórze. W końcu przyszedł do nas do pokoju Krzysiek Ratajczyk, zaprosił nas na spotkanie, tam czekała stara gwardia, Leszek Pisz, Zbyszek Mandziejewicz i tak dalej. I Leszek mówi: „Młodzi, musimy się ogarnąć. Gracie świetnie, będziemy was traktować jak równych, ale musimy powalczyć o tytuł”. I wygraliśmy ten tytuł, wyprzedziliśmy Widzew.

Marcin Mięciel nigdy nie bał się ciężkiej pracy

Marcin Mięciel nigdy nie bał się ciężkiej pracyŹródło: Marek Wawrzynowski / Marek Wawrzynowski

Ale w kolejnym sezonie ciebie już nie było.

Przyszedł Czarek Kucharski i Andrzej Kubica. O ile Czarek to naprawdę super poziom, to od Andrzeja na pewno nie musiałem czuć się gorszy, wręcz przeciwnie. Ale on grał w sparingach, więc poszedłem na wypożyczenie do ŁKS. Straciłem Ligę Mistrzów.

Ta rywalizacja Legii z Widzewem to było coś niespotykanego w historii polskiej piłki.

Nieprawdopodobne mecze. Nie dość, że widowiska, dużo bramek, to jeszcze genialny poziom. Niestety dwa razy oni wygrali w niebywałych okolicznościach.

Może zabrzmi to nieco prowokacyjnie, ale czy ta drużyna Legii była trochę niespełniona?

Pierwsza drużyna, w której grałem, zdobyła mistrzostwo, puchar, superpuchar i zagrała w Lidze Mistrzów. Potem była drużyna, gdzie było trzech chłopaków na ławce, Artur Kupiec, Darek Solnica, Marcin Rosłoń. Kilka kontuzji i byśmy nie mieli jedenastu do gry, a myśmy się bili o mistrza do końca. Aż przegraliśmy 2:3 z Widzewem w tym słynnym meczu. Prowadziliśmy 2:0 na pięć minut przed końcem i normalnie na 10 takich meczów, wygralibyśmy wszystkie. Ale to był ten 11. Minęło 30 lat i wciąż nie wierzę. Ja zszedłem wcześniej i oglądałem to z boku. Pierwszy błąd popełnił trener, bo ściągnął dwóch napastników, chciał bronić wyniku, ale kogoś powinien zostawić. Mentalnie zbudował rywala. Potem kontuzja sędziego Czyżniewskiego i chłopaki przybijali piątki. Byli zbyt pewni siebie. Oni strzelili bramkę i zaczęli nas cisnąć. Za chwilę byliśmy pozamiatani.

Co się działo w szatni?

Nic. Cisza jak na cmentarzu. Pamiętam, że przyjechała do mnie rodzina i nie wiedziałem, co im powiedzieć, nie byłem w stanie się z nimi spotkać. Jak potem pojechaliśmy na wakacje z Piotrkiem Mosórem, to bardziej przypominało to pogrzeb. Naprawdę to było tak, jakby zmarł ktoś najbliższy. Przez dwa, trzy miesiące to siedziało w głowie. A to była taka ekipa, wszyscy mówili, że my z ligi możemy spaść. Pamiętam, jak wygraliśmy z Rakowem ledwie 1:0, to była euforia. A przecież to nie był ten Raków, co teraz. Cieszyliśmy się jak dzieci z tej wygranej. Z zespołem, któremu dopiero co ładowaliśmy szóstkę. Potem poszliśmy na piwo, kolację, atmosfera była super, rozkręcaliśmy się, ta „posklejana ekipa” uwierzyła, że może wygrać tytuł. I przyszedł ten mecz. 30 lat minęło i ja nigdy nie widziałem tego meczu, powtórek. Najgorszy mecz w życiu.

Człowiek z plastrem na nosie

Tak jak Panenka kojarzy się z rzutem karnym, to ty zawsze z plastrem na nosie. To nie problem?

Absolutnie nie. To była bardzo fajna sprawa, podobno do dziś niektórzy mają w domu te plastry. Nawet ostatnio z Legii do mnie dzwonili, żeby odnowić tę sesję z plastrem.

Marcin Mięciel z "magicznym plastrem" z Bravo Sporto

Marcin Mięciel z „magicznym plastrem” z Bravo SportoŹródło: FB/Magiczne lata 90. / Marek Wawrzynowski

A jak w ogóle do tego doszło.

Zadzwonili do mnie z magazynu „Bravo Sport”, czy bym się nie zgodził na taką sesję.

Dobrze płacili?

No właśnie nic, ale to były inne czasy. Dziś bym dobrze zarobił. Wtedy pół osiedla, na którym mieszkałem, grało w tych plastrach. Myśmy myśleli, że to jakieś plastry, które mają poprawiać oddychanie, a jedyne co powodowały, to efekt placebo. Nie strzelałem mocniej ani nie podawałem celniej. Ja byłem z Tczewa, z blokowiska, z szarzyzny, chciałem się pokazać, spróbować wszystkiego. A redaktor Paweł Zarzeczny tylko czekał na to, co zrobię; mógł napisać, że „Mięciel wyróżnił się plastrem” albo „Mięciel się wyróżnił, bo przyjechał motorem”. Dlatego jak zobaczyłem białe buty, to wiedziałem, że muszę je mieć. Ale też wiedziałem, że redaktor nie przepuści takiej okazji. I nie przepuścił.

Ten motor wtedy zwracał uwagę…

Kawasaki Ninja, to fakt… jak kiedyś w niedzielę rano pojechałem do Tczewa, była praktycznie pusta droga. W Tczewie jak postawiłem, ludzie oglądali, jakby statek kosmiczny wylądował. Dziś bym może był nie dość, że piłkarzem, to jeszcze influencerem. Jak pojechaliśmy kiedyś z Piotrkiem Mosórem do Berlina, zobaczyliśmy taką kurtkę żółtą, skórzaną. Mówię do niego „dawaj, bierzemy”. Kolega mówi, że ma dla mnie super garnitur… biały. Takiej okazji nie mogłem przepuścić. Wyglądałem jak Sonny Crocket z „Miami Vice”.

Byłeś trochę jak szósty wokalista zespołu „New Kids on the Block”.

Akurat ich nie słuchałem, ale na pewno jak widziałem jakieś rzeczy z zachodu, to chciałem spróbować. Opaski, kolczyk w uchu. To byłem ja w latach 90. Jeździłem sportowym samochodem Honda CRX. Miałem nawet propozycję, żeby chodzić na bankiety, pokazywać się na ściankach, podnosić rangę wydarzeń, ale to nie dla mnie.

Piłkarsko też się wyróżniałeś, plaster to jedno, ale przewrotka to drugi znak charakterystyczny.

Moim idolem był Hugo Sanchez, który był królem przewrotek. Trenowałem te przewrotki w piaskownicy, najpierw sam, potem kolega mi wrzucał. Na początku w ciągu godziny może dwa razy trafiałem, ale byłem zacięty. Zawsze marzyłem o tym, żeby strzelić taką bramę i strzeliłem taką w każdej lidze. W greckiej lidze trzy takie, w Bundeslidze i w Polsce też strzelałem. Gdzie nie grałem, tam była przewrotka.

Jak objawiała się popularność?

Na pewno nie było tak, że nie mogłem wyjść z domu, ale przychodziło pełno listów, próśb o autografy. Więc porobiliśmy sobie zdjęcia z chłopakami u fotografa i wysyłaliśmy. Sami. A jak trafiłem do Bundesligi, dali mi 3 tys. zdjęć do podpisania. Jak potem wróciłem do Legii, już te zdjęcia były, zrobili mi 100 sztuk. Taka różnica.

Dziewczyny pisały listy?

I dziewczyny, i chłopaki. I uczniowie, i więźniowie.

Jak oceniasz swoją karierę? Wyciągnąłeś wszystko, czy mogłeś więcej?

Teraz gdy widzę jak ci młodzi chłopcy, którzy mają duże umiejętności, nie mogą się przebić, doceniam to, co osiągnąłem. Ale wtedy w ogóle nie myślałem w ten sposób, nie patrzyłem na to z perspektywy dorosłego człowieka. Po prostu się przebijałem. A teraz patrzę, że mam 400 meczów na najwyższym poziomie, grałem i strzelałem w Niemczech, Grecji, w Ekstraklasie, w kadrze mam pięć meczów i jedną bramkę. Ale myślę, że mogłem osiągnąć więcej.

Czego zabrakło?

Może większego profesjonalizmu, takiego podejścia, żeby poświęcić wszystko, lepiej się odżywiać, lepiej spać. Może trochę szczęścia, bo przecież za Leo Beenhakkera byłem blisko transferu do Feyenoordu, ale wzięli Julio Cruza. Myślę, że też podejście działaczy i ówczesnych trenerów nie pomogło. Chciałem zawsze zostawać po treningach, robić coś dodatkowo, ale zawsze mnie stopowali, mówili, że mam odpoczywać, a tak się nie zrobi postępu.

Potem byłem w Bundeslidze, to była straszna harówka, a w piątek i tak wszyscy zostawali po treningu i jeszcze strzelali sobie we własnym zakresie. Inny świat. To się nie zmienia u nas, ostatnio syn kolegi chciał zostać po treningu w czwartek, to trener go opieprzył, że mecz ma za dwa dni. 25 lat minęło i nic się nie zmieniło… Trenerzy mówią: „Odpocznij, bo masz mecz”. A efekt ma być za wiele lat, nie w weekend w meczu. Tego trenerzy nie rozumieją, takiej wieloletniej perspektywy, liczy się mecz w weekend.

Ja swoim zawodnikom każę jak najwięcej grać, ruszać się, uprawiać sport. Wracając do mojej kariery, dużo było tych momentów, które mogły sprawić, że wszystko potoczyłoby się inaczej. Pod koniec 1996 r. chciał mnie Panathinaikos, jednak wtedy do Legii wchodzili Koreańczycy z Daweoo i zostałem, dałem się namówić. Może gdybym poszedł, przekonałbym się, jakbym wyglądał w dużo lepszej otoczce, z lepszymi piłkarzami.

Inny świat

Transfer za granicę przyszedł, ale pięć lat później. Bundesliga piłkarsko to był kolosalny przeskok?

Wszystko było inne. Intensywność niesamowita, inny świat. I to się nie zmieniło, mentalność się aż tak nie zmieniła. Jak wracałem do domu, to szedłem spać o 21, byłem tak zmęczony po treningach, że nie było mowy o imprezach jak w Warszawie. Po prostu nie miałem siły. Wyjechałem za późno i tego najbardziej żałuję. Miałem 26 lat. W Borussii napastnikiem nr 1 był Arie van Lent, na jednym skrzydle grał Peter van Houdt, a na drugim Bernd Korzynietz. Pamiętam, że miałem wtedy 14 goli w sparingach, wszystko wyglądało lepiej niż dobrze; gdy uderzyłem z przewrotki, prasa pisała, że przyjechał Brazylijczyk z Polski.

Cieszyłem się, że to będzie mój sezon, ale pierwszy mecz i ja ląduję na ławce. Nie wyszedłem na minutę. Moja psychika podupadła. Przesiedziałem kilka meczów na ławce, potem grałem tylko wtedy, gdy Van Lent doznał kontuzji. Myślę, że w Borussii nigdy nie dostałem realnej szansy. Wchodziłem na kilkanaście minut. Potem w Bochum, przy drugim podejściu do Bundesligi, było nieco lepiej, jednak nie oszukujmy się, w Polsce nie przygotowywali nas na taki wysiłek, taką intensywność. Tego chyba nie da się nadrobić w rok. W Bochum trener mnie zawołał, pokazał mi nagranie z treningu i powiedział: „Zobacz, nie pobiegłeś tu i tu”. Nagrywali i analizowali treningi już wtedy. Tam musisz być skrajnie profesjonalny, nie wolno spuścić głowy, obrażać się.

Jeśli na ciebie nie stawiają, masz być uśmiechnięty, głowa do góry, odpowiadasz „dzień dobry” i pokazujesz na treningu, ile jesteś wart. Pamiętam, że kiedyś grałem świetnie, czułem się mocny, czuję, że wyjdę w pierwszym składzie, w piątek przyjechałem na zbiórkę, a mnie nie ma na liście na wyjazd na mecz. Pytam się „co jest?”. Oni mówią: „A nic, podjęliśmy decyzję, że masz wolne”. Najpierw chciałem się obrazić, ale zacisnąłem zęby i zasuwałem. Przyszedłem na trening, spojrzałem trenerowi w oczy, uśmiech i zasuwałem jak szalony. Zrobiłem najlepszy trening w karierze i w kolejnym meczu zagrałem w pierwszym składzie i strzeliłem bramkę. W Niemczech obowiązuje prosta zasada: jak trenujesz, tak grasz. A jak słabo trenujesz, to nie grasz.

Mogłeś zagrać trochę więcej w kadrze narodowej.

Ale te pięć meczów to też jest dla mnie wielkie osiągnięcie. Debiut dał mi trener Piechniczek. Strzeliłem nożycami, ale jakoś tak podeszwą. Potem trener zapytał mnie, czy w kolejnym meczu wolę siedzieć na ławce w pierwszej drużynie, czy grać w młodzieżówce. Chciałem grać, więc wybrałem młodzieżówkę, zderzyłem się z kolegą i załamałem nogę. Rok przerwy. To mnie trochę wyhamowało. Powoływali mnie, ale już takiej realnej szansy nie dostałem. Wchodziłem na chwilę i nie było z czego strzelać.

Doczekamy się reprezentanta z pańskiego klubu, STF Champion?

Takie jest nasze marzenie. Dziś już mamy coraz więcej zawodników w piłce profesjonalnej, nawet w Ekstraklasie, w Motorze mamy Franka Lewandowskiego. Wysyłamy zawodników na testy do dużych klubów, sami ich promujemy, staramy się ich pokazać. Mamy dobrą markę, więc sporo osób tu przyjeżdża, ogląda nasze mecze.

Jednak ostatnie lata pokazują, że trudno wychować kadrowicza z Warszawy.

Potencjał jest ogromny, najwięcej dzieci, bardzo mocne ekipy. My jesteśmy w okręgówce, jedziemy do 4. ligi do lubelskiego i wygrywamy, różnica poziomów jest spora. Niestety nie ma warunków do treningu. W Warszawie nie ma boisk, nie ma gdzie grać, każdy trenuje na połówkach, ćwiartkach, a gdy jest zima, to jest tragedia. Nie możesz wychować piłkarza, jak kilka miesięcy w roku jesteś wyłączony. Na Ursynowie mamy 250 tys. mieszkańców i nie ma ani jednego boiska, na którym można rozegrać mecz. Więc tak jak mówiłem, dziś dzieciaki mają trudniej, choć wszystko wskazuje na to, że mają łatwiej.