More Running Club za kilka dni świętuje pierwsze urodziny. Cezary Skarżyński, Piotr Skarżyński i Jan Szklarzewicz w ciągu zaledwie roku stworzyli wyjątkową społeczność, która wciąż rośnie. Zaczęło się od biegania, ale od samego początku było ono tylko spoiwem czegoś większego.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Natalia Żaczek: Ile osób pojawiało się na waszych pierwszych biegach?
Piotr Skarżyński: Pierwsze biegi to był dość charakterystyczny etap – zależało nam na tym, żeby od początku stworzyć poczucie społeczności, której z jasnych przyczyn jeszcze nie mieliśmy, więc zaprosiliśmy przyjaciół, rodzinę i znajomych. Za pierwszym razem pojawiło się, o ile dobrze pamiętam, około 15 osób.
Jan Szklarzewicz: Mi się wydaje, że może i nawet z 12. Taka liczba utrzymywała się przez pierwsze dwa tygodnie – raz pojawiało się nieco więcej osób, raz mniej. Po tym czasie zaczęły dołączać nowe osoby, które trafiły do nas przez TikToka. Stopniowo zaczęło to rosnąć, bo od początku konsekwentnie budowaliśmy obecność w mediach społecznościowych. Po miesiącu mieliśmy już 30–40 nowych osób. Pod koniec czerwca nawiązaliśmy pierwszą, nieformalną współpracę z Niedzielnymi, a następnie z H&M – i od tego momentu skala wydarzeń zmieniła się diametralnie. W lipcu i sierpniu na biegach pojawiało się już po 200–250 osób. Dwa razy w tygodniu.
Piotr: Wczoraj po północy (rozmawialiśmy w zeszłym tygodniu – przyp. red.) świętowaliśmy pierwszą “głosówkę”, w której Jasiek powiedział nam, że wchodzi w ten projekt, więc minął równy rok, odkąd zapadła decyzja, a 13 maja zorganizowaliśmy już pierwszy bieg. Za nami pewnie już około 90 i też wiele różnych współprac.
Jan: Od 13 maja był tylko raz, gdy naprawdę nie mogliśmy być na biegu i tak się zdarzyło, że byliśmy zmuszeni go odwołać.
More Running ClubMore Running Club
Spodziewaliście się, że rok później będziecie już w tym miejscu?
Piotr: Wychodzimy z założenia, że jeśli wkłada się w coś całe serce, konsekwentnie nad czymś pracuje i dzień po dniu stara się być lepszym, to nie ma rzeczy niemożliwych. To po prostu kwestia czasu, kiedy to się stanie.
Jan: Oczywiście na początku nie myśleliśmy za bardzo, co przyniesie przyszłość, bo byliśmy bardzo pochłonięci teraźniejszością: bieganie, promocja, eventy, ludzie… Cały czas coś się działo, a my dokładaliśmy kolejne cegiełki. Dalej to robimy, jesteśmy coraz więksi. Spodziewaliśmy się tego, ale nie wiedzieliśmy, kiedy to nastąpi i cieszymy się, że stało się to stosunkowo szybko.
„Chcieliśmy być miejscem dla każdego”
Co sprawiło, że wasz run club tak bardzo wyróżnia się na tle innych?
Piotr: Podejście. Jesteśmy otwarci na wszystkich. Niezależnie od tego, czy biegasz tempem 8:30, czy 4:30, czuj się zaproszony/a. Chcieliśmy być miejscem dla każdego.
Jan: Myślę, że to taka mieszanka czynników. Po pierwsze, wpasowaliśmy się w trend. Teraz powstaje wiele różnych inicjatyw biegowych, a my funkcjonujemy już rok. W nawiązaniu do tego nawet ostatnio usłyszałem od kogoś, że my już w zeszłym roku zasialiśmy plon, a teraz zbieramy żniwa. Druga rzecz to konsekwencja i praca, którą każdego dnia wykonujemy. Poruszamy się w jednym obszarze, ale są poszczególne płaszczyzny, w których każdy z nas odnajduje się lepiej.
Jak w takim razie dzielicie się rolami?
Piotr: Wszyscy pochodzimy ze sportowych środowisk: sztuki walki, bieganie, piłka nożna, koszykówka, ale też biznesowych. Siłą Jaśka jest to, że jest bardzo charyzmatyczny i przekazuje tę energię ludziom, przewodzi całą społecznością. Razem z nim jesteśmy na miejscu w Warszawie, a oprócz tego z Londynu działa mój brat Czarek. To on zaczerpnął stamtąd pomysł na run club. On jest mózgiem od brandingu, kwestii strategicznych, nadawania kierunku. Jest w tym genialny.
Jan: Piotrek z kolei ostatnie kilka lat spędził w sprzedaży B2B i partnerstwach – domykał ogólnopolskie współprace na poziomie korporacyjnym. To doświadczenie naprawdę ma znaczenie. Wie, jak wyglądają takie rozmowy od środka, jak je prowadzić i jak doprowadzić do końca. W skrócie – wszyscy wnosimy coś innego i myślę, że właśnie to nas uzupełnia.
Piotr: Gdybyśmy mieli określić to w slangu biznesowym, Czarka nazwalibyśmy creative director, Jaś jest driverem społeczności, a ja odpowiadam za współprace z markami i social media.
More Running ClubMore Running Club
Jak we dwóch udaje wam się panować nad tyloma osobami?
Jan: Od początku najważniejsze było dla nas przyciągnięcie ludzi swoją dobrą energią i zbudowanie zaufania. Skoro pojawiło się tyle osób, chyba się udało. Z kolei z tego bierze się to, że ci ludzie w jakimś sensie nas szanują i uważają za ciekawych gości. Dzięki temu jest łatwiej, ale gdy już pojawia się 200 czy 300 osób, nie jesteśmy w stanie ogarnąć wszystkich. Wiadomo, że jak w tak dużej grupie powiemy, że np. przed wejściem na afterparty zatrzymamy się i porozciągamy, to i tak wiele osób po prostu zrobi swoje, ale jest też sporo takich, które trzymają się naszych próśb i założeń.
Piotr: Nawet za bardzo nie myślimy o tym, jak to wszystko poukładać, przychodzi to dość naturalnie. Tak jak mówił Jasiek, poniekąd udało nam się zbudować w tej grupie pewne zaufanie. Jesteśmy dwoma zupełnie różnymi charakterami, które bardzo dobrze się uzupełniają. Mam wrażenie, że ludzie lubią tę dynamikę i dzięki temu łatwiej nam tym zarządzać.
Wasze eventy to nie tylko bieganie. Czasem po przebieżce jest też joga, innym razem padel, często też po prostu spotkania przy kawie. Słowem: dużo się dzieje.
Piotr: Sam event, czyli to, co widać w mediach społecznościowych, to jakieś 10 proc. nasza zaangażowania. Wierzchołek góry lodowej. Wszystko inne to spotkania z partnerami, wszelakie przejażdżki na wizje lokalne, do drukarni, szwalni… Mieliśmy też przyjemność być na wielu spotkaniach w urzędach, zarządzie zieleni i innych tego typu instytucjach. Nasze rozmowy kręcą się często wokół planowania eventów, tego, jakie aktywności dodać, żeby ludziom się to nie znudziło, jak odmienić jakiś format, czy choćby jak rozegrać coś logistycznie.
Jedyny taki bieg w Polsce
Z którego dotychczasowego wydarzenia jesteście najbardziej dumni?
Piotr: Myślę, że z tego niedzielnego sprzed trzech tygodni. Zorganizowaliśmy bieg na ok. pół tysiąca osób wspólnie z marką Saucony, która jest naszym stałym partnerem, i z Red Bull. Wspólnie z Saucony przygotowaliśmy specjalny wózek, do którego przyłączyliśmy rower, duży głośnik, konsolę DJ-ską. Do wózka przyczepiliśmy laptop. Do tego dwóch dj-ów, którzy biegli w tej grupie 500 osób, jednocześnie miksując na konsoli. Biegliśmy przez bulwary, a skończyliśmy na after party w VODA Warsaw. Jak do tej pory, jeśli chodzi o kluby biegowe w Polsce, nie było wydarzenia na większą skalę, ale w kolejnych miesiącach naszym celem jest to znacząco przebić.
Dlaczego właściwie to robicie?
Piotr: Naszą gwiazdą polarną jest bycie ogólnopolskim ruchem społecznym, ale też brandem sportowym, którego motywem przewodnim jest inspirowanie ludzi, żeby wymagali od siebie więcej i robili więcej, ale w zdrowy sposób. Po prostu MORE. Są dwie strony sportu: z jednej strony mamy osoby nastawione na wynik, biegające maratony poniżej trzech godzin, a z drugiej takie, dla których sport jest po prostu naturalnym elementem życiowej układanki, odskocznią. Chcemy pokazywać, że bieganie jest super i można się nim dobrze bawić.
Jan: Chcemy pokazać, że można rozwijać się w fajny, aktywny sposób, ale jednocześnie bez presji wyniku. Czasem widzimy całą tę otoczkę w mediach społecznościowych, że jeśli ktoś nie robi maratonów albo nie biega w jakimś szalonym tempie, to w ogóle nie powinien się pokazywać. My jesteśmy od tego, żeby udowodnić ludziom, że wcale tak nie jest.
Piotr: Na początku to była kwestia zrobienia czegoś fajnego, ale wszyscy wiemy, że z każdą tego typu inicjatywą po jakimś czasie wiążą się pieniądze. Nadal mamy z tego gigantyczny fun, stworzyliśmy świetną społeczność, z którą bardzo się lubimy. To wciąż świetna inicjatywa, która nas pochłania i absolutnie ją uwielbiamy, a w parze z nią idą pewne okazje biznesowe.
Jan: Wiadomo, że z czasem tych okazji jest coraz więcej i je monetyzujemy, ale niezależnie od tego, na jakim jesteśmy etapie, naszym celem jest dawanie radości ludziom na tych biegach, bo to tworzy społeczność, a inne rzeczy przyjdą same.
Kilka razy w tej rozmowie padło już słowo społeczność. Opowiedzcie o niej.
Piotr: Przede wszystkim myślę, że warto zacząć od tego, że wciąż mierzymy się z pokłosiem pandemii, kiedy ludzie zamknęli się w domach, potracili różne relacje. I rzeczywiście u nas na biegach pojawiały się osoby, które wprost mówiły, że nie miały nawet z kim wychodzić, a tutaj na naszych biegach poznali świetną ekipę znajomych, z którymi widują się także poza eventami. Ludzie dołączają do nas z różnych powodów, ale niezależnie od motywacji są to osoby o podobnym światopoglądzie, podejściu do życia i aspiracjach – i to sprawia, że bardzo dobrze się rozumieją. Wierzymy, że podstawą każdej takiej inicjatywy jest budowanie społeczności i zżytych relacji. To coś innego niż nachalne eventy networkingowe, gdzie uczestników wręcz zmusza się do rozmów w ramach np. speed-datingu. Networking u nas pojawia się siłą rzeczy, bo ludzie po prostu poznają siebie i swoje mocne strony. Wymiana kontaktów to naturalne następstwo.
Jan: Każdy przychodzi na run club z własną motywacją: na przykład, by poznać kogoś, nawiązać relację partnerską czy po prostu pobiegać, zrelaksować się po ciężkim dniu pracy albo w przypadku niedzieli — przed. Tutaj jest przestrzeń na wszystko. U nas obowiązuje hasło: community first (społeczność przede wszystkim — przyp.red.).
More Running ClubMore Running Club
Tak zmieniają życie ludzi
Macie poczucie, że zmieniacie życie ludzi?
Piotr: Najlepszym przykładem jest tu chyba historia Przemka, który podszedł do nas na jednym z biegów i był bardzo wdzięczny za to, co robimy. Okazało się, że odkąd zaczął przychodzić na nasz run club, schudł 13 kg. Poza bieganiem zmienił swoje nawyki żywieniowe, zaczął więcej się ruszać. Z kolei na którymś z afterów przyszła do nas dziewczyna i opowiadała, że zerwała z chłopakiem, miała bardzo trudny czas, stany depresyjne. Czuła, że musi coś z tym zrobić. Tak dołączyła do nas, poznała świetnych ludzi i sporo się pozmieniało. Super też jest to, że ludzie wpisali sobie w kalendarze, że wtorki i niedziele są dla run clubu.
Jan: To może nawet kalendarz miesięczny, bo przekładają wyjazdy, spotkania czy inne plany, żeby we wtorek czy niedzielę się u nas pojawić. Zdarzało się, że specjalnie na bieg przyjeżdżały też osoby z innych miast: czy to z Łodzi, czy nawet z Krakowa. To niesamowite. Dostajemy od ludzi wiadomości, w których piszą, że odmieniliśmy ich życie. Ktoś pisze, że dzięki nam schudł, z kolei inna osoba, że u nas poznała partnerkę czy partnera. Dla niektórych jesteśmy też po prostu pewnego rodzaju odskocznią od codziennych trudności.
A jak ten ostatni rok zmienił was?
Piotr: Myślę, że pozmieniało się na kilku płaszczyznach. Otworzył nam głowę pod kątem budowania społeczności i tego, jak wiele w krótkim czasie można zrobić. Poniekąd udowodniliśmy sobie, że nie ma rzeczy niemożliwych. Jesteśmy dopiero w jednym procencie tego, co docelowo chcielibyśmy osiągnąć, ale już teraz nasze życie zmieniło się o 180 stopni.
Jan: Na pewno zdobyliśmy olbrzymie doświadczenie. Chociaż znaliśmy świat sportu, to ta branża była dla nas czymś zupełnie nowym. Musieliśmy odnaleźć się w nowej rzeczywistości. To nasze dziecko, o którym tak naprawdę myślimy przez cały czas.
Piotr: Zmieniło się też to, że mamy poczucie, że sporo osób w Warszawie nas kojarzy i łatwiej choćby podbić do kogoś w mediach społecznościowych. Wydaje mi się, że bardzo dojrzeliśmy biznesowo. Zobaczyliśmy, że w tej całej branży marketingowej trzeba też uważać, bo nie zawsze intencje potencjalnych partnerów są szczere. Uczymy się bycia bardziej selektywnymi w kontekście tego, z kim pracujemy i na co się godzimy.
Jan: Chcemy też być autentyczni, nie rozdrabniać się i łapać za cokolwiek. Przez to, że naszym priorytetem jest społeczność, musimy selektywnie podchodzić do tego, z kim współpracujemy, co dana firma sobą reprezentuje i czy jest to zgodne z naszą wizją. Promujemy zdrowy styl życia i przywiązujemy do tego dużą wagę.
Piotr: Wiadomo, że nie nawiążemy współpracy z firmą promującą nie do końca zdrowe produkty. Wyjątkiem jest Red Bull, który jest ściśle skorelowany ze sportem, ale jeśli czujemy, że intencje nie są do końca szczere albo nie będzie to niosło za sobą wartości dla nas i społeczności, mówimy stanowcze nie, nie wchodzimy w rozmowę. Ludzie czują, że coś jest nieszczere i jeśli będziemy im to podsuwać pod nos, po prostu to wyczują, a w długim terminie będzie to źle wpływać na społeczność.
Mówicie, że jesteście w jednym procencie tego, co chcielibyście osiągnąć — więc co dalej?
Jan: Mamy takie powiedzenie: sky is the limit (niebo jest granicą — przy. red.). Podążamy za marzeniami, a apetyt rośnie w miarę jedzenia. Na razie jesteśmy znani w Warszawie, już jesteśmy największym run clubem w Polsce. Jest jeden klub, który na Instagramie ma większą liczbę obserwujących, ale liczby na biegach czy w poszczególnych grupach pokazują, że to my jesteśmy więksi. W perspektywie długoterminowej chcielibyśmy rozszerzyć działalność na cały kraj. Z jednej strony działać na coraz większą skalę, ale z drugiej — nie zatracić całej tej atmosfery, którą tworzymy.