Wbrew marzeniom prezydenta Nawrockiego od momentu konstytucyjnego jesteśmy dziś dalej niż bliżej. Konstytucja 1997 roku ma szereg wad, ale najczęściej krytykowana jest za to, co udało się w niej najlepiej. To model władzy wykonawczej wpisujący się w dobre, sarmackie tradycje wolnościowe oraz sfera wartości wywodzona z tradycji republikańskiej, konserwatywno-chadeckiej i ordoliberalnej. Najbardziej prawdopodobne, że powtórzymy historię Konstytucji 3 Maja – elity dojrzeją do ustrojowej reformy dopiero w obliczu egzystencjalnego zagrożenia, gdy będzie zbyt późno, by nas przed nim uchroniła.
Prezydent więcej stracił niż zyskał
3 maja prezydent Karol Nawrocki powołał „trzon” Rady ds. Nowej Konstytucji, czym chyba więcej stracił niż zyskał. Politycy koalicji rządzącej dostali kolejny pretekst, by odtwarzać do znudzenia płytę zgranych melodii: „Konstytucji wystarczy przestrzegać” czy „nie zmienia się zasad z tymi, którzy je łamią”.
Politycy Koalicji Obywatelskiej i mniejszościowych koalicjantów zapowiedzieli, że swoich przedstawicieli do prac takiego organu nie oddelegują. Jedynie lider PSL Władysław Kosiniak-Kamysz jakkolwiek podjął prezydencką inicjatywę, wskazując, że „jeśli ustawa zasadnicza wymaga doprecyzowania, to w kierunku wzmocnienia naszego bezpieczeństwa”.
Jakkolwiek trudno odmówić słuszności takiej refleksji, to poważne znaki zapytania budzi zaproponowana przez szefa MON recepta: wpisanie do ustawy zasadniczej członkostwa Polski w Unii Europejskiej.
Bardziej bolesne dla Karola Nawrockiego były reakcje jego umiarkowanych, niepartyjnych sympatyków, jak choćby liderów środowiska „Tak dla CPK”. Wśród twitterowych influenserów tej raczej umiarkowanej, prorozwojowej centroprawicy dominowała emocja rozczarowania zarówno personalnym (Julia Przyłębska), jak i pokoleniowym (średnia wieku powyżej 70-tki) kształtem tego ciała.
Udział w gremium osób budzących punktową, bańkową sympatię – na ideowej prawicy to przypadek Marka Jurka, a wśród symetrystów profesora Ryszarda Piotrowskiego – nie zmieniło powszechnego wrażenia, że powołanie Rady nie rozbudziło nadziei zwolenników głębokiej przebudowy ustroju.
Skład Rady dość kiepsko komponował się z przesłaniem prezydenta w okolicznościowym przemówieniu. Mówił w nim przecież o „konstytucji nowej generacji roku 2030”, co z zestawieniu z listą „peseli” prezydenckich doradców zabrzmiało raczej groteskowo.
Z kolei merytoryczne przesłanie świątecznego wystąpienia Karola Nawrockiego zostało odebrane jako postanowienie w centrum sporu alternatywy: ustrój prezydencki czy parlamentarno-gabinetowy.
Dominuje wrażenie, że prezydencka inicjatywa została zaprezentowana w sposób daleki od idealnego. Zabrakło konkretów, przekonującej opowieści czy choćby wiarygodnego symbolu nowego otwarcia debaty ustrojowej.
Takim symbolem nie stało się, wbrew intencjom, powołanie nieoczywistych politycznie członków prezydenckiej Rady – wiekowych Józefa Zycha ze środowiska PSL czy Barbary Piwnik i Jacka Majchrowskiego wywodzących się ze środowisk postkomunistycznych.
Wygląda na to, że prezydent sam nie ma dziś jasnego pomysłu w tej sprawie. Bardziej sprawia wrażenie kogoś, kto szuka kierunku niż kogoś, kto wie, dokąd chce dojść. Można odnieść wrażenie, że uznał po prostu, iż przy okazji Święta Trzeciego Maja wypada powiedzieć coś o nowej konstytucji.
Trudno jednak oczekiwać, że z tej inicjatywy wyniknie coś poważnego, skoro sam jej autor zdaje się nie wierzyć w jej powodzenie.
Złe pomysły Marcina Mastalerka
Okazję do przypomnienia o sobie światu wykorzystał za to były szef gabinetu prezydenta Andrzeja Dudy, Marcin Mastalerek. Zapowiedział podjęcie obywatelskiej inicjatywy referendalnej, w efekcie której to drogą demokracji bezpośredniej Polacy mieliby zdecydować, czy chcą systemu prezydenckiego, czy kanclerskiego. Zasugerował również, że terminem takiego referendum powinny być wybory parlamentarne jesienią 2027 roku.
Pomysł Mastalerka należy traktować raczej w kategoriach błyskotliwego wyborczego pomysłu spin doktora bez partyjnego przydziału, a nie poważnej ustrojowej inicjatywy. Sprowadza się wszak do intencji, by połączone głosowanie wyborcze i referendalne przemienić w plebiscyt: „kanclerz Tusk czy prezydent Nawrocki?”. Brzmi dla niektórych atrakcyjnie, ale z troską o Rzeczpospolitą ma niewiele wspólnego.
Po pierwsze, pomysł łączenia referendum z wyborami w dzisiejszych warunkach prawnych jest po prostu szkodliwy. Boleśnie przekonało się o tym w 2023 roku Prawo i Sprawiedliwość. Wówczas stratedzy PiS przekonani byli, że łącząc referendum z wyborami wynaleźli wyborcze wunderwaffe. W praktyce – weszli na grabie, którymi 15 października uderzyli się między oczy.
Mamy skandalicznie dziurawe prawo o finansowaniu kampanii referendalnej. Inaczej niż kampanię wyborczą – tę referendalną można finansować z dowolnych środków, bez żadnej kontroli. To relikt prawa o referendum pisanego pod potrzeby głosowania ws. akcesji do UE, który przemienił wybory 2023 r. w jazdę bez trzymanki.
Jak to zadziałało w praktyce? Indywidualnie politycy różnych opcji obchodzili finansowe limity swoich kampanii, uczestnicząc w rzekomej „kampanii referendalnej”, co samo w sobie jest już patologią. Co gorsza, dziury w prawie wykorzystano też w sposób systemowy po obu stronach polsko-polskiej wojny.
Z jednej – obóz rządzącej prawicy uruchomił miliony złotych z rozmaitych fundacji Skarbu Państwa. Z drugiej – co okazało się dużo bardziej skuteczne – przeciwnicy rządu obficie skorzystali z nielimitowanych, wielomilionowych środków biznesowych i zagranicznych, by finansować kampanię „referendalną”.
W praktyce – wzywali do bojkotu referendum i głosowania „przeciwko PiS” w wyborach, mobilizując skuteczną, internetową kampanią grupy dotąd nieuczestniczące w wyborach. To właśnie stało się źródłem rekordowej frekwencji w wyborach i niewystarczającej w referendum – bojkotowanym przez przeciwników PiS.
Jaki byłby zatem realny efekt wdrożenia w życie propozycji Mastalerka? Możliwość legalnego finansowania „kampanii referendalnej” równoległej z wyborami parlamentarnymi przez podległe rządowi Donalda Tuska spółki Skarbu Państwa, zagraniczny biznes i międzynarodówkę anty-prawicowych NGO’sów.
Możliwy byłby także skutek dużo bardziej groźny. To uchylenie furtki legalnemu udziałowi w propagandzie okołowyborczej podmiotów wprost finansowanych przelewami z Rosji.
Decyzją zwolenników akcesji Polski do Unii Europejskiej w 2003 r., kształtujących prawo o referendach, nie ma żadnych przeszkód, by do kraju wjeżdżały ciężarówki z rublami z Kremla i zupełnie legalnie wydawano je przy okazji kolejnych wyborach na rozmaite „referendalne” kampanie Braunów, Maciaków i Bartoszewiczów wyborów 2027 roku.
Jeżeli zatem kiedykolwiek mielibyśmy powtórzyć eksperyment z referendum równoległym do wyborów, to warunkiem wstępnym jest wcześniejsza naprawa przepisów o finansowaniu kampanii.
System prezydencki czy kanclerski? Ostatni z naszych problemów
Przejdźmy do treści sporu ustrojowego. Z dużym dystansem podchodzę do pomysłów, by w centrum debaty ustrojowej stawiać dylemat: model prezydencki czy kanclerski?
To pogląd niepopularny, ale konsekwentnie uważam, że dwugłowa egzekutywa idealnie wpisuje się w sarmackie z ducha polityczne DNA Polaków, którym jest niechęć względem „absolutum dominium”, nieufność wobec silnej i skoncentrowanej w jednym ręku władzy.
Sądzę – a utwierdza mnie w tym zarówno wyborcze zwycięstwo Karola Nawrockiego, jak i lepsza, niż większość komentatorów jest gotowa to przyznać, praktyka kohabitacji prawicowych Prezydentów RP z rządem Donalda Tuska – że w blisko trzydzieści lat obowiązywania konstytucji nauczyliśmy się maksymalizować zalety i minimalizować koszty takiego rozproszonego systemu władzy.
Nie widzę najmniejszych powodów by uznać, że w radykalnie spolaryzowanej Polsce, gdzie kolejne wybory rozstrzygane są coraz mniejszą różnicą głosów, należałoby istotnie zwiększać kompetencje którejś ze stron. Wprost przeciwnie.
Im więcej polaryzacji, tym skuteczniej kohabitacja prezydenta i premiera ma szansę stanowić polską wersję systemu „checks and balances”, swoistej zapory przed całkowitą i nieskrępowaną dominacją obozu, który w dniu głosowania uzyskał przewagę kilkuset tysięcy głosów.
Pokazują to częste weta Andrzeja Dudy wobec najbardziej kontrowersyjnych pomysłów PiS – od ustaw sądowych z lata 2017 roku, przez ordynację do Parlamentu Europejskiego, po lex TVN i lex Czarnek. To ograniczenie działa więc nawet wtedy, gdy prezydent i premier pochodzą z tego samego obozu politycznego.
Są pilniejsze sprawy
Konstytucja 1997 roku ma szereg wad. Trudno zrozumieć, dlaczego zatem najczęściej krytykowana jest – i co gorsza głównie na prawicy! – za dwie rzeczy, które udały się w niej najlepiej. To po pierwsze właśnie ten dość unikalny, polski model dwugłowej egzekutywy. Po drugie – zawarty w niej korzeń aksjologiczny.
Oparty jest o katalog co do zasady konserwatywnych, chrześcijańsko-demokratycznych i ordoliberalnych odwołań w sferze wartości, z których wyprowadzone są gwarancje praw i wolności.
Dużo więcej niż normatywnej treści konstytucji można zarzucić realizacji zawartych w niej wartości, wolności i praw. To jednak nieustająco powinno nas skłaniać raczej do upominania się o „ruch egzekucyjny” Konstytucji RP z 1997 niż o jej całościową zmianę.
Z pewnością, o czym na tych łamach pisaliśmy wielokrotnie, pilniej niż głębokiej ustrojowej przebudowy potrzebujemy punktowego resetu, który pozwoliłby nam wyjść ze sporów o wymiar sprawiedliwości i rolę Trybunału Konstytucyjnego.
To jednak wymaga propozycji raczej technokratycznych i „nudnych” niż spektakularnych i przynoszących łatwe punkty w codziennych partyjnych przepychankach na platformie X, tiktokowych rolkach czy telewizyjnych studiach.
Nie jest wszak przypadkiem, że choć za resetem opowiada się wielu – od Mentzena przez Kosiniaka-Kamysza po Zandberga – to nikt dotąd nie położył na stole swojej propozycji. Przygotowanie takiego projektu to wszak mrówcza, polityczno-ustrojowa praca, a nie happening czy wiecowa deklaracja.
Wreszcie, potrzebujemy przy okazji resetu rozważyć wprowadzenie do polskiej ustawy zasadniczej demokratycznych innowacji.
Wśród tych godnych rozważenia wyliczyłbym: obligatoryjne referendum na wniosek obywateli, instytucję „weta ludowego”, wybór na kluczowe urzędy państwowe (np. Rzecznik Praw Obywatelskich, prezes NIK, sędziowie TK…) większością kwalifikowaną 3/5 lub 2/3 parlamentu czy ustanowienia ustaw konstytucyjnych (organicznych) w najważniejszych sprawach ustrojowych i politycznych takich jak prawo wyborcze, ustrój sądów czy gwarancje wolności słowa.
Problem w tym, że to niestety również „szczególarstwo” dla koneserów refleksji o dobrych instytucjach, a nie materiał na plebiscyt, którym można podreperować sondaże w najbliższych wyborach.
Arcybiskup proponuje polityczną amnestię
Pośród świątecznych wystąpień wokół zmiany konstytucji najcelniejsze okazało się paradoksalnie autorstrwa nie żadnego z politycznych liderów, ale kościelnego hierarchy. W okolicznościowej homilii skierowanej do państwowych decydentów arcybiskup Adrian Galbas zwrócił uwagę, że tak głęboka zmiana jak ta Konstytucji nie może obyć się bez wcześniejszego przełomu o charakterze polityczno-moralnym.
„Podziały są głębokie, a wojna, jak w roku 1920, coraz bliżej naszych granic. Wydaje się, że jedynym rozsądnym wyjściem jest w tej sytuacji przebaczenie i pojednanie, jakiś rodzaj politycznej amnestii, wyzerowania kont wzajemnych win i zasług, aby troskę o Polskę móc zacząć niejako od początku” – zwrócił uwagę metropolita warszawski.
Dodał, że „jeśli obecna konstytucja okazuje się niedoskonałą i jeśli jest realna szansa na uchwalenie lepszej, można to zrobić”, ale „aby przygotować nową konstytucję potrzeba jednak ludzi światłych, mądrych, nieprzekupnych i pokornych, którzy wartości będą umieli przedkładać nad interesy, myślenie dalekosiężne nad to, co doraźne i chwilowe, dobro wspólne nad prywatę, a uczciwą służbę dla Rzeczpospolitej, nad stołki i kariery.
Wierzę, że takich ludzi, po każdej stronie sceny politycznej, a także niezaangażowanych w politykę, mamy dziś w Polsce wielu. Jeśli więc taka jest potrzeba, niech pracują nad nową konstytucją. Póki jednak jej nie ma, ta, która jest, niech będzie szanowana i zachowywana” – przekonywał.
Trzy i pół drogi do ustrojowej odnowy
Trudno nie odnieść wrażenia, że wbrew marzeniom prezydenta Nawrockiego i wielu liderów prawicy od momentu konstytucyjnego jesteśmy dziś dalej niż bliżej. Nie zwalnia nas to oczywiście z obowiązku pogłębiania ustrojowej refleksji, inicjowania debat i poszukiwania optymalnych rozwiązań. Wprost przeciwnie – jest dobry czas na prowadzenie takich prac.
Warto jednak mieć świadomość, w jakich warunkach zmiana – czy to o charakterze „resetowej korekty” czy zupełnie nowej ustawy zasadniczej – mogłaby zaistnieć. Widzę trzy takie potencjalne okoliczności.
Pierwsza to ta, o której mówił arcybiskup Galbas – moment, w którym zwaśnieni politycy wobec realnego zagrożenia wojennego uznają za stosowne porzucić najbardziej szkodliwe z dotychczasowych sporów.
Wymagałoby to świadomej i zgodnej decyzji państwowych liderów, najpewniej prezydenta i premiera z akceptacją zdecydowanej większości ich partyjnego zaplecza. Decyzja taka wydaje się skrajnie mało prawdopodobna i wyobrażalna jedynie w sytuacji, kiedy klasa polityczna będzie w pełni przekonana, że stoimy u progu ziszczenia się w tej czy innej formie obawy o poważnym testowaniu przez Rosjan artykułu 5 Traktatu Północnoatlantyckiego.
Miałaby wymiar tyleż ustrojowy, co polityczno-wspólnotowy – byłaby skierowanym do opinii publicznej sygnałem, że nadchodzą czasy na tyle niebezpieczne, że stare spory nie mają sensu i potrzebujemy narodowej konsolidacji i zgodnej pracy na rzecz zwiększenia wyporności polskiego państwa.
Drugą rozważa w tekście dla portalu Zero.pl wiceprezes Klubu Jagiellońskiego Konstanty Pilawa: to model rozpisanej właściwie na dekady operacji wymiany elit, na modłę budowy osiemnastowiecznych kuźni nowych narodowych elit w rodzaju Collegium Nobilium czy Szkoły Rycerskiej.
Być może na efekty takiej elitotwórczej pracy moglibyśmy zobaczyć szybciej niż po pół wieku, jak miało to miejsce u schyłku Rzeczypospolitej, ale trudno nie odnieść wrażenia, że efekt byłby podobny do ówczesnego – ujrzelibyśmy go zbyt późno.
Trzecia to scenariusz, w którym emocja odbudowy ustroju staje się politycznym paliwem nowego podziału politycznego, który przyjdzie po epoce Kaczyńskiego i Tuska. Potrafię sobie wyobrazić, że wobec dalszego gnicia polskiego ustroju obciążającego obie strony plemiennego duopolu któryś z kolejnych „nowych” projektów politycznych postawi w centrum swojej politycznej obietnicy oddolną, obywatelską i upodmiatawiającą Polaków pracę nad wyjściem z kryzysu konstytucyjnego.
Jak taki proces mógłby wyglądać – z uwzględnieniem narodowej ankiety konstytucyjnej, paneli obywatelskich i ostatecznie referendum – opisałem w 2018 roku, gdy inicjatywa referendum konstytucyjnego prezydenta Andrzeja Dudy zmierzała ku oczywistemu upadkowi.
Jakimś – być może najbardziej, choć wciąż mało prawdopodobnym – wariantem trzeciego scenariusza byłoby wzięcie na najwyższy sztandar ustrojowej odnowy przez któregoś z potencjalnych mniejszych koalicjantów po wyborach 2027.
W teorii Konfederacja Bosaka i Mentzena w obozie prawicy, a Partia Razem w obozie anty-PiS mogłyby jako warunek swojego uczestniczenia w koalicji po kolejnych wyborach uczynić co najmniej przeprowadzenie resetu ustrojowego.
***
Trudno dziś jednak na poważnie prognozować, że 3 maja 2030 roku będziemy mogli cieszyć się z nowego narodowego otwarcia, zażegnania wieloletniej ustrojowej smuty kryzysu i nowej konstytucji.
Jeśli ten scenariusz miałby się ziścić, to chyba jedynie w scenariuszu, w którym impulsem ku temu będzie zewnętrzne zagrożenie na tyle poważne i uświadomione, że doprowadzi do nagłego przebudzenia zarówno polskich elit, jak i wyborców.
Historia Konstytucji 3 Maja uczy nas jednak, że jeśli impuls do odnowy ustroju przychodzi wobec egzystencjalnego zagrożenia państwa, to jest już zwyczajnie za późno, a „majowa jutrzenka” staje się na krótki melodią ku pokrzepieniu serc, ale przede wszystkim na pokolenia – wyrzutem sumienia, że reforma przyszła za późno.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

