To nie pierwsza wypowiedź Millera w tym stylu. Wcześniej komentował obecność ukraińskich flag w przestrzeni publicznej – m.in. przy okazji ich wywieszania na budynkach samorządowych i podczas demonstracji solidarności po rosyjskiej inwazji – mówił, że „w Polsce powinna dominować polska flaga”. W kontekście trwającej wojny i milionów uchodźców w Polsce ta wypowiedź została odebrana przez część opinii publicznej jako sygnał dystansu wobec widocznej obecności „innych”. Nie chodziło więc wyłącznie o flagę, ale o to, komu i na jakich zasadach wolno być widocznym w przestrzeni wspólnej.

Demonstracyjny sprzeciw

W podobnym tonie, choć bardziej systematycznie, wypowiadają się politycy prawicy. W ich przekazie „obcy” bardzo rzadko jest konkretnym człowiekiem – częściej kategorią, którą można obudować lękiem.

Sławomir Mentzen w swoim głośnym wystąpieniu mówił wprost: „nie chcemy Żydów, homoseksualistów, aborcji, podatków i Unii Europejskiej”, sprowadzając różne grupy i zjawiska do listy rzeczy do odrzucenia. Z kolei Krzysztof Bosak wielokrotnie ostrzegał przed powtórzeniem „błędów Zachodu” w polityce migracyjnej, wskazując na zagrożenia związane z przyjmowaniem cudzoziemców i podkreślając konieczność ich ograniczania.

Jeszcze dalej idą działania i wypowiedzi Grzegorza Brauna, który nie tylko mówi o „ukrainizacji Polski”, ale też podejmuje symboliczne gesty – jak zdejmowanie ukraińskich flag z budynków publicznych. W tym zestawie język wykluczenia, ostrzegania i demonstracyjnego sprzeciwu układa się w spójną opowieść: są „oni”, których obecność trzeba zatrzymać, i „my”, którzy musimy się przed nimi bronić.

Kontrolować i ograniczać

Takie tropy pojawiają się także w politycznym centrum. Donald Tusk w trakcie kampanii wyborczej w 2023 roku ostrzegał przed „niekontrolowaną migracją” podkreślając konieczność „szczelnej granicy”. W jednym z wystąpień mówił, że „Polacy mają prawo bać się chaosu migracyjnego”, a bezpieczeństwo powinno być absolutnym priorytetem państwa.

Choć te słowa miały nieco inny ton, niż te wypowiadane przez polityków skrajnej prawicy, wpisują się w podobną logikę: migrant jako potencjalne źródło nieporządku, ktoś, kogo trzeba kontrolować, ograniczać.

Do tego dochodzą głosy części przedstawicieli Kościoła katolickiego, którzy również wzmacniali narrację o zagrożeniu kulturowym. Konferencja Episkopatu Polski wielokrotnie podkreślała potrzebę pomocy uchodźcom, ale równolegle niektórzy hierarchowie ostrzegali przed „ideologią gender” czy „rewolucją obyczajową”, stawiając znak równości między obecnością osób LGBT+ a zagrożeniem dla porządku społecznego. Abp Marek Jędraszewski mówił o „tęczowej zarazie”, która rzekomo zagraża narodowej tożsamości.

Taki język sprawia, że kolory przestają być neutralne. Stają się symbolem „ideologii”, przed którą trzeba się bronić.

Figura zagrożenia

Nie ma znaczenia, że w tym przypadku chodziło o flagę Puław – reakcja była automatyczna, wytrenowana. To pokazuje coś głębszego niż tylko brak wiedzy. Pokazuje społeczeństwo, które zostało oswojone z myśleniem w kategoriach oblężonej twierdzy. W którym różnorodność nie jest czymś zwyczajnym, tylko podejrzanym. W którym „inny” – czy to Ukrainiec, osoba LGBT+, migrant, czy ktokolwiek spoza większościowego wzorca – staje się figurą zagrożenia, zanim zdąży stać się człowiekiem.

To efekt lat narracji politycznych, medialnych i społecznych, które budowały kapitał na strachu. Straszenie „ideologią LGBT”, sugerowanie, że uchodźcy to potencjalne zagrożenie, blokowanie podstawowych praw – jak choćby uznawania aktów małżeństwa osób tej samej płci zawartych za granicą. Wszystko to składa się na klimat, w którym reakcja z Puław staje się możliwa, a nawet przewidywalna.

Bo jeśli przez lata słyszysz, że pewne grupy są problemem, że trzeba się przed nimi bronić, że ich obecność coś „narusza”, to w końcu zaczynasz widzieć je wszędzie. Nawet tam, gdzie ich nie ma. I to ma swoją cenę. Nie tylko moralną, ale bardzo konkretną – społeczną i gospodarczą.

Przeciwko własnym interesom

Społeczeństwo, które uczy się reagować lękiem na różnorodność, samo odbiera sobie zasoby: ludzi, kompetencje, energię. W kraju, który się starzeje i już dziś potrzebuje pracowników z zewnątrz, podsycanie niechęci wobec „innych” jest działaniem przeciwko własnym interesom.

Jednocześnie taka narracja pogłębia podziały, które potem zaczynają żyć własnym życiem. Każda kolejna wypowiedź o „zagrożeniu”, nawet jeśli opakowana w język rozsądku czy bezpieczeństwa, dokłada cegiełkę do tego samego muru.

Gdy politycy głównego nurtu, jak Donald Tusk, sięgają po podobne ramy opowieści o migracji czy „kontroli nad obcymi”, nie tyle neutralizują lęki, ile je utrwalają i oswajają. W efekcie przesuwają granicę debaty publicznej w stronę narracji, na której korzystają ci najbardziej radykalni. Potem, gdy przyjdzie do wyborów, pojawi się zdziwienie, że skrajna prawica ma takie poparcie. A to przecież ona zbiera polityczne dywidendy z lęku, który wcześniej został podkręcony ramię w ramię z centrum i częścią lewicy.

I to jest najbardziej niepokojące w tej historii: nie to, że ktoś pomylił flagę, ale to, jak łatwo przypisał jej znaczenie i uruchomił w sobie pokłady złości i pogardy. Ten dobrze wyuczony odruch szczucia na obcych, będzie nas wszystkich słono kosztował.