DAWID TOMALA: Myślę, że zwykłym ziomeczkiem. Wesołym, bardzo otwartym na drugiego człowieka. Lubię, a wręcz kocham poznawać nowych ludzi i nawiązywać nowe kontakty.
Cały czas? Pomimo tak wielu wydarzeń w pana karierze, gdy pozbawiano pana marzeń i startów w najważniejszych imprezach?
Tak, cały czas. Na pewno stałem się bardziej zamknięty niż kiedyś, ale wciąż dużo bardziej otwarty niż zamknięty. Różne sytuacje trochę mnie zmieniły i myślę, że było to potrzebne, żeby dalej dobrze funkcjonować w życiu.
Gdy ogląda się pana wywiad z Weroniką Nowakowską po igrzyskach w Paryżu, czuć było mnóstwo żalu. Minęło już to uczucie?
Na szczęście tak, ale musiałem to przepracować. Pomogła mi praca z psychologiem i taka wewnętrzna robota. Był też okres, kiedy całkowicie się zamknąłem — odciąłem się nawet od znajomych i przyjaciół, bo musiałem to przetrawić. Nie sądziłem, że coś może mnie aż tak zranić.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Mówi pan o samej decyzji?
Tak. Ktoś zdecydował, że nie pojadę na igrzyska. Jako mistrz olimpijski i zawodnik, który wywalczył kwalifikację, czułem, że zasłużyłem na udział. Najbardziej bolał brak jasnej odpowiedzi — kto i dlaczego podjął tę decyzję. Do dziś jej nie mam. Mam to już przepracowane, ale wtedy było to bardzo trudne. Niepewność i brak wyjaśnienia potrafiły zjadać od środka.
W Paryżu pana zabrakło, ale po Tokio można było odnieść wrażenie, że był pan wszędzie. Odbiła sodówka?
(śmiech) Można powiedzieć, że trochę tej sodówki było — tyle wody z Wisły wypiłem, że przez chwilę była susza. Ale szczerze mówiąc, w moim przypadku sława to chyba za duże słowo. Patrzymy na wielkich sportowców, którzy faktycznie są globalnie rozpoznawalni. Ja miałem raczej taką fajną popularność — ludzie, którzy interesują się sportem i oglądali igrzyska, kojarzyli mnie. To było bardzo przyjemne, bo nie miałem przypadkowych sytuacji, że ktoś zaczepia mnie bez powodu. Raczej spotykałem się z życzliwością — nawet na treningu ktoś podchodził, mówił: „Super, trzymamy kciuki”.
A ten okres po igrzyskach zmęczył? Dużo osób czegoś chciało?
Najwięcej po igrzyskach chcieli dziennikarze — i to jest zrozumiałe. Było mnóstwo wywiadów, projektów, propozycji współprac. W część się zaangażowałem, w część nie byłem w stanie. Z perspektywy czasu widzę, że popełniłem błąd — za długo chciałem korzystać ze swoich pięciu minut i zapomniałem o odpoczynku. Zapłaciłem za to zdrowotnie, fizycznie i psychicznie. Już na igrzyskach nabawiłem się kontuzji, a potem nie było czasu jej leczyć. Wpadłem w wir — wywiady, spotkania, projekty, spotkania z dziećmi. Nie trenowałem, byłem ciągle w biegu. To był błąd, bo powinienem szybciej zadbać o zdrowie — choćby profilaktycznie.
Dawid Tomala na Balu Mistrzów SportuPiotr Kucza / newspix.pl
Gdyby — z obecną wiedzą i doświadczeniem — znów został pan mistrzem olimpijskim, sporo by pan zmienił?
Wiele. Przede wszystkim mocniej weryfikowałbym ludzi wokół siebie. Byłem zbyt ufny. Wychodziłem z założenia, że jeśli możemy razem coś zrobić, zarobić, stworzyć projekt — to super. Ale czasem okazywało się, że nie do końca gramy do jednej bramki, że ktoś znika albo nie jest fair. To były lekcje. Na szczęście nie są to rzeczy, które spędzają mi sen z powiek.
A pozytywne strony?
Tego było mnóstwo. Całe środowisko sportowe — spotkania na galach, poznanie ludzi, którzy byli moimi idolami. Możliwość zamienienia kilku słów z Robertem Kubicą. Jestem wielkim fanem motoryzacji i F1. Do tego można wymienić Roberta Lewandowskiego czy Joannę Jędrzejczyk. To było coś niesamowitego. Dziennikarze, doświadczeni ludzie — i nagle okazuje się, że możesz z nimi normalnie rozmawiać. W większości to naprawdę świetne osoby.
Nie było momentu, że chce pan się w tym świecie „zanurzyć” na stałe? Skupić na show?
Bardziej chciałem poznawać tych ludzi prywatnie — na spokojnie, przy kawie. Gale to chaos, nie ma tam przestrzeni na prawdziwą rozmowę. A ja zawsze chciałem poznawać ludzi głębiej.
Spotkał pan też ludzi spoza sportu.
Tak, na przykład Quebonafide’a. Poznałem go przypadkiem — pojechaliśmy z bratem na jego koncert do Rzeszowa. Była akcja na Instagramie, że można było wygrać zaproszenie na domówkę. Napisałem komentarz i… wylosowali mnie. Trafiłem tam zupełnym przypadkiem. Co ciekawe, on wtedy nie wiedział, kim jestem. Dopiero na miejscu dowiedział się o igrzyskach i tak zaczęliśmy się poznawać. Kolejnego dnia byliśmy nawet razem na treningu. Bardzo fajny człowiek, ogromna kreatywność, masa pomysłów. Do dziś wspominam to bardzo dobrze, choć wiadomo — kontakt na odległość jest trudniejszy.
A jak bardzo po złocie w Tokio zachłysnął się pan tym sportowym „Legolandem”?
To był dla mnie totalnie nowy świat. Faktycznie — mogło to trochę wciągać, bo pojawiały się wspominane gale, spotkania, znajomości. Fajnie było poznawać ludzi, ale szczerze mówiąc, mnie to na dłuższą metę męczyło. Mam ADHD, nie potrafię długo usiedzieć w miejscu, a te wszystkie przemowy, często powtarzające się, były dla mnie nużące. Dlatego wolałem poznawać ludzi w inny sposób, bardziej naturalny, poza tym całym „eventowym” światem.
Dawid TomalaMichał Laudy / newspix.pl
Gdzie jest pana kariera obecnie?
Myślę, że to już jest etap powolnego jej wygaszania. Przed tym sezonem pojawiła się jeszcze iskra — zmiana dystansu na maratoński znowu mnie zmotywowała. Poczułem impuls, że chcę jeszcze powalczyć. Ale jednocześnie czuję, że nie mam już tego samego ognia, co kiedyś. Tego głodu sukcesu. Zawsze mówiłem sobie, że kiedy ten moment przyjdzie, pójdę w inną stronę. I chyba właśnie teraz jestem w takim miejscu — szukam swojej drogi na przyszłość, realizuję pierwsze pomysły, choć nadal trenuję.
A igrzyska w Los Angeles?
Kuszą mnie, nie ukrywam. Nawet miałem kiedyś plan, by właśnie tam zakończyć karierę. Ale wydaje mi się, że to już raczej jako widz niż uczestnik. Czuję, że mentalnie już nie jestem w stanie wejść na najwyższy poziom. Fizycznie, treningowo jeszcze bym dał radę, ale głowa już nie pracuje jak kiedyś. A bez tego trudno się rozwijać. Dlatego czuję, że to moment, by powoli zamykać etap kariery i szukać nowych wyzwań.
W chodzie są zmiany dystansów…
Tak. I to spory problem. W trakcie jednego cyklu olimpijskiego zmieniano dystans kilka razy — raz 50 km, potem 35 km, teraz półmaraton. To trudne, szczególnie dla zawodników takich jak ja, którzy specjalizowali się w dłuższych dystansach. Zawodnicy z krótszych dystansów mają łatwiejszą adaptację.
Jest pan bardzo otwartym człowiekiem, więc chciałbym porozmawiać o… finansach. Nie pytam o zarobki, ale o proporcje — ile trzeba było zainwestować, by zostać mistrzem olimpijskim?
Do igrzysk to była głównie inwestycja i dokładanie. Czasami wychodziło się na zero, czasami coś udało się zarobić na zawodach, ale generalnie nie były to duże pieniądze. Wygrywasz mistrzostwa Polski i dostajesz uścisk ręki prezesa. Stypendium? Owszem, miałem — około 1500 zł miesięcznie, kiedy byłem w Katowicach. To pozwalało funkcjonować, ale nie dawało stabilizacji. Ogromną rolę odegrała moja rodzina — rodzice, którzy mnie wspierali, wożąc na treningi, pomagając finansowo. W Polsce większość sportowców musi łączyć sport z pracą, żeby się utrzymać. Trudno nawet dokładnie policzyć, ile zostało włożone w tę drogę, bo to jest proces budowany latami.
Był też moment, gdy pracował pan fizycznie na budowie, co stało się tematem w mediach.
Tak, to się sprzedało medialnie, ale bardzo dobrze to wspominam. To była ciężka praca, lecz z fajnymi ludźmi i w dobrej atmosferze. Wcześniej też pracowałem — choćby w szkołach jako nauczyciel wuefu. To była po prostu część mojej drogi. Było trochę lawirowania. Szukałem różnych źródeł dochodu — pracowałem jako masażysta, trener personalny, motoryki. Wszystko wokół sportu, ale to było raczej przetrwanie niż stabilizacja. Gdybym wtedy chciał np. utrzymać rodzinę czy budować poważny związek oparty na moich finansach, nie byłoby na to szans. To było życie „na zero”.
A po igrzyskach?
Nastąpiła zmiana o 180 stopni. Nagle wskoczyłem na zupełnie inny poziom życia. Pojawili się sponsorzy, partnerzy — i to było coś nowego. Np. współpraca z Totalizatorem pokazała mi, czym naprawdę jest partnerstwo. To nie tylko wrzucenie reklamy — to spotkania, projekty, ale też rozwój. Miałem szkolenia z wystąpień publicznych, pracy przed kamerą. To było dla mnie ogromnie wartościowe. Nigdy wcześniej nie analizowałem swoich wypowiedzi, a tam rozłożono to na czynniki pierwsze. Gdy zobaczyłem, jak mówię i się zachowuję, byłem w szoku. To była świetna lekcja i bardzo rozwojowe doświadczenie.
A jak wygląda rzeczywistość finansowa sportowca?
Jeśli ktoś idzie do sportu z myślą o zarabianiu pieniędzy, szczególnie w sportach niszowych, jak chód — nie jest to dobra droga. W lekkiej atletyce można zarabiać na mityngach czy w maratonach, ale u nas problemem jest to, że nie startujemy często. A nawet jeśli, to nagrody bywają symboliczne. Jakiś czas temu wystąpiłem w zawodach, gdzie główna nagroda wynosiła 300 euro. A koszty — podróż, nocleg, przygotowanie — były dwa razy większe, więc realnie dokładałem do startu. Mówię więc wprost — jeśli ktoś chce zarabiać, niech nie wybiera tej ścieżki.
Co więc dał panu sport?
Dla mnie to była pasja. W sporcie znalazłem to, czego szukałem — możliwość rywalizacji z najlepszymi — najpierw w Polsce, potem na świecie. To mnie napędzało. Nie patrzyłem na koszty. Ale prawda jest taka, że aspekt finansowy z czasem zaczyna mieć znaczenie — każdy chce normalnie żyć, wyjść do kina, funkcjonować jak człowiek. Uważam, że w Polsce wiele dyscyplin jest niedocenianych medialnie. A to ma ogromne znaczenie — bo jeśli media nie pokazują sportowców, trudniej o sponsorów. Gdyby częściej pokazywano sukcesy w mniej popularnych dyscyplinach, zawodnicy mieliby większe możliwości współpracy i rozwoju.
Są też media społecznościowe.
Zdecydowanie, ale to też jest wyzwanie. Po igrzyskach dostawałem tysiące wiadomości — na Messengerze, Instagramie. Nie byłem w stanie na to wszystko odpisać. Były wiadomości miłe, dziwne, różne. Żeby to ogarnąć, trzeba by mieć osobę tylko od tego. Dlatego po prostu się odciąłem, bo było tego za dużo. Z jednej strony mamy dziś sportowców bardzo aktywnych w mediach społecznościowych, jak choćby Ewa Swoboda czy młodsze pokolenie na czele z Anastazją Kuś. To może budzić różne opinie, zwłaszcza że mówimy o zawodniczkach dopiero wchodzących w sport seniorski. Z drugiej strony świat się zmienia i chyba trzeba iść w tym kierunku. Chodzi o pokazywanie kulis życia, budowanie marki i otwieranie sobie dodatkowych możliwości. Jeśli sport nie wyjdzie, są już inne opcje. I to jest mądre.
A u pana to nie było tak naturalne?
Nie do końca. Dla mnie to była praca. Kiedy miałem zobowiązania wobec partnerów, musiałem nagrywać, robić zdjęcia, prosić kogoś o pomoc. To nie przychodziło mi naturalnie. Zawsze żyłem prosto — trening, bliscy, codzienność. A tu nagle trzeba było pokazywać więcej siebie. Jeśli komuś to wychodzi naturalnie — super, niech z tego korzysta.
Czyli rodzinny z pana człowiek.
Bo tak jest. Dziś chciałbym być bliżej ludzi, bliżej rodziny. Może to zabrzmi banalnie, ale chcę spróbować normalnego życia — być w domu, a nie 200 dni w roku poza nim. To było fajne przez pewien czas, ale obecnie już nie czuję takiej potrzeby. Chcę pielęgnować relacje, które przez lata schodziły na drugi plan, bo sport był najważniejszy.
I poszukiwanie nowej pasji?
Dokładnie. Szukam czegoś, co mnie znowu „odpali” — tak jak kiedyś sport. Mam różne pomysły, część już realizuję. Np. prowadzimy z kolegą studio EMS [elektrostymulacja mięśni] w Katowicach — to daje mi kontakt z ludźmi, co bardzo lubię. Ale czuję, że to jeszcze nie wszystko. Opcji jest sporo. Mam otwartą drogę w wojsku, mogę się tam rozwijać. Są też projekty sportowe — obozy czy inne inicjatywy. Za kilka lat dostanę emeryturę olimpijską i teoretycznie można by z niej żyć, ale nie myślę w takich kategoriach. To byłby błąd, gdybym chciał się „ustawić” tylko pod emeryturę. Mam za dużo energii, żeby usiąść i nic nie robić.
Jak więc podsumować sportową karierę Dawida Tomali?
Myślę, że miałem piękny kawał życia. Realizowałem swoje marzenia, bawiłem się sportem i osiągnąłem bardzo dużo. Czuję, że przychodzi moment, w którym chcę iść dalej — znaleźć nowy cel.