To pierwsza część materiału, w którym Mikołaj Sawicki i jego żona opowiadają o kulisach omyłkowego zawieszenia. Wkrótce opublikujemy drugą część materiału, z której dowiesz się o niespodziewanym przełomie w sprawie Mikołaja Sawickiego, załamaniu i atakach paniki oraz ostrzeżeniu, jakie padło wobec jego klubu.
Mikołaj Sawicki mógł stracić wszystko. Po pozytywnym wyniku testu dopingowego groziły mu nawet cztery lata dyskwalifikacji, które byłyby jednoznaczne z końcem siatkarskiej kariery 26-latka.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Najlepiej było, jeśli budziłem się w południe i leżałem w łóżku do 17.00. Wstawałem coś zjeść i wracałem do wyra. Nie chciałem się budzić i wracać do rzeczywistości, żeby rozmyślać o tym, co się dzieje.
Przez większość czasu wydawało się, że udowodnienie niewinności wobec POLADA jest czymś z gatunku „mission impossible”. W końcu nikomu nie mieściło się w głowie, że przy badaniu próbki mogłoby dojść do jakiejkolwiek pomyłki. A jednak Mikołaj i jego pełnomocnicy po długiej batalii udowodnili, że metoda analizy zastosowanej przez laboratorium nie pozwoliła na jednoznaczne odróżnienie środków dozwolonych od niedozwolonego modafinilu. Dzień po tym, jak siatkarz miał się już poddać, pojawiła się nadzieja — dla niego i dla młodziutkiego tenisisty, ukaranego za tę samą substancję. Okazało się, że obaj przyjmowali lek na alergię, pochodzący z tej samej serii. Gdyby na ten trop trafili dwa miesiące później, nie byłoby szans się wybronić. Zbieg okoliczności tak nieprawdopodobny, jak trafienie trzy razy z rzędu szóstki w totka. A jednak.
Kiedy spotykamy się w mieszkaniu Klaudii i Mikołaja Sawickich, on właśnie wraca z treningu. Po 9-miesięcznym zawieszeniu przez POLADA, od początku marca znów trenuje z drużyną Bogdanki LUK Lublin. Trwają ligowe finały. Gdy siada przy stole, co jakiś czas mocniej pociąga nosem przez katar alergiczny. Jest początek maja, więc sezonowa alergia uderza go ze zdwojoną siłą. Nie przyjmuje lekarstw łagodzących objawy. Nie chce już ryzykować.
Smutna rocznica i szlochanie do słuchawki
30 maja 2025 r. Pierwsza rocznica ślubu Klaudii i Mikołaja. On przygotował dla niej kwiaty i drobny upominek, by wręczyć je po meczu. Nie mogą świętować razem przez cały dzień, bo Mikołaj jest z kadrą na turnieju towarzyskim w Gliwicach. Powołanie od selekcjonera dostał po najlepszym sezonie w swojej klubowej karierze i tego dnia miał w wyjściowej szóstce rozpocząć spotkanie z Bułgarią.
Mikołaj: Przed meczem zamiast rozruchu, poszliśmy całą drużyną na spacer. Pod koniec przechadzki jeden z członków sztabu wziął mnie na bok, zaczekał, aż wszyscy odejdą i powiedział: „Właśnie dostałem maila z informacją, że jesteś zawieszony za doping i musisz wyjechać ze zgrupowania. Sprawdź też swoją skrzynkę”. Poczułem się, jakby ktoś uderzył mnie kijem baseballowym. Nie dochodziło do mnie to, co właśnie usłyszałem.
Po spacerze mieliśmy jeszcze odprawę wideo, na którą spóźniłem się dobry kwadrans. Musiałem przesiedzieć całe spotkanie w sali, choć wszyscy widzieli już po mojej minie, że coś jest nie tak. Po wideo zostałem, żeby porozmawiać z trenerem. Początkowo był na mnie wkurzony, ale zarzekałem się, że niczego nie brałem. Uwierzył mi. Później zadzwoniłem do Klaudii.
Klaudia: Powiedział, że jest zawieszony i żebym po niego przyjechała, a później zamilkł. Słyszałam tylko, jak zanosi się płaczem. Nie wiedziałam, co się dzieje. Dopiero po 10 minutach, gdy trochę ochłonął, zadzwoniłam do niego po raz drugi. Wtedy powiedział mi o mailu z POLADA.
W mailu, który otrzymał Mikołaj, zamieszczona była tylko lakoniczna informacja o tymczasowym zawieszeniu zawodnika wraz z nazwą wykrytej u niego substancji — modafinil. Brakowało natomiast szczegółów dotyczących jej stężenia w organizmie. Na tę informację musieli poczekać jeszcze około miesiąca.
Klaudia: Po 20 minutach wsiadłam w auto i ruszyłam do Gliwic. Byłam akurat u moich rodziców w Opocznie, więc po drodze musiałam przejechać przez Spałę. Mijając ośrodek przygotowań, w którym trenuje reprezentacja, zobaczyłam kogoś w stroju kadrowym i zaczęłam płakać. Zatrzymałam się na stacji benzynowej i zadzwoniłam do siostry Mikołaja. Poprosiłam ją, żeby pojechała ze mną, bo z nerwów nie byłam w stanie prowadzić. To było straszne.
Mikołaj: A ja spakowałem się i czekałem, aż Klaudia po mnie przyjedzie. Byłem w pokoju z Kewinem Sasakiem, ale nawet jemu nie mogłem nic powiedzieć. Panowała grobowa cisza.
Zaraz po telefonie do żony, Sawicki skontaktował się też ze swoim menadżerem Jakubem Michalakiem. Wiadomość o tymczasowym zawieszeniu przyszła w piątek, więc przez długi czas tkwili w martwym punkcie, bo zbliżał się weekend i trudno było się gdziekolwiek dodzwonić, by dowiedzieć się, jak będą wyglądać dalsze procedury.
Rok temu Mikołaj Sawicki musiał nagle opuścić zgrupowanie kadry. Sprawa szybko wyszła na jawPaweł Piotrowski/400mm.pl / newspix.pl
Dzień później trzeba było już gasić pożar. Nieoficjalna informacja przedostała się do mediów, choć jeszcze po piątkowym meczu z Bułgarią selekcjoner kadry Nikola Grbić pytany o nieobecność Sawickiego na meczu, tłumaczył ją problemami zdrowotnymi siatkarza. Jednak już w sobotę wieczorem media huczały o pozytywnym wyniku testu dopingowego, a doniesienia potwierdził szef POLADY Michał Rynkowski. Wtedy jednak nie chciał mówić, o jaką substancję chodzi, choć wskazywał, że grozi za to nawet czteroletnie dyskwalifikacja, a zawodnik ma prawo do analizy próbki B w ciągu siedmiu dni od otrzymania powiadomienia o podejrzeniu naruszenia przepisów antydopingowych. Należy podkreślić, że zgodnie z prawem — po przebadaniu próbki A sprawa jeszcze nie jest jawna.
Na domiar złego, tego dnia — w sobotę, w Lublinie odbywała się uroczysta gala na zakończenie sezonu z udziałem sponsorów klubu. Zwieńczenie najlepszego sezonu w historii dla Bogdanki LUK, w którym jej siatkarze zdobyli złoto PlusLigi, przyćmiła informacja o prawdopodobnej wpadce dopingowej jednej z czołowych postaci w zespole. Początkowo prezesi klubu byli nie tylko potwornie zaskoczeni informacją, ale też źli na Sawickiego, że coś przed nimi zataił. Wiadomość z POLADY do klubu bowiem nie dotarła, bo informację otrzymał tylko siatkarz oraz federacje: krajowa (PZPS) i międzynarodowa (FIVB).
Mikołaj Sawicki do dziś nie wie, jak informacja o jego pozytywnym wyniku ujrzała światło dzienne w tak błyskawicznym tempie. Zwłaszcza że inne takie wieści dotyczące polskich sportowców wychodziły dopiero po pewnym czasie.
Tu można posłużyć się przykładem Kamili Witkowskiej. Siatkarka zakończyła karierę po minionym sezonie 2024/25 i właściwie po tej decyzji została ukarana 8-miesięczną dyskwalifikacją. Dlaczego? W próbce pobranej rok wcześniej (26 kwietnia 2024) wykryto niedozwolony środek kanrenon. Było to efektem nieterminowego zgłoszenia leku przyjmowanego przez Witkowską celem wyłączenia go ze względów terapeutycznych. Panel lekarski POLADA uznał jednak, że naruszenie przepisów miało jedynie charakter proceduralny i siatkarka dostała najniższy możliwy wymiar kary, czyli naganę. Dzięki temu po pozytywnym wyniku rozegrała jeszcze cały sezon klubowy i reprezentacyjny. FIVB odwołała się jednak od tej decyzji do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu (CAS), a ten nałożył na Witkowską 8-miesięczną dyskwalifikację, która jednak niczego nie zmieniała w jej sytuacji, bo siatkarka zdecydowała się zakończyć karierę.
— Mam kilka pomysłów, dlaczego informacja o moim tymczasowym zawieszeniu wypłynęła tak szybko. Być może dostęp do maila, który trafił do jednej z federacji, miało więcej osób, niż zakładano, albo ktoś przekazał tę informację dalej. Cała sytuacja dała mi jednak sporo do myślenia i pokazała, że w środowisku siatkarskim nie wszystko wygląda tak idealnie, jak mogłoby się wydawać z zewnątrz — przyznaje siatkarz.
Kiedy medialna burza już trwała, w poniedziałek po otrzymaniu wiadomości Sawicki, jego żona oraz menadżer skontaktowali się z byłym już koszykarzem, a dziś cenionym prawnikiem w dziedzinie prawa sportowego — Hubertem Radkem. Ten wraz z żoną Justyną zostali pełnomocnikami siatkarza w całym postępowaniu.
— Prawnik wziął na sobie całą komunikację z POLADĄ. Przekazał mi, żebym nie kontaktował się z nimi samodzielnie, bo to może zadziałać na moją niekorzyść — podkreśla Mikołaj.
Złe przeczucia się potwierdziły
Kontrole antydopingowe polegają na pobieraniu próbek biologicznych do analiz lub prowadzenia śledztwa w celu weryfikacji czy doszło do naruszenia przepisów antydopingowych. Są przeprowadzane w trakcie zawodów sportowych oraz poza nimi, m.in. w trakcie zgrupowań. Osoby, które zostaną im poddane, nie są wcześniej informowane o terminie kontroli. Tak brzmią najważniejsze punkty zawarte w Regulaminie Przeprowadzania Kontroli Antydopingowych i Zarządzania Wynikami.
Dla Mikołaja Sawickiego kontrola z 3 maja 2025 r. była pierwszą w życiu, jakiej się poddał. Miała miejsce w lubelskiej hali Globus po zakończeniu drugiego spotkania finałowego w play-offach PlusLigi, w których jego Bogdanka LUK Lublin rywalizowała z Aluronem CMC Wartą Zawiercie. Tydzień później Sawicki wraz z kolegami sięgnęli po mistrzostwo Polski.
Badanie polega na pobraniu próbki moczu, a przy kontroli zawodnik musi wymienić w protokole wszystkie przyjmowane przez siebie leki i suplementy. Sawicki korzystał łącznie z siedemnastu różnych środków, choć nie udało mu się zapamiętać wszystkich. Do protokołu wpisał mniej niż dziesięć z nich, również przy pomocy klubowej fizjoterapeutki Justyny Pałki. W klubie z Lublina to właśnie osoby ze sztabu medycznego pilnują całej listy przyjmowanych przez zawodników leków i suplementów. Sawicki w tamtym okresie stosował jeszcze środki przeciwbólowe, bo miał problemy z kolanem.
Tego dnia w hali były rodziny Klaudii i Mikołaja. Odwiedzali ich przy okazji majówki. — Nie wiem, czemu bardzo się stresowałam, gdy męża wezwali na kontrolę. Mama Mikołaja podeszła wtedy do mnie i też przyznała, że ma złe przeczucia — mówi dziś żona siatkarza.
Niepokój Klaudii wynikał głównie z jednego aspektu. Kilka dni wcześniej Mikołaj zaczął przyjmować lek na alergię — Evastix, który później odegra kluczową rolę w całej historii. Od kilku miesięcy zażywał też leki wziewne na astmę.
Evastix musiał przyjmować, gdy objawy pogłębiły się po powrocie z wakacji we wrześniu 2024 r. — Jechaliśmy z lotniska, a ja dosłownie dusiłem się wtedy w aucie. Myślałem, że to jakiś rzut alergii, ale okazało się, że mam astmę oskrzelową. Lekarz zlecił mi wtedy inhalacje i przepisał mocniejsze leki. Zażywałem je przed zimą, żeby uspokoić objawy, a później wróciłem do nich na wiosnę, gdy wszystko zaczęło pylić — mówi siatkarz.
Po wiadomości o pozytywnym wyniku testu dopingowego, Sawicki od razu zdecydował się na przebadanie próbki B. 5 czerwca ubiegłego roku POLADA wydała komunikat o pozytywnym wyniku tego badania i podtrzymała decyzję o tymczasowym zawieszeniu zawodnika. Wtedy też po raz pierwszy publicznie pojawiła się informacja o zakazanej substancji w jego organizmie, czyli modafinilu.
Ten działa stymulująco na ośrodkowy układ nerwowy. Reguluje rytm snu i czuwania. Stosowany jest m.in. w leczeniu narkolepsji, narkolepsji z katapleksją, a także ADHD.
Nieoficjalne wersje wydarzeń krążące w środowisku zakładały, że rzeczywiście Sawicki miał problemy z regulacją snu, inne — że przyjmował leki wspomagające odchudzanie. Rzeczywiście schudł aż 8 kg, ale już po kontroli, a właściwie po jej wyniku, gdy ze stresu przez dłuższy czas nic nie jadł.
Mikołaj: — Chłopaki z drużyny wiedzieli, że nie jestem głupi i niczego nie wziąłem celowo, ale wśród innych i tak pojawiały się niestworzone historie. Wśród nich była też ta o pielęgniarce, która ponoć sprowadzała mi niedozwolone leki z Włoch, do czego miałem przyznać się przyjaciołom.
Pytali w restauracji, brali pod uwagę szczepionkę kota. Tak szukali możliwego źródła problemu
Próba odnalezienia zanieczyszczenia w przyjmowanych środkach przypomina szukanie igły w stogu siana. Żeby móc sprawdzić wszystko, co zażywał Mikołaj, trzeba było zabezpieczyć do analizy także to, co przyjmował w klubie.
— Niedługo przed badaniem Mikołajowi skończył się kolagen, który stosował i wyrzucił opakowanie, więc pisaliśmy nawet do producenta z pytaniem o numer serii suplementu, żeby później móc to zawrzeć w dokumentacji — opowiada Klaudia.
Prawnik poradził im, żeby zabezpieczyli nawet blistry z leków, bo zdarza się, że tabletka jest czysta, ale zanieczyszczenie z maszyny produkcyjnej przenosi się na samo opakowanie. Ba, jako potencjalne źródło zakazanej substancji trzeba było wziąć pod uwagę leki, jakie mama Mikołaja miała w torebce przy okazji wizyty w ich domu, a nawet szczepionkę, jaką przyjmował ich… kot. Może się to wydawać abstrakcyjne, ale przecież wszyscy pamiętają przypadek kajakarki Doroty Borowskiej. Tuż przed igrzyskami w Paryżu uzyskała pozytywny wynik testu, a niedozwolona substancja (klostebol) przedostała się do jej organizmu dlatego, że smarowała swojego psa maścią leczniczą.
Klaudia chodziła nawet do restauracji, w których jedli w ciągu kilku dni przed badaniem, by tam dopytać, czy to możliwe, aby modafinil dostał się do jedzenia. — Aż głupio było mi pytać, czy ktoś z obsługi nie jest chory na narkolepsję albo ADHD. Albo czy nie jest studentem, bo wiem, że ci przyjmują leki na pobudzenie, gdy jest dużo nauki. Chodziłam i pytałam, ale nie trafiłam na żaden trop — opowiada żona siatkarza.
Im więcej czytali o modafinilu, tym bardziej rosła w nich obawa, że nie znajdą źródła problemów. Dotarli nawet do historii zza granicy, gdy niedozwolona substancja z odpadów medycznych dostała się do bieżącej wody. Przerazili się jeszcze bardziej, gdy przeczytali, że we wrześniu 2024 r., lubelska policja zlikwidowała nielegalną fabrykę sterydów anabolicznych i produktów medycznych na jednej z posesji w Chełmie.
— Nie miałem przecież pewności, czy ktoś, z kim np. przybiłem piątkę na meczu, nie pracował może przy takiej nielegalnej produkcji — mówi Mikołaj, wracając do możliwych scenariuszy, jakie brali pod uwagę przy poszukiwaniu źródła problemu.
Z jednej strony wydaje się to niemożliwe, by substancja przedostała się przez zwykły kontakt z dłonią, ale tutaj dochodzi jeszcze jedna kwestia. Stężenie modafinilu, jakie początkowo wykryto u Sawickiego, było tak ekstremalnie niskie, że odpowiadające… 1/600 tabletki leku.
— Modafinil metabolizuje się na metabolity takie jak kwas modafinilowy, który wyszedł w mojej próbce oraz modafinil sulfon. Stężenie kwasu w przeliczeniu na ciężar właściwy substancji wynosił w mojej próbce ok. 130 nanogramów. Później jeszcze okazało się, że przy takim stężeniu kwasu powinny mi wyjść w organizmie jeszcze pozostałe substancje, a nic takiego nie było. Pierwsza opinia eksperta, jakiej zasięgnęliśmy, a był to dr Douwe de Boer z Holandii, wykazała, że w dniu meczu na osiem godzin przed badaniem, musiałbym przyjąć 0,3 miligrama substancji. Dostępna na polskim rynku tabletka leku z modafinilem ma 200 miligramów. To oznacza, że w dniu meczu musiałbym spożyć 1/600 tabletki, żeby wyszedł wynik odpowiadający temu z mojej próbki — opowiada nam Mikołaj, bez zająknięcia tłumacząc medyczne i chemiczne zawiłości.
— Dla POLADY to nadal nie było wystarczające — dodaje Klaudia.
Rok temu Sawicki świętował mistrzostwo Polski z Bogdanką LUK Lublin, a w play-offach prezentował znakomitą dyspozycję. Niedługo później przyszła druzgocząca wiadomośćPiotr Jaruga/400mm.pl / newspix.pl
Równolegle z opinią byłego dyrektora holenderskiego laboratorium, Sawicki zdecydował się na badanie włosów. Do Francji wysłał trzy kępki z 6-centymetrowymi kosmykami. — To badanie także dowiodło, że w ciągu sześciu poprzednich miesięcy substancja nie była farmakologicznie aktywna w moim organizmie. Wszystko wskazywało na to, że coś jest nie tak z wynikiem badania dopingowego, ale było to odrzucane albo bagatelizowane przez POLADĘ — zaznacza siatkarz.
Najbardziej prawdopodobnym tropem wciąż pozostawało zanieczyszczenie leków albo suplementów przyjmowanych przez Sawickiego. Z drugiej strony — trudno było uwierzyć w błąd Polskiego Laboratorium Dopingowego, uznawanego za jedno z najbardziej cenionych w Europie. Początkowo POLADA nie zgadzała się jednak, aby przebadać wszystkie 17 suplementów i leków, jakie zażywał, a jedynie kilka wskazanych przez Sawickiego w protokole przy pobraniu próbki w dniu 3 maja.
— Minęły cztery miesiące, zanim dostaliśmy zgodę na przebadanie wszystkiego — mówi siatkarz.
Dziewięć miesięcy zawieszenia i cztery rozprawy. Stanęli przed poważnym dylematem
Rozprawy, podczas których zapadały kolejne decyzje, odbywały się przed Panelem Dyscyplinarnym. Pierwsza miała miejsce w lipcu 2025 r., ostatnia — 20 kwietnia 2026 r. O miesięcznym przesunięciu drugiej z nich Sawiccy dowiedzieli się w dniu, w którym miała się pierwotnie odbyć.
Klaudia: Rano potwierdzałam mailowo swoją obecność na rozprawie, a dwie godziny później dostałam SMS-a o przesunięciu terminu, bo POLADA nie zdążyła się przygotować. Kiedy już doszła do skutku, ja i fizjoterapeutka klubowa byłyśmy powołane w roli świadków i zeznawałyśmy, że Mikołaj przyjmował dane suplementy, których nie wymienił w protokole, jak te, które się w nim znalazły. Dopiero wtedy dostaliśmy zgodę na ich przebadanie.
Mikołaj: Dodam tylko, że na prośbę POLADY panel przesuwał rozprawy, a kiedy w kilka dni przed trzecią, listopadową rozprawą to my zawnioskowaliśmy o zmianę terminu, bo natrafiliśmy na trop z ebastyną, POLADA nie ustosunkowała się do naszej prośby i Panel Dyscyplinarny niczego nie zmienił.
W opinii publicznej jest znikoma wiedza na temat tego, jak postępować w przypadku pozytywnego wyniku badania antydopingowego. W rzeczywistości próba dowiedzenia swojej niewinności wymaga potężnych nakładów nie tylko czasowych, ale przede wszystkim finansowych. Już samo badanie próbki B to koszt w granicach 5000 zł.
Z kolei analizy poszczególnych leków i suplementów w Polskim Laboratorium Antydopingowym były możliwe tylko po uzyskaniu zgody od POLADY. W przypadku laboratoriów nieakredytowanych przez WADA taka zgoda nie była wymagana, choć koszty także nie były małe. Na przykład kierując się do polskiego laboratorium specjalizującego się w badaniu leków. Sawicki musiałby zapłacić 80 tys. zł za badanie 17 suplementów. Na tę opcję ostatecznie się nie zdecydował ze względu na koszty. Co więcej i tak na wyniki trzeba byłoby czekać od trzech do sześciu miesięcy. Im szybciej chciało się je uzyskać, tym cena wzrastała. Koszt badania jednego suplementu z wynikiem na cito sięgał dziesiątek tysięcy złotych. Sawicki korzystał z usług różnych laboratoriów w Polsce. Należy jednak pamiętać, że aby wynik analizy mógł stanowić dowód w sprawie, musi ona być przeprowadzona w miejscu z akredytacją WADA.
— W całej tej historii zastanawia nas, ilu sportowców oskarżonych o doping w ogóle nie podjęło walki, bo nie było ich na nią stać — mówi Klaudia.
Sawiccy stanęli przed podobnym dylematem. Prawnik także uczulał ich na to, jakie koszty finansowe będą musieli ponieść. Ostatecznie to Klaudia przekonała Mikołaja do walki, choć ten wahał się, czy warto przeznaczać oszczędności na sprawę, w której szanse na uniewinnienie są bardzo małe, czy jednak zainwestować w biznes. Tym bardziej że trzy dni przed wiadomością o zawieszeniu, jego żona wraz ze swoją mamą podpisały umowę najmu lokalu pod swoją wymarzoną kawiarnię w Opocznie. Miejsce było w stanie surowym i wymagało wykończenia, a co za tym idzie — nakładów finansowych. Ostatecznie okazało się odskocznią dla Mikołaja w początkowym okresie po zawieszeniu.
— Nabyłem nowe umiejętności i mogłem pójść w budowlankę — mówi siatkarz o swojej pracy przy remoncie kawiarni. Na ten czas razem z Klaudią przenieśli się na wieś do jej rodziców, gdzie mogli odpocząć i unikać kontaktu z innymi.
— Nie chciałem wtedy z nikim gadać. Jeśli słyszałem od kogoś, że będzie dobrze, to tylko jeszcze bardziej mnie dobijało — przyznaje Mikołaj.
— Nawet w gronie rodziny nie rozmawialiśmy o całej sytuacji, żeby nie wałkować cały czas tego tematu — dodaje Klaudia.
Dziś kawiarnia dobrze prosperuje, ale w tamtym czasie musieli żyć z oszczędności, nie wiedząc, co przyniesie jutro. Co prawda klub z Lublina nie zerwał z Sawickim kontraktu, ale z wiadomych względów przez okres 9-miesięcznego zawieszenia, nie wypłacał mu pensji.
Klaudia: Nie wiedzieliśmy, co będzie dalej. Nie wydawaliśmy na ubrania, wypady do restauracji. Tylko najważniejsze sprawy jak mieszkanie, remont i opłaty.
Mikołaj: Pół-żartem powiem, że jak mnie odwiesili po dziewięciu miesiącach, to majtki sobie kupiłem.
To pierwsza część materiału, w którym Mikołaj Sawicki i jego żona opowiadają o kulisach omyłkowego zawieszenia. Wkrótce opublikujemy drugą część materiału, z której dowiesz się o niespodziewanym przełomie w sprawie Mikołaja Sawickiego, załamaniu i atakach paniki oraz ostrzeżeniu, jakie padło wobec jego klubu.