„Zamknij mordę, co się drzesz” — słyszała podczas porodu Dorota z Wałbrzycha. Miała wtedy 23 lata. Dziś ma 61 lat.

Maj, lata 90. Sala porodowa. Otwarte na oścież okno, choć na dworze jest chłodno. Dorota leży na plecach z nogami uniesionymi do góry. Nie ma mowy o zmianie pozycji, o spacerowaniu, piłce, worku sako czy muzyce relaksacyjnej. O znieczuleniu też nikt nawet nie wspomina.

— Wtedy nie było czegoś takiego. Rodziło się i tyle. Wszystkie tak rodziłyśmy — mówi.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Tak rodziły nasze matki i babki

Partnera przy porodzie nie było. Masażu, planu porodu czy rozmowy z położną również. Położna wydawała polecenia, a kobieta miała je wykonywać. Dorota pamięta przede wszystkim zimno i strach. Dziecko ważyło ponad cztery kilogramy, poród był bardzo ciężki. O cesarskim cięciu nikt nie rozmawiał.

— Nawet nie przyszło mi do głowy, że można zapytać.

A jednak już wtedy zaczynały pojawiać się pierwsze elementy nowoczesnej opieki. W ciąży lekarz przez pomyłkę usłyszał dwa tętna i prowadził ją jak… ciążę bliźniaczą. Miała regularne badania USG, co w tamtych czasach nie było standardem.

Jak Julianna urodziła Dorotę?

Jeszcze dalej w czasie cofa się 86-letnia Julianna — mama Doroty i babcia Karoliny. Pierwsze dzieci rodziła ponad 60 lat temu — w domu, z akuszerką. Kiedy zbliżał się termin, akuszerka przychodziła już wcześniej. Szykowała pościel, pilnowała wszystkiego, czekała razem z rodziną. Porody odbywały się w łóżku, na leżąco. Julianna najbardziej bała się nacięcia krocza.

— Prosiłam, żeby mnie nie nacinali. Kobiety mówiły wtedy, że potem długo nie można dojść do siebie.

Udało się uniknąć zabiegu, bo dzieci były małe. Sama akuszerka zapisała się w jej pamięci jako osoba spokojna i wspierająca.

— Po porodzie siadała z rodziną do stołu i opijali narodziny dziecka — wspomina. Najmłodszą córkę urodziła już w szpitalu. Ale nawet wtedy najważniejsze było jedno: „żeby tylko nie nacinali”.

Cesarskie cięcie istniało już w medycynie, ale dla wielu kobiet pozostawało czymś abstrakcyjnym.

— Nie pomyślałabym nawet, że mogłabym tak rodzić — mówi Julianna.

Dziś porodówki wyglądają inaczej. A przynajmniej część z nich.

Polskie porodówki już nie takie same

Karolina ma 38 lat i rodziła pod koniec grudnia 2024 r. we Wrocławiu. Szpital wybierała z polecenia innych kobiet, na podstawie internetowych forów i rankingów porodówek.

— Z perspektywy czasu uważam, że dziś naprawdę trudno trafić na taki „przerąbany” poród, gdzie ktoś cię źle traktuje albo czegoś odmawia — mówi.

Po narodzinach córki pamięta przede wszystkim osoby, które pojawiały się wokół niej niemal bez przerwy. Położne, fizjoterapeutka, psycholożka. Ktoś tłumaczył, jak usiąść po porodzie, ktoś pomagał przy karmieniu, ktoś pytał, czy potrzebuje leków przeciwbólowych. — Byłam totalnie zaopiekowana. I przypominam: za darmo, na NFZ — podkreśla.

Najbardziej zaskoczyło ją karmienie piersią. — Człowiek myśli, że dziecko po prostu się przystawi i już. A to wcale tak nie wygląda. Położna zagadała ją podczas rozmowy i w tym czasie spokojnie przystawiła dziecko do piersi. — Nagle patrzę, a ona je. Byłam w szoku — opowiada. Ale nawet w nowoczesnej porodówce rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana niż internetowe hasła o „porodzie bez bólu”.

Karolina chciała znieczulenie zewnątrzoponowe. Usłyszała jednak wcześniej od położnej, że może ono zatrzymać akcję porodową. — I to się bardzo często zdarza. O tym już się tak głośno nie mówi.

Mimo ostrzeżeń zdecydowała się na znieczulenie. Sam moment podania wspomina jako jedno z najgorszych doświadczeń. — Musisz siedzieć nieruchomo, wyprostowana, kiedy masz skurcze. Ktoś wbija ci igłę w kręgosłup, a ty ledwo wytrzymujesz z bólu.

Znieczulenie nie zadziałało prawidłowo. Sparaliżowało tylko jedną stronę ciała, po czym ból wrócił ze zdwojoną siłą. Karolina ma skoliozę i — jak usłyszała — lek mógł się źle rozprowadzić. — Prosiłam, żeby coś z tym zrobili, ale anestezjolog odmówiła kolejnej dawki.

Nie ma jednak żalu do personelu. — Ludzie myślą dziś czasem, że będzie kampania „już nie będzie bólu w porodzie” i po sprawie. A to tak nie działa. Znieczulenie nie zawsze pomaga, czasem zatrzymuje poród, czasem trzeba potem wszystko zaczynać od nowa. Czasami do jednego anestezjologa ustawia się kolejka ciężarnych.

Nowe standardy opieki okołoporodowej

Od czwartku część takich doświadczeń ma się zmienić — przynajmniej formalnie. Wchodzą nowe standardy opieki okołoporodowej. W rozporządzeniu zapisano m.in., że kobieta rodząca ma być traktowana z szacunkiem, informowana o kolejnych etapach porodu i włączana w podejmowanie decyzji. Szpitale mają publikować informacje o metodach łagodzenia bólu, a kobiety po porodzie otrzymają większe wsparcie psychologiczne i laktacyjne.

Wzmocniona zostaje też rola położnej — będzie mogła prowadzić zdrową ciążę od pierwszego trymestru. Standardy przewidują również lepszą opiekę dla kobiet po poronieniach czy urodzeniu martwego dziecka — mają trafiać do osobnych sal, z dala od matek zdrowych noworodków. W przepisach mocniej podkreślono też prawo do dwugodzinnego kontaktu „skóra do skóry” tuż po porodzie.

Największe rozczarowanie organizacji kobiecych dotyczy jednak wciąż znieczulenia. Choć szpital ma zapewnić co najmniej jedną farmakologiczną metodę łagodzenia bólu, nadal nie zagwarantowano wszystkim kobietom dostępu do znieczulenia zewnątrzoponowego. — To przyjmujemy ze smutkiem. Ta procedura jest dostępna od kilkudziesięciu lat i nadal zależy od regionu lub od obrotności kierownika placówki. Uważamy to za nieetyczne — powiedziała PAP prezeska Fundacji Rodzić po Ludzku Joanna Pietrusiewicz. Jednocześnie zaznaczyła, że organizacja rozumie, że zagwarantowanie teraz wszystkim rodzącym dostępu do znieczulenia mogłoby skutkować zamykaniem porodówek. Uważa jednak, że konieczna jest zmiana podejścia. — Jeśli w szpitalu dostępny jest anestezjolog, to powinien być tam, gdzie jego pomoc jest konieczna. Zabiegi planowane mogą poczekać — poród nie — podkreśliła.

I właśnie gdzieś między historią Julianny rodzącej w domu z akuszerką, Doroty słyszącej „zamknij mordę”, a Karoliny, którą po porodzie odwiedza psycholożka i fizjoterapeutka, widać najlepiej, jak bardzo zmieniło się rodzenie w Polsce. Ale też jak wiele wciąż zależy od miejsca, ludzi i zwykłego szczęścia.

Czytaj także:

Płonie magazyn energii w Czajkowie. Potężna akcja służb. „Zostań w domu”

Wczoraj był tu jeszcze las. Dziś zastałem dramatyczny widok w Puszczy Solskiej