Temat nowej opłaty reprograficznej — powszechnie znanej jako „podatek od smartfonów — powraca od lat.
To rekompensata dla twórców i twórczyń za kopiowanie ich dzieł na własny użytek przez właścicieli smartfonów czy tabletów. Zgodnie z prawem Unii Europejskiej, państwa członkowskie są zobligowane do jej zapewnienia. Jednocześnie Polska jest krajem, w którym wpływy z tego tytułu należą do najniższych w UE.
W polskim prawie mechanizm opłaty reprograficznej funkcjonuje od 1994 r., a jego ostatnia aktualizacja miała miejsce 15 lat temu i dotyczyła mało popularnych ówcześnie nośników.
Temat wywołuje kontrowersje w branży cyfrowej, która przekonuje o wzroście cen urządzeń.
Powyższą teorię — wobec niedawnego podpisania rozporządzenia w tej sprawie przez ministrę Martę Cienkowską — powielają czołowi politycy PiS.
„Zapłacisz więcej, dostaniesz to samo. Po to, żeby im żyło się lepiej. Nowy podatek Tuska. Codziennie wyższe ceny” — alarmuje na portalu X Przemysław Czarnek. Wtórują mu partyjni koledzy, posłowie Rafał Bochenek, Sebastian Kaleta czy Jacek Sasin.
Eks-minister edukacji, a obecnie kandydat PiS na premiera promuje atakujący rząd spot z wykorzystaniem wizerunków znanych ludzi kultury. Są to osoby, które w nieprzychylnych słowach wypowiadały się na temat byłego obozu władzy: Krystyna Janda, Barbara Kurdej-Szatan, Andrzej Seweryn oraz Zbigniew Hołdys.
„Dzisiaj pozostaje im manipulacja”
Kontrowersje wokół nowej opłaty reprograficznej komentuje dla Onetu rzecznik obecnego ministerstwa, Piotr Jędrzejowski: „Dzisiaj pozostaje im manipulowanie i atak na artystów. W tym wyścigu uczestniczyć nie będziemy. Jak często bywa w przypadku posłów PiS, niewiele tu się zgadza: nie jest to ani nowy, ani podatek, ani Tuska. Teorie powinny mieć oparcie w rzeczywistości”.
MKiDN przypomina, że niczym nowym nie jest zarówno sama opłata [obowiązująca od roku 1994, a dziś nowelizowana], jak i trwające od lat prace nad nią.
Posłowie PiS, którzy dzisiaj krzyczą najgłośniej, podejmowali wiele prób nowelizacji rozporządzenia. Wtedy proponowali stawkę na poziomie 4 proc., a ze strachu przed lobby producentów i importerów chcieli ją ukryć w ustawie o zabezpieczeniu socjalnym artystów. W efekcie nie udało im się ani znowelizować rozporządzenia, ani wprowadzić ustawy o zabezpieczeniu socjalnym
— punktuje Jędrzejowski.
Ministerstwo tłumaczy: „Dziś jesteśmy w sytuacji, w której dany model telefonu potrafi być tańszy w krajach, w których lista czystych nośników jest aktualna, a opłata reprograficzna często wielokrotnie wyższa, niż 1 proc.”.
Co naprawdę oznacza opłata reprograficzna i kogo dotyczy
W działania na rzecz nowej opłaty reprograficznej, wraz z m.in. Kołem Młodych Stowarzyszenia Filmowców Polskich, od lat angażuje się Brunon Hawryluk, autor podcastu „Natural Born Writers”, absolwent Warszawskiej Szkoły Filmowej, scenarzysta, który pracował nad takimi produkcjami jak film „Pół wieku poezji później” czy serial „Wojenne dziewczyny” dla TVP.
— To nie jest żaden podatek! Bo nie obywatele zapłacą tę opłatę, tylko producenci urządzeń. Opłata reprograficzna to po prostu rekompensata dla dziesiątek tysięcy twórców i artystów, także dla dziennikarzy, za to, że w naszym kraju mamy szerokie prawo do dozwolonego użytku osobistego. Każde dzieło, które zakupimy, możemy dowolnie zachowywać na naszych dyskach, kopiować i przekazywać je naszej rodzinie i znajomym — tłumaczy dla Onetu.
I tak, oczywiście, dziś często tych dzieł nie posiadamy, ale je „wypożyczamy” lub po prostu możemy z nich korzystać w ramach oferty streamingów, ale warto pamiętać, że streaming to nie cały rynek, ani cała kultura. Wciąż zachowujemy, kopiujemy i dzielimy się różnymi jej wytworami, co zresztą wynika z badań. Wiele osób robi też screeny artykułów, książek, nagrywa filmy na dekodery albo kopiuje muzykę na pendrive’y.
„Pan Czarnek przyklaskiwał”
Hawryluk także przywołuje próby wprowadzenia nowelizacji przez poprzedni rząd. — Wygląda na to, że pan Czarnek i inne osoby z tej partii krytykujące dziś tę opłatę, za rządów PiS jej przyklaskiwały. Wówczas od producentów urządzeń chciano pobierać nawet 4, a nie, jak wyznaczają obecne przepisy 1 proc.
Jak ocenia: — Ówczesny rząd wycofał się z nowelizacji rozporządzenia o ustawie reprograficznej, bo najpewniej uległ lobbystom zagranicznych big techów. Z mojego punktu widzenia jest to [zniechęcanie do nowej opłaty reprograficznej przez PiS] przedwyborcza polityka. A że przy okazji trąci mocno hipokryzją? Niektórym to nie przeszkadza.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo „To tajemnica poliszynela”
W kontekście spotu PiS Brunon Hawryluk punktuje partyjną manipulację polegającą na wykorzystaniu wizerunków znanych osób generujących największe emocje, a nie takich, które rzeczywiście w pierwszej kolejności zyskają na zmianach.
Przykładem autorzy rodzimego hitu serialowego „1670” platformy Netflix. — To właśnie twórcy współczesnych hitów, najbardziej oglądanych, słuchanych i czytanych, będą mieli największe dopłaty od czystych nośników — precyzuje Hawryluk.
Jego zdaniem o dezinformacji wobec zamieszania z opłatą reprograficzną możemy mówić z dwóch powodów: zniechęcenia, zwłaszcza prawicowego elektoratu, do środowiska twórców i artystów, oraz sprzyjaniu przez część polityków i mediów interesom zagranicznych korporacji.
— Tajemnicą poliszynela jest, że obecne i poprzednie rządy bardzo nie chcą zachodzić tym wielkim firmom za skórę. Różnica jest taka, że PiS niestety niemal zawsze tańczył tak, jak big techy im zagrały, a obecna koalicja jednak stara się wypracowywać jakieś kompromisy. Stwierdzam to jako osoba, która w ostatnich wyborach nie popierała nikogo z koalicji. To moja obserwacja z kilku lat aktywizmu na rzecz polskich filmowców — komentuje dla Onetu scenarzysta.
Dla porównania przypomina zamieszanie z nowelizacją ustawy o prawie autorskim [przyjętą finalnie przez Sejm w czerwcu 2024 r.], o którą długo walczyła branża filmowa, domagając się sprawiedliwych tantiem z internetu: — Nie ma żadnych powodów, żeby twierdzić, że opłata za nowe czyste nośniki podniesie ceny urządzeń, tak samo jak wprowadzenie tantiem z internetu nie zwiększyło cen subskrypcji za platformy streamingowe.
Gdyby ministra nie podpisała tego rozporządzenia, myślę, że wielu z nas wyszłoby na ulice. Byliśmy tak zdeterminowani. Warto pamiętać, że pieniądze, które trafią do polskich twórców i artystów w większości zostaną w naszym kraju i przyczynią się do wzrostu polskiej gospodarki. Tu nie chodzi o dopłacanie tym „biednym artystom nierobom”, ale o rozbudowywanie tej gałęzi przemysłu, żeby big techy nie mogły tak łatwo wyprowadzać z Polski miliardów, często za cudzą pracę.
— przypomina Hawryluk.
Nowe przepisy wejdą w życie po 6 miesiącach od dnia ogłoszenia rozporządzenia, czyli jesienią br., by dać przedsiębiorcom czas na przygotowanie się do zmian.