Koncert André Rieu w Ergo Arenie

Balony, konfetti przypominające padający śnieg, telebimy, scena ozdobiona kwiatami, piękne balowe kostiumy i ponadczasowa muzyka. Za każdym razem, gdy się pojawia, robi to samo. Przyjeżdża kilkunastoma ciężarówkami i autobusami ze swoją 60-osobową Orkiestrą Johanna Straussa, solistami, chórem oraz całym sztabem ludzi (w tym prywatnymi kucharzami), a potem wypełnia widzami całą halę po brzegi, dając spektakularny show, grając evergreeny z opery, musicali, operetek i muzyki filmowej. Nie inaczej było w środę. Andre Rieu wystąpił po raz kolejny w Ergo Arenie, porywając ludzi do walca.

Fenomen skrzypka z Maastricht

nie, ale planuję/rozważam
23%

O jego fenomenie pisaliśmy już wielokrotnie. Za każdym razem, gdy pojawia się w Trójmieście, wyprzedaje swoje koncerty i porywa ludzi do tańca i zabawy. Holenderski skrzypek z Maastricht niewątpliwie należy do grona najpopularniejszych artystów koncertowych naszych czasów – sprzedał ponad 40 mln albumów i co roku przyciąga ok. 700 tys. fanów na przeszło 80 koncertach na całym świecie.

Jego trasy koncertowe regularnie wyprzedają największe hale w różnych zakątkach świata. André Rieu podróżuje z ponad 100-osobowym zespołem, w skład którego wchodzą m.in. kucharze, lekarz oraz trener personalny. Artysta może pochwalić się powyżej 22 mln obserwujących na różnych platformach oraz ponad 2 mln słuchaczy miesięcznie na Spotify.

Dodaj reakcję
Dodaj reakcję

Trzygodzinny pokaz pełen śmiechu i wzruszeń

Publiczność przychodząca na jego koncerty doskonale wie, czego może się spodziewać. Wiadomo, że zagrane będą największe hity z oper, musicali, operetek oraz muzyki filmowej. Nie zabraknie znanych przebojów i romantycznych walców, a wszystko to w charakterystycznym stylu, łączącym humor, bogate kostiumy i wizualny blichtr.

Prawie 40 lat z Orkiestrą Straussa

Wraz ze swoją 60-osobową Orkiestrą Johanna Straussa – największą prywatną orkiestrą na świecie – Rieu koncertuje już prawie 40 lat, o czym wczoraj opowiedział nam ze sceny. Zaczął od występu w 12-osobowym składzie w szkole swoich synów, a do dziś z tego pierwotnego zespołu wciąż grają z nim dwie osoby. Obecnie orkiestra skupia muzyków i solistów z ponad 18 krajów. Jedną z nich jest polska skrzypaczka Agnieszka Fizzano-Walter, która odgrywała rolę tłumacza słów dyrygenta z języka angielskiego na polski.

On sam wychowany był w rodzinie z tradycjami muzycznymi i od dziecka był zafascynowany muzyką orkiestrową. W wieku 5 lat rozpoczął naukę gry na skrzypcach i gra na nich do dzisiaj. W trakcie występu zmienia się z solisty w dyrygenta i odwrotnie. Wszystko, co dzieje się na scenie i na widowni, rejestrują kamery na żywo, dzięki czemu cały czas mamy podgląd na dwóch telebimach na to, co dzieje się dokoła, a czego nie dostrzegamy gołym okiem, np. mimikę skrzypka lub wygłupy orkiestry czy schodzących się po przerwie spóźnialskich.

Dodaj reakcję
Dodaj reakcję

Przybij piątkę André

Chyba na każdym koncercie scenariusz jest ten sam i – choć zmienia się co nieco setlista – nie inaczej było wczoraj. Punktualnie o 19:30 rozbrzmiały pierwsze nuty wejścia gladiatorów, czyli „Entrance of the Gladiators” Juliusa Fučíka i w jego takt przemaszerował przez widownię maestro wraz z orkiestrą, solistami i chórem, a widzowie siedzący w skrajnych miejscach na płycie mogli przybić piątkę samemu André albo komuś z zespołu. Publiczność przywitała ich entuzjastycznie owacją na stojąco. I tak samo zresztą ich żegnała trzy godziny później.

Już ta konwencja zapowiada skrócenie dystansu między artystami a publicznością i tak już pozostaje do końca. Zwłaszcza że na sali przeważają osoby, które doskonale znają scenariusz, wiedzą, czego się spodziewać i już tylko wyglądają spadających balonów, sypiącego śniegu w formie konfetti podczas „Snow Waltz” czy momentu, gdy zabrzmi melodia słynnego walca „Nad pięknym modrym Dunajem” Johanna Straussa i będzie można ruszyć na „parkiet”.


Na te koncerty bilety wyprzedają się same - wszystko dzięki niemu
Na te koncerty bilety wyprzedają się same – wszystko dzięki niemu

Trzygodzinny show zgromadził w środowy wieczór w hali na granicy Sopotu i Gdańska prawdziwy tłum fanów Holendra. Większość stanowili seniorzy i osoby dojrzałe, ale nie brakowało na widowni również młodszych osób. Co ciekawe, znakomita większość przyjechała na ten koncert specjalnie spoza Trójmiasta, z różnych stron Polski – obok mnie siedziały osoby z Bydgoszczy i Świnoujścia, a jedna pani miała bilet kupiony już od roku.

W przerwie, która nastąpiła po godzinie, wielu widzów pobiegło do sklepiku, by zaopatrzyć się w pamiątkę z koncertu. Można było kupić m.in. magnes, kubek, smycz, koszulkę, płytę albo szalik z Rieu (na widowni również byli widoczni ich posiadacze). Dostępna była także rozbudowana gastronomia, z której również chętnie korzystano.

Jeśli chodzi o sam występ, to każdy utwór był poprzedzony rozbudowaną konferansjerką skrzypka. Opowiadał on sporo o swoich muzykach i solistach, im również poświęcał konkretne utwory. Jedną z bardziej poruszających historii była opowieść o Michelu Tirabosco, który był gościem specjalnym, grającym na fletni pana. Występ tego szwajcarskiego wirtuoza był niezwykle poruszający nie tylko ze względu na wyjątkowe brzmienie instrumentu, ale także ze względu fakt, że artysta urodził się bez dłoni. Zagrał on wczoraj m.in. utwór pt. „The Lonely Shepherd” („Samotny Pasterz”) Jamesa Lasta. Widownia nagrodziła jego występ owacją na stojąco.

I tutaj trzeba powiedzieć, że mimo iż większość repertuaru stanowiły raczej utwory wesołe, pogodne i porywające do zabawy i tańca, którym towarzyszyły przeróżne wygłupy i gagi muzyków oraz śpiewaków rodem z komedii slapstickowej tj. picie szampana, udawanie, że się przysypia (świetna etiuda muzyka grającego na cytrze „Opowieści Lasku Wiedeńskiego” Johanna Straussa syna), uderzanie kolegi dużym gumowym młotkiem, itd., to nie brakowało także tych bardziej refleksyjnych, jak wyżej wymieniony.

Jednym z nich był także utwór dedykowany Ukrainie, który zaśpiewała ukraińska śpiewaczka Maryna Belash pt. „Nicz jaka misiaczna” („Noc taka księżycowa”). André Rieu zapowiedział go ze specjalną dedykacją, mówiąc o nadziei na pokój i jednoczącej mocy muzyki. Notabene wątek muzyki, która ma moc jednoczenia, wspierania i jest najbliższa ludzkiej duszy, pojawiał się kilkukrotnie.

Dodaj reakcję
Dodaj reakcję

Nie zabrakło również polskiego akcentu muzycznego – była nim piosenka „Niech żyje bal” (muzyka Seweryna Krajewskiego, słowa Agnieszki Osieckiej, znana z wykonania Maryli Rodowicz), której refren ochoczo odśpiewali wspólnie widzowie, kołysząc się przy tym na boki.

Publiczność oklaskiwała również słynne trio znane jako Platynowi Tenorzy, w skład którego wchodzą: Gary Bennett (z Australii), Béla Mavrák (z Węgier) oraz Serge Bosch (z Belgii). Zaśpiewali oni m.in. utwór „Granada” czy słynne „Libiamo ne’ lieti calici”. Wśród wybitnych sopranistek z kolei znalazły się Holenderka Emma Kok, Polka Anna Majchrzak oraz Amerykanka Micaëla Oeste, które również dały popis swoich talentów, śpiewając m.in. przebój pt. „I Could Have Danced All Night” z musicalu „My Fair Lady”.

Wszystkie utwory wzbogacały niezwykłe wizualizacje, za każdym razem ukazujące coś innego (krajobrazy, urokliwe zakątki miast, zachody słońca, sale balowe itp.) wyświetlane na ekranie, który tworzył półkoliste tło i stanowił główną oprawę scenograficzną. Nad sceną wisiało dodatkowo pięć żyrandoli, które wprowadzały klimat balowej sali, a tak naprawdę tworzyły je nowoczesne reflektory.

Widownia nie chciała wypuścić artystów ze sceny, na co ci byli oczywiście przygotowani i po finałowym utworze, którym był „Marsz Radetzky’ego” Johanna Straussa, podczas którego spadło na widzów morze kolorowych balonów, zagrali kolejne pół godziny hitów i standardów, na co czekali fani, bo to była najbardziej żywiołowa część wieczoru. Zabrzmiały więc m.in. „Tutti Frutti”, „Marina„, a hala zamienia się w jedną wielką imprezę ze strzelającymi balonami i tańczącymi ludźmi, długo oklaskującymi Rieu i jego muzyków.