W 2021 roku Karol Zalewski wspólnie z Justyną Święty-Ersetic, Natalią Bukowiecką i Kajetanem Duszyńskim sprawili gigantyczną niespodziankę zdobywając złoty medal olimpijski w sztafecie 4×400 metrów. Podczas igrzysk w Paryżu w 2024 roku Zalewski wystartował w eliminacjach wyścigu sztafety mieszanej 4×400 metrów i pośrednio przyczynił się do siódmego miejsca naszej drużyny. Rok później wystartował w mistrzostwach Polski, ale to były jego ostatnie zawody tej rangi. Od tego czasu 33-latek nie pojawiał się już na oficjalnych wydarzeniach. Nigdzie nie było jednak informacji o końcu kariery.
Okazuje się, że obecnie pracuje jako trener personalny na siłowni i prowadzi grupy biegowe amatorów. O powrocie do profesjonalnego uprawiania sportu już nie myśli. – Nie ogłaszałem zakończenia kariery, bo to nie w moim stylu. Nie rozumiem tych dziwnych pożegnań z kwiatami i oklaskami. Po pierwsze, zostaję w sporcie, a po drugie po prostu wydaje mi się, że nie zasłużyłem na specjalne podziękowania – przyznaje mistrz olimpijski.
Mateusz Puka, WP SportoweFakty: Od sierpnia ubiegłego roku nie startował pan w żadnych zawodach. Co się dzieje?
Karol Zalewski, mistrz olimpijski w sztafecie mieszanej 4×400 z igrzysk w Tokio: Podjąłem decyzję o zakończeniu kariery, ale nie ogłaszałem tego, bo nie widziałem takiej potrzeby.
Nie chciał pan poinformować kibiców, że nie zamierza więcej startować?!
Wiem, że jest jakaś dziwna moda na żegnanie sportowców kwiatami i uściskami po ostatnim biegu. Mnie to jednak nie bawi i nie interesuje. Nie chciałem takiego pożegnania. Może jestem inny, ale skoro nigdzie nie ogłaszałem, że zaczynam karierę, to nie trzeba mnie też specjalnie żegnać. Zostaję zresztą przy sporcie i nie mam potrzeby oficjalnie się żegnać.
W Polsce nie mamy jednak zbyt wielu mistrzów olimpijskich…
Zrobiłem swoje, dlatego z czystym sumieniem mogłem podjąć taką decyzję. Mam kilka medali ważnych imprez, po karierze sportowej zostały mi wspaniałe wspomnienia i to się liczy. Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że nie zasłużyłem na jakieś specjalne pożegnanie. Naprawdę tak uważam.
Władze PZLA nie proponowały panu udziału w ostatnim mityngu w karierze?
Jedyne o co zostałem poproszony przez PZLA, to wysłanie maila z informacją, że faktycznie kończę karierę. Zrobiłem to, bo sprawę trzeba było zgłosić do POLADA. Kilka dni później otrzymałem informację zwrotną, że zostałem wykreślony z grona zawodników podlegających testom antydopingowym. Tak zakończyłem 17-letnią karierę biegową.
Skąd taka decyzja?
Uznałem, że potrzebuję zmiany. Męczyły mnie już ciągłe wyjazdy na zgrupowania i zawody. Chciałem prowadzić stabilne życie, założyć rodzinę. Czuję się teraz bardzo szczęśliwy.
Czy to była najtrudniejsza decyzja w życiu?
To była bardzo łatwa decyzja. Wiele razy słuchałem wypowiedzi sportowców o tym, jak rzekomo trudno jest skończyć karierę. Uważam, że to kłamstwa i tylko takie gadanie pod publiczkę.
Dlaczego?
Może dla 24-latka taka decyzja jest trudna, ale w wieku 32 lat decyzja przychodzi sama. Jeśli wiesz, że trudno ci będzie dorównać do najlepszych wyników, a ciało i głowa są już zmęczone reżimem, to praktycznie z dnia na dzień jesteś gotowy zakończyć treningi.
W ciągu ostatnich ośmiu miesięcy naprawdę nie zatęsknił pan za emocjami związanymi z treningami i zawodami?
Jestem szczęśliwy, bo skończyłem karierę w pełni zdrowia. Dzięki temu wciąż mogę trenować i bawię się sportem nawet lepiej niż w czasie kariery. Przestrogą dla mnie był przykład klubowego kolegi Kacpra Kozłowskiego, który po zakończonej karierze miał tak wyniszczony organizm, że przez dwa lata nie pojawiał się na siłowni i nie był gotowy nawet na delikatny trucht. Ja dalej jestem bardzo aktywny i jest mi z tym dobrze. Przez całe życie dbałem o sportowy tryb życia, unikałem używek, nie imprezowałem i chcę być w świetnej formie jako 40-50-latek.
Czym się pan teraz zajmuje?
Jestem trenerem personalnym na siłowni, prowadzę także swoje grupy biegowe, a także mam własną fundację zajmującą się popularyzacją sportu wśród dzieci. Jeździmy po szkołach, prowadzimy lekcje wf-u, w których koncentrujemy się na rywalizacji i pozwalamy dzieciom bawić się sportem. W moim życiu nie ma nudy, ale wciąż wszystko kręci się wokół sportu. Cieszę się jednak, że więcej czasu mogę spędzać w domu.
Czy czasami nachodzi pana ochota na mocny trening?
Oczywiście, że tak. Regularnie trenuję z moimi podopiecznymi, a w tym roku być może wystartuję jeszcze w mistrzostwach Polski na 100 lub 200 metrów. Oczywiście bez walki o medale, ale po prostu dla zabawy.
Brzmi pan na kogoś, kto znakomicie poradził sobie w znalezieniu nowego sensu w życiu po 17 latach treningów i marzeń o medalach.
W sumie faktycznie tak jest. Gdy rok temu moi koledzy byli w Tokio na mistrzostwach świata, to ja brałem już udział w kursach trenerskich i zaczynałem rozpisywanie planów dla podopiecznych. Wiedziałem czego chcę, podchodziłem do sprawy racjonalnie i nie miałem nawet chwili zawahania, czy postępuję słusznie.
Kiedy zdał pan sobie sprawę, że kontynuowanie kariery nie ma sensu? Przecież jeszcze dwa lata temu uczestniczył pan w igrzyskach w Paryżu, a perspektywa wyjazdu na igrzyska do Los Angeles nie była aż taka odległa.
Na ubiegłorocznych mistrzostwach Polski bardzo dobrze pobiegłem w eliminacjach, ale potem zaczęło mnie boleć ścięgno Achillesa. Dzień później w finale pobiegłem 0.6 sek wolniej i już wiedziałem, że czas kończyć karierę. Po prostu organizm był już wyczerpany, a siły nie te, co w najlepszych latach kariery. Nie potrafiłem znaleźć odpowiednich argumentów, by uzasadnić kontynuowanie treningów.
Ale przecież sztafeta mieszana 4×400 metrów, czy sztafeta męska wciąż miały szanse na bardzo dobre wyniki, czy to podczas halowych mistrzostw świata, czy mistrzostw Europy w Birmingham.
Mój trener podawał mi te same argumenty. Ja mam już jednak kilka medali, a przede wszystkim złoty medal olimpijski. Jestem spełnionym sportowcem, a pomysł walki o kolejny nie był już tak kuszący. Bardziej przekonywała mnie wizja zakończenia kariery w dobrym zdrowiu i spróbowania czegoś nowego.
Rozmawiał Mateusz Puka, dziennikarz WP SportoweFakty