Sara Przepióra, dziennikarka Wirtualnej Polski: Piszecie, że „obraz prowincji w debacie publicznej malowany jest wciąż tymi samymi kolorami: szarością przetykaną czernią”. Co umyka nam w dyskusji o Polsce lokalnej?

Andrzej Andrysiak: Wszystko nam umyka. Perspektywa Polski centralnej jest w krajowej debacie dominująca i nie przystaje do tego, co dzieje się na peryferiach. Słyszymy na przykład, że poza Warszawą rządzi Prawo i Sprawiedliwość. Dane pokazują, że w jednym miejscu rządzi, a w innym nie. W jednym jest równowaga władzy, a w innym tej równowagi brakuje.

Janusz Kucharski: Najprościej jednak układać wszystko według jednego szablonu i twierdzić, że prowincja jest taka sama.

„Będzie jak Hongkong”. Chcą wstrzymania budowy domów

A.A.: Polska prowincja, tak jak reszta świata, przeżywa galopadę zmian. Zmienia się tak samo, jak zmieniają się wielkie miasta. W obu miejscach zachodzą podobne procesy.

J.K.: Tylko żeby dobrze się im przyjrzeć, trzeba tu spędzić trochę czasu, wgłębić się w charakterystykę konkretnego regionu i chcieć poznać Polskę lokalną z różnych perspektyw.

Opisał realia DPS-ów. "Nie ma mowy o wysokich zarobkach"

Opisał realia DPS-ów. „Nie ma mowy o wysokich zarobkach”

Jaką perspektywę przyjęliście w reportażu?

A.A.: Wydaje się nam, że dość optymistyczną, porównując ją do książek o polskich peryferiach, które pojawiły się na rynku do tej pory. Nie przyjmowaliśmy z góry określonej narracji i oddaliśmy głos mieszkańcom Radomska.

J.K.: Ta książka nie powstałaby, gdyby nie nasza praca dziennikarska. Zawarliśmy w reportażu kilka tematów, które opisujemy w „Gazecie Radomszczańskiej” od wielu lat. Dopiero mając tę szeroką wiedzę, mogliśmy podjąć się opisania Radomska — nie tylko trudności, z jakimi się tutaj mierzymy, ale też codziennego pokonywania tych przeciwności i oporu ludzi, którzy walczą z systemem.

Walczących z systemem? Przecież przypięliśmy mieszkańcom prowincji łatkę Polaków żyjących pod butem władzy Kościoła i lokalnych samorządów.

J.K.: Polska centralna powtarza na temat prowincji pewne mity, na podstawie których łatwo wydawać osądy. Obrzeża wielkich miast nie żyją przecież w próżni. Globalizacja zmieniła sposób komunikacji także tam. Media społecznościowe pozwalają na zdobywanie wiedzy i kontaktów spoza małych miejscowości. Zmianę myślenia mieszkańców peryferii dobrze obrazuje temat Kościoła. Osiem lat temu, gdy pierwszy raz opublikowaliśmy dane Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego dotyczące tego, ile Radomszczan chodzi na msze, kilku radnych insynuowało nam, że to fałszywe informacje. Nie mogli uwierzyć, że liczba aktywnych wierzących jest tak niska.

A.A.: Zmniejsza się też frekwencja uczniów na lekcjach religii w szkołach średnich. Jeszcze pięć lat temu 65 proc. nastolatków brało udział w katechezie. Teraz to 35 proc. Podobnie ze ślubami kościelnymi. Kiedyś w mniejszych miastach brali je niemal wszyscy. Obecnie więcej jest ślubów cywilnych i nikogo to już nie dziwi.

J.K.: Może oprócz elit miejskich, które trudno przyjmują do wiadomości, że dochodzi do światopoglądowych zmian. Ich reprezentanci myślą o prowincji tak samo, jak mieszkańcy Warszawy.

Lokalni politycy nie chcą czy nie potrafią nadążyć za zmianami?

J.K.: Istnieje pewna teoria, nieco niesmaczna, która sugeruje, że poziom elit w małych miejscowościach jest bardzo niski. Mieszkańcy prowincji coraz częściej wyjeżdżają, nie tylko do większych miast, ale przede wszystkim za granicę. Natomiast politycy lokalni nie wyściubiają nosa poza wygodne fotele, do tego są słabiej wykształceni, mniej wiedzą i mniej rozumieją.

A.A.: Znamy radnych, którzy nigdy nie byli za granicą, bo przecież muszą jeździć po Polsce. Nie wiedzą więc, jak wygląda świat i że pewne rzeczy można zrobić inaczej. Wylewanie betonu, gdzie popadnie, jest dla nich w porządku, ponieważ zawsze działało. Kto by pomyślał o zasianiu trawy.

Zamieszkali w "akademiku dla seniorów". Tak uciekli przed samotnością

Zamieszkali w „akademiku dla seniorów”. Tak uciekli przed samotnością

Nie przeszkadza to prezydentowi Radomska porównywać zabetonowanego skwerku do nowojorskiego Central Parku.

A.A.: Tak właśnie samorząd wyobraża sobie sprawowanie władzy w mieście. Przez lata nazywał się wielkim inwestorem. Pozyskiwał unijne pieniądze, żeby budować kolejne rzeczy. Tylko że nie ma już czego budować. Drogi są w dobrym stanie, teatry i domy kultury odbudowaliśmy, mamy nowoczesne inwestycje i kolejne rewitalizacje. Problemy Radomska są teraz inne.

J.K.: Największym problemem, którym nikt nie chce się zajmować, jest demografia. Ona definiuje wszystko. Powinniśmy stawiać gęsto przystanki, bo starzejąca się społeczność będzie korzystać z komunikacji miejskiej i musi być ona blisko dostępna. Trzeba postawić na rozwój usług opiekuńczych, a nie budować nowe szkoły, w których już teraz brakuje dzieci.

Samorząd zauważa te problemy?

A.A.: Zauważa, ale nie zdradza się z tym publicznie. Temat wyludniających się szkół jest niebezpieczny politycznie. Wystarczy powiedzieć rodzicom, że trzeba zamknąć szkołę, w której jest więcej nauczycieli niż uczniów, żeby natrafić na ogromny społeczny opór. Niełatwo przekazuje się swoim wyborcom trudne tematy. Żaden z polityków nie chce się narażać.

J.K.: Politycy od lat biorą ludzi na przeczekanie. Samorządem kieruje się od kadencji do kadencji. Ktoś zostaje wybrany na radnego, ma pięć lat rządzenia, w tym czasie wyleje trochę betonu, wytnie kilka drzew i jakoś to będzie.

Poszła na wiejskie wesele. Na liście zaproszonych było 500 osób

Poszła na wiejskie wesele. Na liście zaproszonych było 500 osób

Jakiego jeszcze tematu samorząd unika?

A.A.: Smogu, który w Radomsku jest rekordowy. Jesteśmy w pierwszej światowej dziesiątce miast z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem. Władze deklarują, że chciałyby problem rozwiązać, ale tak naprawdę każde działanie sabotują. Bo jak pochwalić się tym, że spadła liczba dni smogowych? Nie da się. Nowym basenem można się pochwalić, przeciąć wstęgę, zapozować do zdjęć.

J.K.: Tymczasem problem jest wręcz namacalny, chociażby przy Miejskim Domu Kultury, położonym w części miasta, w której smog występuje silnie, ponieważ mieszkańcy tamtejszych kamienic grzeją piecami — nie są podłączeni do miejskiego ogrzewania. Powietrze jest tak gęste i brudne, że ma się wrażenie, że jakby się wzięło nóż, można by je było pokroić.

"Na obrzeżach. Jak zmienia się Polska lokalna" „Na obrzeżach. Jak zmienia się Polska lokalna” © Materiały prasowe

Zlokalizowaliście w Radomsku proces, który zalicza regres?

A.A.: Z pewnością jest nim wymiar sprawiedliwości, z którym — według naszych obserwacji — jest coraz gorzej. O tym, co dzieje się w prokuraturach, decyduje władza lokalna, a nie Ziobro. Oni są daleko od Radomska, a relacje zawiązują się tutaj.

J.K.: Mamy w Radomsku wspólny samorząd. To jest stowarzyszenie polityczne, które nazywamy lokalnym PSL-em, ponieważ ma zdolność koalicyjną najszerszą ze wszystkimi. Były członek zarządu Zakładu Gospodarki Komunalnej w powiecie, za czasów swoich rządów, wprawiał nas w zdumienie. Urządził m.in. dzikie wysypisko śmieci na działce należącej do gminy. Twierdził, że żadnych śmieci nie ma, ale my je w dziesięć minut odkopaliśmy szpadlem. Zawiadomienie trafiło do prokuratury i zostało umorzone.

A.A.: Podobnie było z szefową wspólnego samorządu, ówczesną starostą, mieszkającą w innej gminie, która przez telefon zamówiła sobie z Zakładu Gospodarki Komunalnej szambiarkę. Nie miała prawa do takiej usługi. To także trafiło do prokuratury z dowodami w postaci ręcznie prowadzonego zeszytu z zamówieniami przez pracownika, w którym widniało nazwisko starosty. I co? Także zostało umorzone. Podziałało dopiero odwołanie się do sądu, który zmusił prokuraturę do ponownego rozpatrzenia sprawy. Starosta w końcu dostała zarzuty.

Moglibyśmy mówić wiele o tym, co nie działa w Radomsku, ale — jak już wspominaliśmy — pozytywnych zmian w mieście też nie brakuje.

Jakie to zmiany na przykład?

A.A.: W ostatnim rozdziale książki przedstawiamy pojedyncze historie ludzi walczących z systemem. Jest wśród nich transpłciowa dziewczyna. Jest kobieta, która nie poddała się mobbingowi, tylko zaczęła walczyć z toksycznym szefostwem. Jest historyk mówiący to, co naprawdę myśli, a nie to, co chciałaby usłyszeć władza. Jest artysta, który potrafi wyrwać się z małej miejscowości, kiedy głód ciekawości i doświadczania nowych rzeczy pcha go dalej.

J.K.: Wszelkie zmiany w Polsce lokalnej muszą zostać wywalczone przez ludzi. Oczywiście, na poziomie krajowym może wydarzyć się rewolucja, jak Solidarność albo mogą przyjść wielkie zmiany gospodarcze, jak plan Balcerowicza. Natomiast Polska lokalna nie zmienia się dlatego, że władza chce ją zmienić, ponieważ władza zazwyczaj nie chce zmieniać niczego. Polska lokalna zmienia się dlatego, że ludzie chcą żyć inaczej i wyrywają to systemowi z gardła.

Dla Wirtualnej Polski rozmawiała Sara Przepióra

Oto co robią w Kole Gospodyń Wiejskich. Dla młodzieży to wstyd

Oto co robią w Kole Gospodyń Wiejskich. Dla młodzieży to wstyd