Nadodrzańska metropolia została zniszczona niemal w 70 procentach, a 25 tysięcy niemieckich żołnierzy i cywilów zginęło. W styczniu 1945 roku Armia Czerwona ze straszliwą furią przystąpiła do długo oczekiwanego ostatecznego ataku na Rzeszę, zdobywając kolejne tereny i wielkie miasta okupowanej Polski oraz wschodnich Niemiec. Breslau, stolica Śląska, liczący przed wojną 600 tysięcy mieszkańców, stawił jednak zacięty opór i został ogłoszony przez Hitlera „twierdzą”.
Partner Dom Wydawniczy REBIS
Ostatnia twierdza Hitlera Breslau 1945
Rozgorzały niezwykle zaciekłe walki o miasto. Armia Czerwona okrążyła Breslau i szturmowała zaciekle, usiłując zmusić obrońców do kapitulacji. Przywódcy nazistowscy starali się podtrzymać opór zdziesiątkowanych wojsk niemieckich oraz zachować porządek w oblężonym mieście. Załoga twierdzy, zaopatrywana nocami z powietrza, przez cztery miesiące opierała się atakom przeważających sił radzieckich.
Zdobyte miasto czekał srogi odwet ze strony zwycięskich wojsk. To, co nie uległo zniszczeniu w czasie oblężenia, zostało zrabowane, kobiety były masowo gwałcone, a po zakończeniu wojny wszyscy niemieccy mieszkańcy zostali wysiedleni i na ich miejsce osiedlili się we Wrocławiu Polacy, głównie repatrianci z Kresów.
Zapraszamy do lektury fragmentu książki
Rozdział 9. Kraina umarłych Przyszłość naszego narodu będzie niesamowitą drogą ofiar i cierpień.
Paul Peikert
Po południu 9 maja 1945 roku drogi i dróżki Śląska przemierzała ciężarówka. Tego dnia wczesnym rankiem wyjechała z Krakowa, wioząc trzynaście osób, zaopatrzenie dla nich na wiele dni oraz polską flagę. W następnych dniach kolejne ciężarówki miały pokonać tę samą prawie dwustupięćdziesięciokilometrową trasę, przewożąc łącznie setkę ochotników — urzędników, duchownych, dziennikarzy, filmowców, wykładowców uniwersyteckich, nauczycieli, lekarzy, specjalistów od instytucji użyteczności publicznej, budowlańców i elektryków. Ta pierwsza ciężarówka stanowiła prawdziwą „arkę Noego” polskich pionierów, którzy mieli położyć fundamenty pod odrodzenie miasta. Kilkanaście kilometrów od celu podróży pasażerowie ujrzeli słupy czarnego dymu wznoszące się za horyzontem na zachodzie. W miarę zbliżania się do miasta kłęby dymu były coraz większe i widać było nawet płomienie pożarów. „Cały Wrocław zdawał się płonąć” — wspominał Kazimierz Kuligowski. Na przedmieściach pojazd musiał kluczyć między kolejnymi barykadami. Żołnierze radzieccy ostrzegli kierowcę, że jezdnia nie jest jeszcze całkowicie oczyszczona z min. Kiedy samochód podążał ulicą Opolską, a następnie Tauentziena, jego pasażerowie z niedowierzaniem wpatrywali się w miasto. „Wrocław płonie, ulice zawalone gruzami palących się domów” — pisał we wspomnieniach Kuligowski. — „Słychać trzaski wybuchającej od pożarów amunicji. Gubimy się w palących ulicach, lawirujemy, zda się, że nie ma już drogi”. Dalej musieli ruszyć pieszo. Po kilku godzinach błądzenia wśród dymu i pożarów w końcu dotarli do kwatery głównej radzieckiego wojskowego komendanta miasta pułkownika Liapunowa na placu Rycerskim (ob. Nankiera). Doradzono im, aby znaleźli sobie kwatery w stosunkowo niezniszczonej okolicy wokół placu Waterloo (ob. skwer Pionierów Wrocławskich) niedaleko Ostrowa Tumskiego. Goście znaleźli trzy kamienice przy ulicy Blüchera (ob. Poniatowskiego) pod numerami 23, 25 i 27. Co prawda były one jeszcze zamieszkane przez Niemców, ale to nie stanowiło problemu. W ciągu dwudziestu minut wszyscy lokatorzy zostali usunięci ze swych mieszkań, z wyjątkiem jednego, który był piekarzem i w następnych dniach miał zaopatrywać Polaków w świeże pieczywo.Około godziny szóstej wieczorem na budynku zawieszono biało-czerwoną flagę. Był to dopiero pierwszy akt w tym straszliwym ludzkim dramacie, którego rezultatem była przemiana niemieckiego Breslau w polski Wrocław.
Tylko nieliczni niemieccy mieszkańcy miasta byli świadkami wspomnianej ceremonii.
Ich uwaga skupiała się bowiem w tym okresie na wysiłkach mających na celu uchronienie ich mienia przed zrabowaniem przez pijanych czerwonoarmistów. Poza tym musieli bronić swoich domów, kościołów i klasztorów przed podpaleniem, a także pilnować swoich córek, sióstr i matek przed zgwałceniem. Rejestrowali swój dobytek — pianina, rowery, radioodbiorniki, maszyny do szycia — u swoich nowych panów. Wkrótce okazało się dlaczego. Przed blokami mieszkalnymi i kamienicami stały ciężarówki wyładowane zszabrowanymi dobrami, które następnie przewożono na stacje kolejowe, gdzie przeładowywano je do wagonów towarowych. Ten szaber był usankcjonowany. Ale w tym samym czasie równolegle odbywał się również szaber nielegalny. Kałmucy, Tatarzy i Kirgizi mieli szczególny talent do wynajdywania wartościowych przedmiotów ukrytych przez wrocławian. Znacznie mniejsze uzdolnienia wykazywali jednak w ukrywaniu łupów. Włamali się do grobowców na cmentarzu w Polanowicach, wyrzucili z nich rozpadające się szczątki ludzkie i opróżnione w ten sposób mauzolea zapełnili swoją zdobyczą.
Wrocławianie nie tylko rejestrowali swoje mienie, ale również sami musieli się zameldować w kwaterunku ustanowionym w każdym domu.
Każdego ranka, czasami o piątej, a czasami o wpół do siódmej, przybywali setkami, aby dostać jakąś pracę. Zasypywali leje po wybuchach na liniach kolejowych i wymieniali uszkodzone podkłady; dwa tysiące mężczyzn, kobiet i dzieci wysłano do zakładów Linke-Hofmann do pracy przy demontażu maszyn i urządzeń. Wysyłano ich również nad Odrę do wydobywania zatopionych przez wojska niemieckie barek, które blokowały kanał żeglugowy. Każdy Niemiec w wieku od czternastu do sześćdziesięciu lat musiał pracować. Praca oznaczała jedzenie. Zapłatą za dziesięć dni pracy było pięć kilogramów chleba.
Gdy miasto skapitulowało, w Breslau było mnóstwo jedzenia — bez wątpienia wystarczająco dużo, żeby wyżywić około 130 tysięcy Niemców żyjących wśród ruin. Jednak w chaosie pierwszych dni po kapitulacji miasta magazyny z zaopatrzeniem zostały całkowicie splądrowane. Przesiedleńcy, jeńcy wojenni, złodzieje, robotnicy przymusowi, żołnierze, wszyscy je rabowali. Codziennie do Breslau powracało wielu Niemców — cywilnych uchodźców z zimowych ewakuacji oraz żołnierzy. Przybywali z pozostałych części Śląska, z Kraju Sudetów, czasami z Polski. Tych „powracających” (Rückwanderer) — jak ich nazywano — nie miał kto żywić, nikt nie organizował im zakwaterowania. Konsekwencją takiego stanu był chaos. „Każdy zabiera, co mu się podoba z mieszkań, które jeszcze stoją puste” — wspominała dwudziestopięcioletnia wówczas Annelies Matuszczyk. „Wóz za wozem toczy się po ulicach, stare wózki dziecięce, przyczepki rowerowe, wózki ręczne i furgony. To jest taki sam rodzaj organizacji, jaki można znaleźć w mrowisku. Wszyscy kopią, ryją i rozglądają się za czymś użytecznym. Nie ma żadnej władzy”. Jednak w Breslau b y ł a już jakaś władza. Tyle że polska. I w wielu wypadkach wrocławscy Niemcy mieli być teraz traktowani podobnie jak wcześniej Niemcy traktowali Polaków w czasie okupacji.
[REKLAMA]
Powyższy fragment pochodzi z książki „Ostatnia twierdza Hitlera. Breslau 1945” autorstwa Richarda Hargreavesa, która ukazała się nakładem Domu Wydawniczego REBIS w przekładzie Tomasza Fiedorka. Książkę można kupić tutaj
Richarda Hargreaves to absolwent Nottingham Trent University, dziennikarz „Navy News”. W 2003 roku był korespondentem wojennym „Portsmouth Evening News” podczas wojny w Iraku. „Ostatnia twierdza Hitlera” to jego trzecia książka. Wcześniej opublikował „Niemców w Normandii” oraz „Blitzkrieg w Polsce: wrzesień 1939”. Mieszka w Gosport koło Portsmouth.