W czerwcu 2024 roku Real Madryt sięgał po 15. Puchar Europy. Do zespołu lada moment miał dołączyć Kylian Mbappe. A kibice nie zastanawiali się, czy Real dalej będzie kolekcjonował trofea – to się wydawało oczywiste – tylko w jak pięknym stylu będzie to robił, gdy Francuz połączy siły z Viniciusem Juniorem i Jude’em Bellinghamem. W tym samym czasie upadał projekt Xaviego w FC Barcelonie, a drużyna prowadzona przez Katalończyka grała nudnie i przewidywalnie.
Szatnia Augiasza. Upadek Realu Madryt
Po dwóch latach sytuacja obróciła się o 180 stopni. Przybycie Hansiego Flicka do stolicy Katalonii dało impuls nowej drużynie, która momentami gra najładniejszy futbol na świecie i pewnie w niedzielę po raz drugi z rzędu wygra La Ligę. Za to Real, wzmocniony najlepszym piłkarzem świata, jest w stadium rozkładu. Bójka Fede Valverde z Aurelienem Tchouamenim przed czekającym nas klasykiem przelała czarę goryczy.
ZOBACZ WIDEO: Takie dostali wiadomości. Przerażające. Życzą Polakom najgorszego
Czytając ostatnie doniesienia z Madrytu, trudno nie robić wielkich oczu. Mówimy o profesjonalnych piłkarzach, zarabiających miliony euro rocznie, których zachowanie momentami przypomina dzieci na przedszkolnym podwórku. Kibice Barcy mogą nawet sięgać po popcorn i czekać, co jeszcze wypłynie z szatni „Królewskich”. Bo im gorzej dzieje się w Madrycie, tym lepiej dla Barcelony.
Bójka dwóch pomocników Realu na ostatnim treningu nie była przecież pierwszym wybrykiem. Wcześniej Antonio Ruediger starł się z Alvaro Carrerasem, co miało się zakończyć spoliczkowaniem Hiszpana. Niemiecki obrońca zachowywał się też agresywnie względem jednego z członków sztabu szkoleniowego.
Gdy do tego dodać informacje, że rodzice niektórych piłkarzy dzwonili do Florentino Pereza z pretensjami, że ich dzieci dostają od trenera za mało okazji do gry, to porównanie do przedszkola nie wydaje się ani trochę przesadzone.
W szatni Realu jest dziś jak w „wstępniaku” do „Familiady”, w którym każda ze stron ciągnie worek z pieniędzmi w swoją stronę. W żadnym aspekcie „Królewscy” nie przypominają drużyny. Każdy myśli tylko o sobie. Tak jak Fede Valverde mówiący kilka miesięcy temu, że nie jest stworzony do gry na prawej obronie, Dani Carvajal mający pretensje o niewychodzenie w pierwszym składzie, Vinicius niepotrafiący pogodzić się ze ściąganiem z boiska przed upływem 90 minut, albo Kylian Mbappe lecący z dziewczyną na wakacje na Sardynii na krótko przed meczem z Barcą.
I to widać na boisku. Bez zjednoczonej szatni nie można wygrywać trofeów. Pojedynczy błysk piłkarza w danym meczu może pozwolić na jedną czy drugą wygraną, ale nie da triumfu na przestrzeni całych rozgrywek. Real stał się drużyną wzlotów, które trwają krótko i kończą się bolesnym upadkiem.
Od geniuszu do idioty
Toto Wolff, szef Mercedesa w Formule 1, powiedział kiedyś, że podejmując decyzje strategiczne w trakcie deszczowego wyścigu sekundy decydują o tym, czy ktoś uznany będzie za geniusza, czy może za idiotę. I z tej perspektywy należy patrzeć na ostatnie poczynania Florentino Pereza, który jako prezydent Realu Madryt przyłożył cegiełkę do obecnych problemów.
Jeszcze dwa lata temu Perez uchodził za prezesa, który jak nikt inny potrafi wyczuć moment, w którym trzeba sprzedać piłkarza, aby na nim zarobić, sprowadzając w jego miejsce świeżą krew. Real bez żalu oddawał gwiazdy pokroju Cristiano Ronaldo, Casemiro czy Raphaela Varane’a, inkasując potężne sumy budżetu. Sternik „Królewskich” nie wdawał się też w gierki wokół kontraktów, gdy piłkarze żądali podwyżek. Nie bał się nawet pokazać drzwi takiej legendzie jak Sergio Ramos. To odróżniało „Królewskich” chociażby od FC Barcelony.
Tyle że na pewnym etapie Perez stracił swój instynkt. Szatnia bez takich postaci jak Toni Kroos czy Luka Modrić straciła naturalnych liderów. Na boisku, ale też w szatni. Młodsi gracze okazali się niestworzeni do przewodzenia projektowi. Już pierwszy sezon bez legendarnego Niemca w środku pola pokazał, gdzie tkwi największy problem Realu. Mimo to klub ubiegłego lata nie ruszył po żadnego kreatora gry, a dodatkowo pozbył się Modricia, zawierzając potencjałowi graczy, których miał już w kadrze.
Tymczasem o środkowego pomocnika pokroju Martina Zubimendiego prosił nowy trener Xabi Alonso. Bask musiał szyć z tego, co miał do wyboru i wychodziło mu to nienajgorzej. Jesienią Real po pięknej grze ograł FC Barcelonę, ale wtedy też doszło do scen, które naznaczyły obecny sezon „Królewskich”. Vinicius zrobił trenerowi awanturę o przedwczesne jego zdaniem ściągnięcie z boiska.
– Pie…ć cię, pie…ć cię – mówił Vinicius do Alonso, a pod nosem rzucił jeszcze: „odchodzę z drużyny”. Trener Realu nie poradził sobie z wybujałym ego Brazylijczyka. Gwiazdor przeprosił ekipę za swoje zachowanie, ale nie szkoleniowca. Ten po wydarzeniach z Klasyku poluzował zasady piłkarzom, skrócił odprawy taktyczne, ale nie odzyskał już szatni. Przegrany Superpuchar Hiszpanii przypieczętował jego los.
Czy ktoś to posprząta?
Zwolnienie Xabiego Alonso jawi się jako drugi poważny błąd Florentino Pereza w ostatnich miesiącach. Piłkarze Realu zobaczyli, że to oni rządzą i mogą wszystko. Do bólu wykorzystali fakt, że nowym szkoleniowcem został Alvaro Arbeloa, czyli człowiek bez jakiegokolwiek doświadczenia trenerskiego na najwyższym poziomie europejskiego futbolu.
Nawet jeśli Arbeloa spędził lata w szatni Realu jako piłkarz, to nie odnalazł się w niej jako trener. Poluzował jeszcze bardziej zasady, gwiazdy pokroju Viniciusa czy Mbappe były chwalone przy każdej okazji, a hiszpański szkoleniowiec do pewnego momentu każdą porażkę brał na siebie. Słowa „to moja wina” w pewnym momencie zaczęły brzmieć jak mem.
Real Madryt kończy drugi sezon bez trofeum na koncie, z rozwaloną szatnią i najpewniej w niedzielę FC Barcelona po raz pierwszy w historii będzie świętować mistrzostwo Hiszpanii bezpośrednio po meczu z największym rywalem. Jednak to wcale nie jest najgorsze dla fanów „Królewskich”.
Drużyna potrzebuje nowego trenera, a idealnego kandydata brak. Juergen Klopp nie garnie się do powrotu na ławkę i dobrze mu w gabinetach menedżerskich Red Bulla, Jose Mourinho wydaje się być już na obrzeżach poważnego futbolu. Nadchodzący mundial utrudnia szukanie innych opcji. Mistrzostwa świata skończą się przecież w połowie lipca, a Real potrzebuje nowego trenera na już.
Nowy trener będzie musiał podjąć parę trudnych decyzji. Dostanie do dyspozycji źle zbilansowaną kadrę, w której jest kilku lewoskrzydłowych, a nie ma ani jednego środkowego napastnika i prawoskrzydłowego. Obrona miejscami przypomina szpital, a kontuzje i przygotowanie fizyczne stały się kolejnym problemem do rozwiązania.
Jeśli nowym trenerem Realu zostanie ostatecznie Mourinho, to być może jeszcze częściej będziemy sięgać po popcorn. Portugalczyk, słynący z dyscypliny, nie pozwoli sobie, aby piłkarze wchodzili mu na głowę, nie będzie bał się odesłać ich na ławkę. I wydaje się, że właśnie takiego szkoleniowca potrzebują teraz w Madrycie.
Łukasz Kuczera, dziennikarz WP SportoweFakty