Gościem Marcina Wyrwała w podcaście „Fronty Wojny” był Marcin Strzyżewski, specjalista z zakresu Rosji i autor kanału o tym kraju na YouTube’ie „Marcin Strzyżewski o Rosji”. Głównym tematem obszernej rozmowy była parada w Moskwie z okazji Dnia Zwycięstwa. Znający Rosję od podszewki gość programu opowiadał przy tej okazji o pogarszającym się stanie rosyjskiej gospodarki i społeczeństwa oraz szansach na upadek reżimu Putina.

Znikający przyjaciele Putina

Rosja wchodzi w Paradę Zwycięstwa 9 maja w zupełnie innym miejscu niż jeszcze rok temu. To wciąż najważniejsze święto państwowe, fundament mitu zwycięstwa i jedno z kluczowych narzędzi legitymizacji władzy Władimira Putina. Ale tym razem Kreml nie organizuje pokazowej defilady. — Ta centralna parada ma się odbyć po prostu w biednym formacie, z niewielką liczbą gości i bez sprzętu — mówi Marcin Strzyżewski.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

W porównaniu z ubiegłoroczną paradą, w której uczestniczyło prawie 30 liderów państw, z przywódcami tak dużych i ważnych krajów, jak Xi Jinping z Chin czy Luiz Inácio Lula da Silva z Brazylii. W tym roku na paradzie ma stawić się jedynie kilku przywódców, zwykle z państw ościennych.

Intrygująca jest postawa słowackiego premiera Roberta Fico. Będzie on tego dnia w Moskwie, ale zapowiedział, że nie weźmie udziału w paradzie. — Widać po nim efekt przegranej Orbana — ocenia gość podcastu. — Okazało się, że otwarte prorosyjskie działania nie przynoszą sukcesu w wyborach. Pozostali prorosyjscy politycy w Europie otrzymali ten sygnał i ewidentnie widać korektę kursu. Jest to ewidentne lawirowanie. Dopiero co Fico opowiadał, że nie ma nic przeciwko, żeby Ukraina weszła do Unii Europejskiej, a potem odwiedza Moskwę.

Zdaniem eksperta brak ważnych światowych liderów na paradzie wskazuje na słabnącą pozycję międzynarodową Moskwy. — Wpływy Rosji na świecie spadły. Kaukaz, który był tradycyjnie ich strefą wpływów, mówię tutaj o Armenii i Azerbejdżanie, dogaduje się z Amerykanami. Mamy Kazachstan, który wyraźnie dryfuje w kierunku Chin. Mamy kwestię Kuby, Wenezueli, Syrii, które jeszcze do niedawna były faktycznie takimi państwami klienckimi wobec Rosji, a w tej chwili zostały jej wydarte. Rosja traci możliwości projekcji siły, które nawet przed wojną nie były porównywalne z tym, co mogli robić Amerykanie na świecie, ale jednak Rosjanie mieli te wpływy.

Strach przed ukraińskimi dronami

Przygotowując się do parady, Kreml na poważnie bierze pod uwagę scenariusz, w którym ten dzień może zostać zakłócony atakiem dronowym Ukrainy. Pierwotnie Putin zażądał zawieszenia ognia na 8 i 9 maja. W odpowiedzi na takie dictum Zełenski ogłosił zawieszenie ognia już od północy 6 maja. Rosjanie nie uznali tego zawieszenia.

Przełom nastąpił dopiero 8 maja. Donald Trump ogłosił trzydniowy rozejm między Rosją a Ukrainą. Wołodymyr Zełenski wydał rozkaz armii, aby nie przeprowadzać ataków w czasie parady wojskowej w Moskwie.

Marcin Wyrwał zauważył, że rosyjskie Ministerstwo Rozwoju Cyfrowego już ogłosiło, że internet 9 maja będzie częściowo zawieszony ze względu na zagrożenie dronowe.

— Wydaje mi się, że blokady internetu nawet nie tyle blokują drony dalekiego zasięgu, bo już wiemy, że drony FP-1 i czy Liutyj latają bez internetu mobilnego i trafiają w cele. To, co na pewno tutaj jest utrudnione, to komunikacja pomiędzy jakimiś rzekomymi sabotażystami — mówi ekspert.

Dodaje jednak, że spodziewa się uderzenia ukraińskich dronów, tyle że niekoniecznie w Moskwie. — W tej sytuacji najbardziej korzystnie byłoby atakować cele strategiczne, które są odsłonięte, bo wiemy, że obrona przeciwlotnicza Moskwy jest na ten dzień wzmocniona, a oni nie mają nadmiaru tych systemów, więc odsłaniają inne fragmenty terenu. Więc ja bym nawet nie tyle się spodziewał, co mam nadzieję, że Ukraińcy wykorzystają ten moment, kiedy pozostała część Rosji jest trochę słabsza, żeby zaatakować czy to jakiś port, czy jakąś rafinerię — mówi.

Marcin Strzyżewski nie wyklucza jednak, że coś wydarzy się także w Moskwie, co miałoby swój bardzo symboliczny wymiar. — W sieci pojawiła się taka propozycja, która mi się osobiście spodobała, żeby zaatakować rafinerię moskiewską tak, żeby słup dymu po prostu był widoczny na zdjęciach z parady — stwierdza.

Czy rosyjski lud obali władzę?

„Biedaparada” w Moskwie zbiega się w czasie z coraz mocniej podnoszącą się krytyką wobec władzy i samego Putina. Ekspert zwraca uwagę, że w Rosji ludzie coraz mocniej dostrzegają rozdźwięk pomiędzy tym, co mówi władza, a rzeczywistością.

Jako przykład gość „Frontów Wojny” podaje wydarzenia związane z kilkoma atakami ukraińskich dronów na Perm. — Tam jest rafineria zorientowana czysto na eksport, duża baza paliwowa, potężne rezerwuary — mówi. — Ukraińcy atakowali tę rafinerię cztery razy, doprowadzając do sytuacji, w której na mieszkańców spadł deszcz ropy naftowej, a ropa płynęła po niektórych ulicach, wylewając się ludziom pod domy. Putin długo milczał, a potem powiedział, że ludzie na miejscu doskonale sobie z tym radzą. To są takie momenty, kiedy ludziom [słowa polityków i rzeczywistość] zaczynają się rozjeżdżać w głowie.

Marcin Strzyżewski dodaje, że w mocno kontrolowanych przez władzę internecie i mediach można przeczytać lub usłyszeć coraz mocniejsze słowa krytyki wobec Putina. — Pojawiają się niewybredne określenia Putina, który patrzy i nic nie robi. Wcześniej to było nie do pomyślenia — mówi.

Nawiązuje on też do głośnej krytyki Putina przez influencerkę Wiktorię Bonię, która na zakazanym w Rosji Instagramie ma ponad 13 mln obserwujących. „Władimirze Władimirowiczu, ludzie się pana boją. Naród się boi, artyści się boją, gubernatorzy się boją. A pan jest prezydentem naszego kraju. Wydaje mi się, że nie powinniśmy się bać. Ja się nie boję […] Wie pan, jakie jest ryzyko? Ludzie przestaną się bać. Są ściskani jak sprężyna, a pewnego dnia ta sprężyna po prostu wystrzeli” — napisała Bonia.

— Nikt w Rosji nie poda informacji, że rosyjskie społeczeństwo jest niezadowolone w 30 czy 50 procentach, ale mam wrażenie pewnej zmiany. Zresztą, [w kwestii sondaży] było pewne symboliczne wydarzenie. Rosyjskie Centrum Badania Opinii Publicznej WCIOM w piątki publikowało ranking popularności Putina i co tydzień pokazywało spadek popularności. W pewnym momencie po prostu przestali je publikować — mówi Marcin Strzyżewski, zaznaczając, że dziwne w tym przypadku nie jest zaprzestanie publikacji, ale to, że nie zdecydowali się na fałszowanie sondaży, jak to zawsze było robione.

— Jest taki fenomen społeczny, kiedy ogromna część ludzi po prostu przestaje akceptować, że władza jest władzą — podsumowuje rozmówca Marcina Wyrwała, dodając, że w takim momencie władza często upada. — Nie mówię, że ludzie muszą wyjść na ulicę i palić wille na Rublowce [ekskluzywna dzielnica Moskwy]. Mogą po prostu przestać wypełniać rozkazy. Urzędnicy, policjanci po prostu przestaną robić swoją robotę, ludzie przestaną płacić podatki, jak pod koniec istnienia Związku Radzieckiego. To również potrafi rozłożyć reżim od środka.

Na pytanie wprost prowadzącego, czy widzi w tej chwili potencjał do masowego buntu przeciwko władzy, Marcin Strzyżewski odpowiada: — Nie chcę dawać ludziom fałszywej nadziei. Powiem w ten sposób: mnie się wydaje, że burzliwe wydarzenia w Rosji są trudne do uniknięcia w tym sensie, że tam się nagromadziła ogromna ilość szerokiego niezadowolenia we wszystkich praktycznie grupach społecznych.

W dalszej części programu Marcin Wyrwał i Marcin Strzyżewski omawiają kwestie „biologicznego terminu przydatności wodza”, odwrócenia dynamiki zdobyczy terytorialnych na rosyjsko-ukraińskim froncie, astronomicznych — jak na rosyjskie warunki — kwot, jakie rodziny otrzymują za zabitych żołnierzy, oraz na ile Rosja korzysta na blokadzie Cieśniny Ormuz. Marcin Strzyżewski tłumaczy też, w jaki sposób Rosjanie mogą zatrzymać działania na ukraińskim froncie, by przerzucić część żołnierzy w kierunku państw bałtyckich i jakie byłyby konsekwencje takich działań dla Europy.

Całość rozmowy jest dostępna w wersji wideo.