Ewa Podsiadły-Natorska, Wirtualna Polska: Wasz raport pokazuje, że na polskiej wsi trwa „cicha rewolucja”, której głównymi bohaterkami są kobiety.

Małgorzata Leszko, FemFund: Mówiąc o „cichej rewolucji”, mówimy przede wszystkim o tym, że odbywa się ona niejako za kulisami. Kobiety coraz częściej biorą sprawy w swoje ręce: zakładają własne organizacje i koła. Paradoksem jest to, że rząd PiS-u – generalnie niechętny prawom kobiet – pośrednio i raczej niechcący przyczynił się do ich emancypacji właśnie na wsi. Dzięki ustawie o kołach gospodyń wiejskich łatwiej było kobietom uzyskać pieniądze „na start” organizacji. Te pieniądze poszły na różne cele – także na warsztaty samoobrony dla kobiet, badania profilaktyczne, rozwój osobisty. Ale najważniejsze jest to, że kobiety w tych organizacjach działają według własnych reguł i same decydują o pieniądzach, co daje im poczucie siły i niezależności.

Czarne Wesele w polskiej wsi. Unikatowa tradycja może zaskoczyć

Jak bardzo obraz spokojnej, tradycyjnej wsi rozmija się z rzeczywistością kobiet, które żyją w napięciu między oczekiwaniami społecznymi a własną potrzebą niezależności?

To nie jest wyłącznie kwestia mieszkanek wsi – pod względem praw kobiet zarówno w miastach, jak i na terenach wiejskich jest wiele do zrobienia. Jednak na wsi oferta rozwoju i możliwości realizowania swojej niezależności są mniejsze. Organizacja z województwa świętokrzyskiego, która z grantu FemFundu zorganizowała w stodole na podwórku kino dla kobiet, uznała: „U nas nie ma kina, więc my sobie zrobimy własne kino”. Często tak to działa: żeby móc się rozwijać, spotykać, spędzać czas poza tradycyjnymi rolami matki, żony i pracownicy, trzeba najpierw sobie taką ofertę stworzyć.

Joanna Kuciel-Frydryszak napisała bestseller. O "Chłopkach" mówili wszyscy

Joanna Kuciel-Frydryszak napisała bestseller. O „Chłopkach” mówili wszyscy

Spotykają się z oporem społecznym?

Niejednokrotnie. W raporcie przytaczamy przykład koła gospodyń wiejskich na Mazowszu założonego w jednej z najbiedniejszych gmin powiatu. Na wieść o założeniu koła i remoncie świetlicy część mężczyzn zaczęła się śmiać: „Na co one się porywają? Koło se założyły! Nie mają co robić!”. Niektóre kobiety opowiadają: „Kiedy wychodzę na spotkanie, mąż pyta: a co wy tam właściwie będziecie robić?”. Wszystko to pokazuje, że w wielu miejscach wciąż pokutuje przekonanie, że kobieta powinna siedzieć w domu.

Jak więc udaje im się budować wspólnotę pomimo różnic i społecznej polaryzacji?

To jeden z najciekawszych wniosków z badań. Działaczki na wsi są ekspertkami od współpracy pomimo podziałów. Koła gospodyń wiejskich to jedne z najbardziej różnorodnych organizacji w Polsce: są w nich rolniczki, nauczycielki, gospodynie domowe, radne, drobne przedsiębiorczynie, osoby w różnym wieku. Nie jest tajemnicą, że często mają skrajnie różne poglądy na politykę – krajową i lokalną. Niektóre są bardzo wierzące, inne nie chodzą do kościoła. Jak sobie z tym radzą? Czasem umawiają się na to, że nie rozmawiają o polityce, bo mają ważniejsze cele wspólne. Czasem starają się pogodzić różne potrzeby. W jednym z kół wszystkie osoby robią palemki wielkanocne, choć nie wszystkie są religijne, ale to gest wobec koleżanek: komunikuje, że każda osoba jest ważna.

Najciekawsze są te strategie, które wykorzystują różnorodność koła dla jego dobra. Tak dzieje się, kiedy organizacja „wysyła” jedną z kobiet dobrze znającą księdza, aby np. załatwić dostęp do salki parafialnej, a inną – która dobrze żyje z gminą – aby negocjować z wójtem. To strategiczne wykorzystanie swoich zasobów. Jedna z działaczek powiedziała wprost: „My nie musimy się lubić, ale musimy się dogadywać”.

Została Sołtysem Roku. Ujawnia, o co proszą ją mieszkańcy wsi

Została Sołtysem Roku. Ujawnia, o co proszą ją mieszkańcy wsi

Z waszych badań wynika też, że wiele kobiet działa bez budżetu i systemowego wsparcia, często łatając dziury po państwie…

Wiele miejscowości, w których prowadziłyśmy badanie, mierzy się z problemami „wygaszania” państwa: we wsi zatrzymuje się jeden autobus i to tylko szkolny, a spotkać można się co najwyżej w sklepie lub w kościele. To mnoży trudności: jeśli nie masz prawa jazdy, nie pojedziesz do lekarza na badania kontrolne, nie znajdziesz pracy. Do tej pory pamiętamy jeden z grantów, który przyznałyśmy KGW z Baranówki na… rower – dla pani, która znalazła pracę, ale nie mogła do niej dojeżdżać, bo nie miała samochodu. Kobiety pomagają sobie nawzajem, ale też zajmują się na wsi osobami, które mają najtrudniej. To one organizują wsparcie dla osób z niepełnosprawnościami i dla osób starszych żyjących w biedzie. Robią zrzutki, sprzedają swoje wyroby na cele charytatywne, organizują opiekę. Tworzą społeczną tkankę troski i solidarności.

Aktywizm na wsi – na co zwracacie uwagę – wiąże się jednak z ogromnym obciążeniem emocjonalnym i fizycznym.

Kobiety działające na wsi spotykają się z krytyką, która często ma podłoże seksistowskie. Jedna z organizacji z Podlasia doświadczyła ogromnego hejtu po tym, jak kobiety przejęły funkcje w jej zarządzie po latach władzy „nieusuwalnych” panów. Inna została wezwana na dywanik do proboszcza za współpracę z Funduszem Feministycznym. To tzw. backlash – częste zjawisko, kiedy kobiety wchodzą w przestrzeń publiczną zarezerwowaną zwykle dla mężczyzn.

Ale obciążenie to wynika też po prostu z ogromnych oczekiwań społeczności: zajmijcie się tym, zróbcie to. Towarzyszy temu też nieufność: ile na tym zarobiły? Warto pamiętać, że wiele kół odrzuca jednak ten sztywny gorset i wybiera inaczej: przyjemność, czas spędzony razem z innymi kobietami, odpoczynek. Po latach życia dla innych, po latach pracy w domu, na roli, w zakładzie chcą też mieć coś dla siebie.

Zwłaszcza że – nie ukrywajmy – lokalne władze oraz instytucje często korzystają z pracy kobiet, nie zawsze ją doceniając czy wynagradzając.

To zjawisko wciąż ma się niestety dobrze. Wiele osób oczekuje, że kobiety będą pełnić w przestrzeni publicznej funkcję, którą przez stulecia pełniły w domach, czyli będą wykonywać nieodpłatną pracę: gotować na pikniku, wydawać jedzenie, sprzątać, umilać czas innym. To budzi ogromną gorycz. Dotyczy to jednak nie tylko lokalnych władz. Jedno z kół opisało nam, jak odezwał się do nich znany polski bloger–influencer. W zamian za promocję koła chciał, by kobiety… zrobiły dla niego darmowy catering na wydarzenie. Kobiety na szczęście widzą to wszystko i coraz częściej mówią takiemu instrumentalnemu traktowaniu „stop”.

Jedno z kół, zamiast wystawić swoje stoisko na dożynkach gminy, zaproponowało wójtowi, że mogą poprowadzić tę imprezę jako konferansjerki.

Jak pani zauważyła, ogrom pracy kobiet odbywa się „przy okazji” – między obowiązkami domowymi, opieką, pracą zawodową. Czy mówimy wtedy jeszcze o aktywizmie, czy już o trzecim, nieodpłatnym etacie?

Niestety to zjawisko dotyczy nie tylko kobiet na wsi. Cały sektor społeczny ma płeć – to kobiety najczęściej angażują się w pomoc, protesty, zbiórki, działania na rzecz swoich społeczności. Wiele z nich czerpie z tego satysfakcję i radość. Daje im to poczucie sprawczości. Kobiety mają silną motywację do działania: często robią to z myślą o swoich dzieciach i bliskich albo dlatego, że wkurza je krzywda, którą widzą wokół. Chcą sprawiedliwszego świata. Grozi to jednak przemęczeniem i wypaleniem, bo na dłuższą metę jest to nie do pogodzenia. Dlatego wiele aktywistek z czasem np. startuje w wyborach, by mieć większe możliwości działania albo zaczyna pracować w instytucjach publicznych, jak dom kultury, i stamtąd wprowadza zmianę.

Dla Wirtualnej Polski rozmawiała Ewa Podsiadły-Natorska

Z miasta na wieś z miłości do rolnika. "Umiałam tylko siać rzeżuchę"

Z miasta na wieś z miłości do rolnika. „Umiałam tylko siać rzeżuchę”