Dalej od pociągu! Odchodzimy dalej! Szybciej! – krzyczy załoga. Nadlatują drony. Uciekamy, słyszymy wybuchy. „Jeśli coś się stanie, kładź się. Promień odłamków jest bardzo duży. Ja kupuję kwiaty”, pisze mama. Leżę na ziemi 20 kilometrów od Kijowa. Ruszyłam z Warszawy. Chciałabym dotrzeć do domu.Artykuł dostępny w subskrypcji
Za każdym razem, gdy kupuję bilet do Kijowa, wraca myśl: zobaczę mamę, zobaczę babcię, zjem u niej obiad, spędzę czas z rodziną.
Od lat żyjemy na odległość.
Kiedyś blisko 800 kilometrów pokonywaliśmy w półtorej godziny – tyle trwał lot z Warszawy. Dziś to niemożliwe. Po rozpoczęciu przez Rosję pełnoskalowej wojny przestrzeń powietrzną Ukrainy zamknięto. I wróciły pociągi.
Teraz, po raz szósty od 2022 roku, ruszyłam w drogę na początku kwietnia. Na Wielkanoc. I po raz pierwszy razem z biletem dostałam instrukcję na wypadek ataku.
Od początku marca Rosja wzięła na cel pociągi ponad 40 razy. Używa dronów. Trafiony wagon może spłonąć w dziewięć minut, więc ukraińskie koleje wprowadziły nowe procedury bezpieczeństwa i ewakuacji.
Bilet do Kijowa nie jest już tylko dokumentem podróży, ale też instrukcją mówiącą, jak przeżyć.
To krótki dziennik z tej podróży. I test instrukcji.
18.40, kilometr 1., Warszawa Wschodnia
Walizki, kawa na wynos, rozmowy przez telefon. Na peronie wszystko spokojne i zwyczajne. Tylko nazwa pociągu i kierunek – Kyiv Express z przesiadką w Chełmie – nadaje temu pewien ciężar.
Wsiadamy. Wśród pasażerów mieszanka języków. Słyszę angielski. Irańczyk żyjący od dziecka w Kalifornii jedzie do Kijowa, „bo ma biznes”. – Przed wojną bywałem często, teraz rzadziej, ale nadal jeżdżę – opowiada.
– Boi się pan ostrzałów? – pytam.
– Nie, ale trudno znoszę brak prądu i internetu.
20.04, kilometr 130., Puławy Miasto
Jazda przez Polskę to spokój i cisza. Minęło półtorej godziny. Zapada zmierzch. Każdy w przedziale w swoich myślach, gdy na stacji w Puławach kobieta podróżująca z dzieckiem odrywa wzrok od telefonu:
– Słuchajcie, czytam w wiadomościach, że dziś będzie zmasowany atak rakietowy.
– Na Kijów? – pyta Irańczyk-Amerykanin.
– Na całą Ukrainę.
W ciszy sięgamy po telefony. W ukraińskich kanałach na Telegramie ostrzeżenia o możliwym ataku w ciągu 24-48 godzin.
Czuję napięcie w klatce piersiowej. Znam je.
Ciało pamięta strach. Ostrzały z poprzednich lat. Oddycham, próbuję się uspokoić. Postanawiam nie czytać wiadomości. Przynajmniej do rana. „Jadę do rodziny”, powtarzam sobie. Oni tam żyją z wojną codziennie, od lat.
Przeglądam instrukcję ewakuacyjną jeszcze raz.