Koledzy z Dyskobolii opowiadali, że jak tylko próbowali wejść w jego „sektor” słyszeli siarczyste „nie wp… się jak maszyna pracuje”. „Sobol” bez dwóch zdań był postacią kultową. Zarówno w kadrze, jak i w Ekstraklasie.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Dziś jest selekcjonerem kadry młodzieżowej do lat 18 i można powiedzieć, że mało kto może być takim wzorem dla młodych ludzi. Cała kariera tego pomocnika to nieprawdopodobna lekcja pokory, ale też wiadomość dla młodych: „Nigdy się nie poddawaj, bo nie wiesz, co czeka na ciebie za rogiem”. Zresztą…
Oddajmy my głos:
Gdybym dziś miał dać radę nastoletniemu Radkowi Sobolewskiemu, na pewno kazałbym mu bardziej wierzyć w siebie. Myślę, że tego mi zawsze brakowało. Chyba nie miałem świadomości o swojej dużej sile, jakości.
Radoslaw SobolewskiŹródło: pulse2-lists-images
Myślę, że dziś ta młodzież jest inna, ma inne wzory. Patrzą na Roberta Lewandowskiego czy Piotra Zielińskiego i widzą, że to marzenie ma realny kształt, że ta wielka piłka jest w zasięgu. My aż takich wzorów nie mieliśmy.
Dorastałem w czasach kryzysu polskiej piłki, gdy wielkie turnieje Polacy oglądali w telewizji. Dziś jeździmy na większość mistrzostw, liczymy się w stawce. I chyba też dołożyłem do tego cegiełkę, w końcu byłem w ekipie, która wywalczyła awans na mistrzostwa świata 2006 czy Euro 2008, pierwsze w historii reprezentacji Polski.
Jaka jest miara sukcesu
Dziś po latach patrzę na tę swoją karierę i chyba spokojnie mogę powiedzieć, że osiągnąłem sukces. Tyle że każdy inaczej rozumie sukces. Dla jednego to będzie mistrzostwo Polski, dla innego wygranie Ligi Mistrzów. A dla mnie? Owszem, mecze w Groclinie, w Wiśle Kraków, w pucharach, w kadrze narodowej, to wszystko jest bezcenne, ale dla mnie miarą sukcesu jest, gdy potrafisz odpowiedzieć twierdząco na pytania: czy wyżyłowałeś swój organizm na maksa? Czy wykorzystałeś w dobry sposób talent, który dostałeś przy narodzinach? Czy przekraczałeś granice?
Myślę, że mogę tak powiedzieć o sobie, choć przecież długo nic nie wskazywało na to, że będę grał. Do klubu zapisałem się dopiero w czwartej klasie podstawówki. Zawsze byłem mniejszy. Dziś mówimy o zawodnikach późno dojrzewających, ale w naszych czasach nikt nie pytał, czy jesteś wcześnie, czy późno dojrzewający. Po prostu musiałem sobie radzić, wyszarpać swoje. Uczyłem się życia na osiedlu Bema w Białymstoku, zawsze grałem ze starszymi chłopakami, więc byłem od początku przyzwyczajony do tego, że jestem najmniejszy. Gdy pojechałem na kadrę młodzieżową, ludzie mogli pomyśleć, że ktoś przyprowadził młodszego brata. Ale dla mnie to nie miało znaczenia. Chcesz grać, musisz to wyszarpać. Tak myślałem. Uwielbiam rywalizować, zawsze uwielbiałem, porażka sprawia, że jestem zły, może nawet wściekły.
Dziś PZPN ma wiele programów dla młodych zawodników, AMO, LAMO, Talent Pro czy Future dla takich chłopaków, jakim byłem ja, pewnie bym się do takiej kadry załapał. Mamy teraz naprawdę dobre czasy, doceńmy to.
Kadra rocznika 1976-77, rok 1990, Radosław Sobolewski na zdjęciu w środkowym rzędzie, czwarty od lewej.Źródło: Onet
Zacząłem rosnąć, dopiero gdy miałem 15 lat, niestety objawiło się to w najgorszy możliwy sposób, a więc chorobą Osgooda Schlattera. „Gule”, który nagle wyrosły mi pod kolanami oznaczały roczną przerwę w treningach. Był to trudny czas, ale tu muszę podziękować mojemu trenerowi Lesławowi Karskiemu, którzy nigdy we mnie nie zwątpił. Choć dochodzenie do siebie po chorobie było ciężkie, pierwszy raz w życiu siedziałem na ławce. Musiałem gonić. Dogoniłem.
Na mistrzostwa nie pojechał, pretensji nie miał
Nigdy nie miałem pretensji, że inni grali w kadrach, a ja nie. Widocznie byli lepsi. Życie nauczyło mnie, że nic nie jest jednak dane na zawsze. Niedawno pożegnaliśmy naszego przyjaciela Jacka Magierę. Czasem rozmawialiśmy o tym, że on zagrał prawie 100 spotkań w kadrach młodzieżowych, był ich kapitanem, ale nigdy nie wystąpił w pierwszej reprezentacji. Ja nigdy nie zagrałem w młodzieżówkach, ale w pierwszej kadrze mam 32 występy.
Ale nie robiłbym z tego dramatu. Dziennikarze lubią napisać, że trener przegapił tego czy tamtego, a potem on zrobił karierę… A warto czasem wziąć pod uwagę, że różnie układają się losy zawodników.
Drużyna naszego rocznika (sierpień 1976 i młodsi) zdobyła wtedy mistrzostwo Europy, konkurencja była ogromna. Oczywiście wielu z chłopaków odbiło się od dużej piłki, ale część zrobiła kariery, jak Mirek Szymkowiak, Arek Radomski, Mariusz Kukiełka, Marcin Drajer, wspomniany Jacek Magiera czy Maciek Terlecki. To była bardzo mocna ekipa, po prostu w tamtym momencie byli lepsi ode mnie.
Zresztą moja kariera długo nie zapowiadała się na nic okazałego. Grałem nieźle, ale też miałem trochę kontuzji. Jako zawodnik 26-letni straciłem bardzo dużo z powodu urazów i wkrótce moja kariera miała się zakończyć. Mieliśmy konflikt z prezesem [Krzysztof Dmoszyński], który uważał, że nie musi płacić mi za czas, który spędziłem na rehabilitacjach. Oczywiście na to zgodzić się nie mogłem. Dodatkowo nie chciałem przedłużyć kontraktu. A to były czasy, gdy w Polsce Prawo Bosmana jeszcze nie obowiązywało. Działacze mogli z zawodnikiem zrobić, co chcieli, byliśmy przedmiotami.
Dokąd jedziemy?
Dlatego zostałem zawieszony i grałem w piątej lidze. Były więc pastwiska, ścieżki biegnące przez środek boiska i tak dalej, lokalne klimaty. Tłumów nie było, bo przecież wtedy nie byłem żadnym reprezentantem Polski, po prostu jednym z wielu zawodników V ligi. Kto się o takiego upomni.
Kasy nie dostawałem, a jak mówiłem o tym publicznie, otrzymywałem kary finansowe. Jedyne co dobre to, że mieliśmy gdzie mieszkać, bo klub musiał zapewnić nam mieszkanie. Ja bez pieniędzy, żona nie pracowała, bo opiekowała się dwójką małych dzieci. Czy po to trenowałem tyle lat? Czy po to były te wszystkie godziny spędzone na boisku, wyrzeczenia? To jest ten raj, o którym marzą tysiące młodych chłopców?
Nie było nigdy takiej sytuacji, że nie mieliśmy co do gara włożyć, bo rodzice pomagali nam, jak mogli. Ale w pewnym momencie trzeba było podjąć męską decyzję. Koniec z futbolem. Wracamy do Białegostoku, będę jeździł na taksówce.
I może jeździłbym do dziś, gdyby nie zadzwonił trener Bogusław Kaczmarek, który prowadził wtedy Groclin Dyskobolię. Powiedział: „Nie mów mi o taksówce, trenuj dalej i zobaczymy, co da się zrobić”.
Takich trenerów ze świecą szukać
Pamiętam, że pojechałem do Grodziska Wielkopolskiego, rozmawiałem z prezesem i właścicielem klubu, który nie miał zielonego pojęcia, kim jestem. Powiedział: „Skoro trener jest przekonany, to bierzemy cię”. Zaczęło się więc trochę dziwnie, ale potem było tylko lepiej. W debiucie strzeliłem gola.
Radosław SobolewskiEast News
Trener Kaczmarek to był jeden z tych szkoleniowców, którzy uznali, że mam talent. Mocno pracował nade mną indywidualnie, rozwijał różne moje cechy. To była taka praca, jaką powinno się wykonywać z młodymi zawodnikami. Poprawianie konkretnych umiejętności. Bardzo wymagał i bardzo dużo nam dawał. Miałem zawsze deficyty, jeśli chodzi o kwestie czysto piłkarskie, ale posiadałem talent w sprawach czysto fizycznych, taki miałem organizm.
W ogóle muszę powiedzieć, że defensywny pomocnik wtedy a dziś to zupełnie inna sprawa. Kiedyś to była taka pozycja typu przetnij, odbierz, oddaj piłkę. Z biegiem lat ta pozycja nabrała szacunku, na tej pozycji musisz być wszechstronny, przygotowany technicznie, umieć rozegrać. Musisz wszystko robić na najwyższym poziomie. Inna sprawa, że sporo daje dostęp do statystyk. Dziś po prostu wiadomo, kto co daje drużynie, jaki ma wpływ na grę. Dziś defensywny pomocnik to jest ktoś.
Urosłem wtedy jako piłkarz. I co więcej, dostałem powołanie do reprezentacji. A więc w pół roku trafiłem z V ligi do kadry narodowej, tak niewiele brakowało, bym jeździł na taksówce.
Piłka nożna ma to do siebie, że raz jesteś na górze, raz na dole. Doświadczyłem tego jak mało kto. Byłem już mentalnie poza piłką, by za chwilę zagrać w kadrze narodowej. Pojechaliśmy na mundial. Każdy dzieciak o tym marzy. Ale prawda jest taka, że nie daliśmy rady, nie wyszliśmy z grupy. W prasie ukazały się różne tytuły, najbardziej zabolał mnie ten: „Nie wracajcie do domu”.
Dlaczego? Bo nie byłem nigdy wybitny, ale nikt nie mógł mi zarzucić, że odpuściłem. Ta krytyka przekroczyła granice przyzwoitości. Ale cóż, w zawodowej piłce nie ma dobrego czasu na przegraną. Natomiast idzie to w złą stronę, wyzwiska, hejt. Czy dojdzie do rękoczynów? Dla dziennikarzy to element „show”, ale z mojej perspektywy to było zwykłe szczucie na ludzi.
Potem już z dziennikarzami nie chciałem rozmawiać. Uszanowali to.
Ja decyduję, nie Leo
Po eliminacjach Euro 2008 zrezygnowałem z gry w kadrze. Na mistrzostwa nie pojechałem. Wiem, że dla wielu osób to było zaskoczeniem, może nawet szokiem. Ale uznałem wtedy, że doszedłem ze swoim organizmem do maksimum, że już więcej nie wyciągnę. Miałem 31 lat i zacząłem schodzić z góry.
Pewnie, że mistrzostwa były moim marzeniem, ale ja zawsze wychodziłem z założenia, że kadra to dobro wspólne. Jeśli więc nie czuję się na siłach, to niech pojedzie młodszy zawodnik. Uważałem wtedy, że nie mam prawa przedłożyć swojego interesu nad Polskę. Czy Leo Beenhakker chciał, żebym został? Może i tak, ale to ja decyduję o tym, czy jestem na siłach, to ja wiem najlepiej, nie selekcjoner. Nawet jeśli nazywa się Leo Beenhakker. Zresztą ja nie czułem się zawodnikiem pierwszego wyboru. Oczywiście, grałem, ale obok Mariusza Lewandowskiego to Darek Dudka był numerem 1 i jeśli był zdrowy, ja siedziałem na ławce. Wróciłem do gry w kadrze, ponieważ Darek miał — zdaje się — złamany piszczel. Decyzja była w pełni świadoma.
Jeśli chodzi o czas w Wiśle Kraków, to cóż, mam czasem wrażenie, że mogliśmy mocniej docisnąć. Jeśli nam czegoś zabrakło, żeby ta ekipa była spełniona, to czasu. Kilku minut w meczu z Panathinaikosem, kilku minut w meczu z APOEL-em. I bylibyśmy w Lidze Mistrzów. Zwłaszcza po APOEL-u dostało się nam strasznie. A potem rywale doszli do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Ale zanim to się stało, zostaliśmy zmieszani z błotem. Piłka bywa brutalna.
Czytasz te artykuły, komentarze i czujesz wielką niesprawiedliwość. Tak w Wiśle, jak i w kadrze. Dziś pewnie zawodnik poszedłby do psychologa, ale to były inne czasy. Wtedy jak ktoś poszedłby do psychologa, wszyscy mówiliby, że jest wariatem. Psycholog, psychiatra, co to za różnica. Dziś wydaje się aż niewiarygodne, że żyją jeszcze ludzie, którzy pamiętają te czasy. 20 lat to wieczność. Ja jestem z tego pokolenia, które łączy światy stary z nowym. Pokolenia, które jeszcze pamięta kolejki, kartki na produkty, przemiany lat 90.
Dziś sam pracuję z młodymi ludźmi, może są bardziej niezależni. My byliśmy bardziej karani, ale na ludzi wyszliśmy. Nie mam z tą pracą problemu, bo sam mam trójkę dzieci, w tym dwójkę dorosłych, jednego nastolatka. Te zachowania nowego pokolenia nie są więc dla mnie w żaden sposób zaskakujące.
Wisła to mój dom
Dziennikarze narzekają dziś na polskich piłkarzy, ale może nie chcą pamiętać tych czasów, gdy był Jurek Dudek, Jacek Krzynówek i dalej to już głównie chłopcy z polskiej ligi. Zresztą mojemu pokoleniu było trudniej wyjechać z Polski.
Ja miałem ofertę z angielskiego Southampton i ze szkockiego Hearts of Midlothian. Życie się tak potoczyło, że zostałem. Nie ma co szukać sensacji. Po prostu chciałem zostać w Wiśle, dobrze się tam czułem. Wisła była moim domem. Byłem ostatnim kapitanem, który sięgnął po mistrzostwo. Spędziłem w Wiśle łącznie 14 lat, w różnych rolach, piłkarza, trenera. To dla mnie więcej niż klub. Inna sprawa, że miałem już swoje lata. Tzw. najlepszy wiek na wyjazd minął bezpowrotnie. Osiem operacji, zesłanie do V ligi. Tym się wtedy zajmowałem.
Myślę, że trio z Dortmundu zrobiło nam renomę. Jest większe zainteresowanie, ale też młodzi są lepiej przygotowani do wyjazdu. Pod tym względem zrobiliśmy spory skok. Może kolejny etap będzie taki, że topowe kluby będą sięgały po Polaków? Wierzę w to.