Czy świat nadal jest gotów podporządkować się amerykańskim sankcjom? Od odpowiedzi na to pytanie zależy przyszłość amerykańskiej dominacji. Sankcje, embarga i blokady były bowiem od lat 2000 podstawowym narzędziem, za pomocą którego Waszyngton wymuszał swoją przewagę na świecie.

Jednak w sobotę, 2 maja, ulubiona broń Waszyngtonu została symbolicznie pogrzebana kilkaset metrów pod powierzchnią cieśniny Ormuz. Tego dnia Chiny ogłosiły, że nie podporządkują się amerykańskim sankcjom wymierzonym w swoje rafinerie, podejrzewane o import ropy z Iranu. Na kilka dni przed wizytą amerykańskiego prezydenta w Pekinie zaplanowaną na 14–15 maja, konflikt rozgrywa się właśnie tu — na strategicznych wodach Zatoki. I nie układa się po myśli Waszyngtonu.

Chiński rząd publicznie ogłosił, że zignoruje amerykańskie sankcje wymierzone w pięć chińskich rafinerii oskarżanych o zakup irańskiej ropy. Pekin, używając słów, które obiegły świat, stwierdził, że działania USA „nie powinny być ani uznane, ani wprowadzane w życie, ani respektowane”, ponieważ „niesłusznie zakazują lub ograniczają działalność chińskich firm z państwami trzecimi (…) i naruszają prawo międzynarodowe”.

Dziś to właśnie Chiny stały się głównym graczem w omijaniu amerykańskich sankcji — nie tylko wobec Iranu, lecz również wobec innych objętych restrykcjami krajów, jak Rosja czy wcześniej Wenezuela. Chiny wciąż kupują aż 90 proc. irańskiej ropy.

Już w połowie kwietnia przez cieśninę Ormuz, mimo amerykańskiego bloku, przepłynął chiński tankowiec Rich Starry objęty sankcjami, a także inne jednostki. Ich przejście uznano za test — negatywny — skuteczności amerykańskiego embarga.

Nieuchwytny system cieni

Aby dotrzeć do Chin i innych odbiorców, Iran stworzył bardzo zaawansowany, równoległy system, który niweczy skuteczność sankcji. Irańska ropa wypływa w świat dzięki „flotom widmom” i transferom ładunków na pełnym morzu. Statki regularnie zmieniają nazwę, banderę, właściciela, korzystają z firm-słupów, by ukryć pochodzenie ładunków i pieniędzy, a także wyłączają systemy nawigacyjne, by zatrzeć ślady.

Dlatego Teheran, zamiast pogrążyć się w kryzysie gospodarczym, eksportuje dziś niemal tyle ropy, co przed wojną, co dobitnie pokazuje, jak mało skuteczny okazał się zapowiadany przez Donalda Trumpa „stalowy mur” w cieśninie Ormuz.

Poza Iranem, systemy „flot widm” stosują również Rosja i Korea Północna, by omijać sankcje naftowe. Łącznie w procederze udział bierze aż około 900 statków — skala tego cienia imperium jest porażająca. Dla Waszyngtonu próba stłumienia takiej siatki wiązałaby się z ogromnymi kosztami, więc w rzeczywistości jego groźby często ograniczają się tylko do pustych deklaracji.

Sankcje podważane przez rywali

Dla uważnych analityków, otwarta odmowa Chin wobec amerykańskich sankcji stała się jasnym sygnałem i punktem zwrotnym w konflikcie o Ormuz. Od tego momentu administracji Trumpa coraz trudniej było uzyskiwać ustępstwa od Iranu i skutecznie przeciwstawiać się rozmontowywaniu dolara przez Chiny.

Amerykańska porażka w cieśninie Ormuz jest tylko potwierdzeniem wcześniejszych wydarzeń: Chiny, podobnie jak Indie, już wcześniej storpedowały częściowo sankcje wobec Rosji, wspierając zakup rosyjskiej ropy zabronionej przez Amerykanów. Innymi słowy, obecność tych niepokornych mocarstw uniemożliwia Waszyngtonowi narzucenie światu wiarygodnego, jednostronnego reżimu sankcyjnego.

Dziś Ormuz może więc stać się cmentarzyskiem dla amerykańskiej polityki presji wobec świata. Tym bardziej, że Stany Zjednoczone zmagają się także z poważnymi wyzwaniami militarnymi, co częściowo tłumaczy masową „nieposłuszność” wobec sankcji. Jak stwierdził demokratyczny kongresmen Ted Lieu: — Jeśli Iran, dysponujący armią drugiego rzędu, jest w stanie poważnie uszkodzić amerykańskie bazy, oznacza to, że Chiny lub Rosja mogą zniszczyć nasze bazy za granicą.

Przewartościowanie potęgi

Rzeczywiście, w obliczu amerykańskiego impasu militarnego w Iranie, pytanie o to, czy są „najpotężniejszą armią świata” nabiera nowego wymiaru: staje się względne, a mit ustępuje konfrontacji z rzeczywistością. To rzeczywistość, w której przewaga technologiczna nie jest już decydującym kryterium — co więcej, może prowadzić do kosztów, których nie da się długo ponosić. Tak oto USA pozostają z uszkodzonymi bazami, czterokrotnie okrojonymi systemami obrony przeciwrakietowej, z połową zapasów amunicji wyczerpanych, nie odnosząc zwycięstwa, ani nawet poważnie nie zagrażając Iranowi, który formalnie jest znacznie słabszy.

Tym samym wojna Ameryki z Iranem redefiniuje, co znaczy być „najpotężniejszą armią świata”. Gdy amerykańskie wojska nie są przygotowane do współczesnej wojny dronów, toczącej się w Iranie, a zapasy systemów obrony powietrznej i przeciwpancernych topnieją przy otwarciu dwóch frontów naraz, obraz „armii imperialnej” pęka. Czy armia, która może prowadzić działania tylko na jednym froncie jednocześnie, faktycznie zasługuje na miano numeru jeden?

Złudzenia zatopione w Ormuzie

Siły amerykańskie walczą też przestarzałymi metodami: choć szybko rozwinęły tanie drony, to dla Iranu są to już narzędzia poprzedniej generacji. Teheran wdraża już nową linię bezzałogowców — dronów stealth i maszyn zdolnych śledzić ruchome cele.

Jeszcze większe wyzwanie stanowią tanie alternatywy dla rakiet Patriot, kosztujących 4 mld dol. za sztukę, które zestrzeliwują drony warte 30 tys. USA pracują nad tańszymi systemami przechwytywania, które jednak mogą okazać się nieskuteczne wobec nowej generacji irańskich dronów — szybszych i bardzo precyzyjnych.

W efekcie cieśnina Ormuz staje się grobem dla niektórych zachodnich iluzji. USA wierzyły w skuteczność sankcji. Przekonały się o sile „lewara Ormuzu”. Wierzyły w potęgę swej armii. Przekonały się o nieoczekiwanej wrażliwości na wojny asymetryczne. Ta lekcja była warta tej katastrofy — bez wątpienia.