Pociąg Samudradevi, którego nazwę tłumaczono jako „Królowa Morza”, wyjechał ze stacji Colombo Fort w niedzielę krótko po godz. 9. Jechał stałą trasą do miasta Galle na południu kraju. Tego dnia wagony były wyjątkowo przepełnione nawet jak na warunki Sri Lanki, bo zbiegły się świąteczny weekend i dzień pełni księżyca, gdy wielu buddystów podróżuje na modlitwy i odwiedza bliskich.
Według szacunków policji w pociągu mogło być ok. 1,7 tys. osób. Funkcjonariusze opierali się na sprzedaży 1,5 tys. biletów do Galle na stacji Colombo Fort oraz na założeniu, że ok. 200 pasażerów dosiadło się po drodze bez biletu. Dwie godziny po odjeździe, w okolicy Telwatty, w miejscowości Peraliya, gdzie tory biegną niedaleko zachodniego wybrzeża, przez palmy wdarła się ogromna fala i przewróciła wagony, błyskawicznie wypełniając je wodą.
Miejsce tragedii leżało zaledwie ok. 200 metrów od morza, choć z torów wody prawie nie było widać. Po uderzeniu tsunami wokół wykolejonego składu leżały powalone drzewa i zrujnowane domy. Fala mogła mieć co najmniej 6 metrów wysokości, o czym świadczyły uszkodzenia dachów pobliskiego domu rodzinnego.
The Guardian zwracał uwagę, że ilość ofiar sprawia, że tragedia ta do tej pory uznawana jest za najtragiczniejszą katastrofę kolejową. Jak zaznacza The Guardian, w Telwatcie ginęli nie tylko pasażerowie. Fala porwała też mieszkańców okolicznej miejscowości i zniszczyła ich domy, dlatego na miejscu długo nie było jasne, które odnajdywane ciała należały do podróżnych.
Dzień po katastrofie żołnierze wynosili zwłoki z wraku i zalanej okolicy. Pracowali w kilkuosobowych zespołach, a mieszkańcy stali obok i sprawdzali, czy wśród odnalezionych ofiar nie ma ich bliskich. Setki ciał przewieziono już w poniedziałek do szpitala w Batapola, oddalonego o ok. 15 km od miejsca tragedii.
Dr Jayatilake cytowany przez The Guardian oceniał, że z pociągu wydostało się żywych tylko od 10 do 20 osób. Wielu mieszkańców prowadziło własne poszukiwania. Im więcej odnajdywano ofiar, tym silniejsza była presja na natychmiastowe pochówki, by ograniczyć ryzyko chorób. Część ciał była już w takim stanie, że rozpoznanie stawało się bardzo trudne.
Ocaleni mieszkali tymczasem w buddyjskich świątyniach położonych wyżej, a w dzień wracali do zniszczonych domów, żeby ratować to, co zostało. Służby zmagały się równocześnie z brakami paliwa i sporami urzędowymi o sprzęt potrzebny do kopania grobów. Policja zatrzymała też sześciu mężczyzn podejrzanych o okradanie zmarłych z biżuterii i gotówki.