Prawdziwe dziennikarstwo. Niezależna redakcja. ZA DARMO.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Chaotycznie, ale stabilnie
Dziś na pytanie o wojnę możemy tylko odpowiedzieć: jest chaotycznie, ale stabilnie. Co najmniej od świąt Wielkiej Nocy administracja wpadła w wyraźny cykl: Trump ogłasza, że wojna już została wygrana i Amerykanie zrealizowali nawet więcej celów niż sobie założyli, eskaluje groźby wobec Iranu, wyznacza terminy ultimatum, po których Amerykanie zafundują przeciwnikom prawdziwą apokalipsę; po czym wycofuje się i przesuwa termin wielkiego uderzenia.
Zaliczyli romans w „Tańcu z gwiazdami”. Cichopek i Hakiel nie byli jedyni ![]()
Żołnierze USA z Niemiec trafią do Polski? Trump zabrał głos
Cały ten cykl mogliśmy zaobserwować w ostatnim tygodniu. Jeszcze w końcówce długiego majowego weekendu Trump twierdził, że Iran „nie zapłacił jeszcze pełnej ceny” w obecnej wojnie, co mogło sugerować planowaną intensyfikację konfliktu. Jednak już w środę sekretarz stanu Marco Rubio ogłosił, że operacja Epicka Furia – jak oficjalnie nazywa się wojna w Iranie – została zakończona, a Stany osiągnęły w niej swoje cele. Kilka godzin później ogłoszono nową operację Projekt Wolność, w ramach której amerykańska marynarka miała eskortować statki handlowe, których załogi chciały przepłynąć przez Cieśninę Ormuz mimo irańskiej blokady. Zanim jednak Projekt Wolność ruszył, został chwilowo zapauzowany, dając czas na kolejną rundę negocjacji ws. zakończenia wojny.
W niedzielę, choć po drodze doszło do incydentów, zawieszenie działań zbrojnych się utrzymuje, a Amerykanie oczekują na odpowiedź Teheranu. Trump zapowiada, że jeśli Iran się z nim nie porozumie, to Stany wrócą do Projektu Wolność, a nawet „Wolność Plus” – co sugeruje możliwość dalszych ataków na Iran.
Gdyby odpowiedź Iranu była pozytywna, obie strony zgodziłyby się na trwający miesiąc rozejm, w trakcie którego miałyby negocjować stałe porozumienie. W jego wyniku mogłoby dojść do złagodzenia sankcji nałożonych na Iran w zamian za pozbycie się przez Teheran jego zapasów wzbogaconego uranu i przyjęcie ograniczeń własnego programu nuklearnego.
Zawieszenie broni czy kolejna eskalacja? „Trump jest zmienny jak prąd w gniazdku”
Suez amerykańskiego Jelcyna
Po drodze wiele jednak może jeszcze pójść nie tak. Niektórzy eksperci przewidują, że Iran może chcieć maksymalnie przeciągać negocjacje, zakładając, że im bliżej wyborów w połowie kadencji w listopadzie, tym bardziej Trump będzie zdesperowany, by móc ogłosić sukces.
Jednocześnie nawet gdyby w ciągu miesiąca udało się zakończyć konflikt na warunkach proponowanych dziś przez Waszyngton, pojawią się pytania, czy trzeba było dwóch miesięcy wojny, by osiągnąć cele, które – jak twierdzi wielu komentatorów – można było osiągnąć w ramach dyplomatycznych negocjacji z Teheranem. Nawet ktoś z tak niewątpliwym talentem do sprzedawania naiwnym bzdur jak Trump może mieć problem, by przekonać amerykańską i światową opinię publiczną, że wojna była konieczna i że zakończyła się ona sukcesem.
Sceptyczna będzie zwłaszcza ta światowa. Bo co świat zobaczył w ciągu ostatnich dwóch miesięcy? Że Stany nie były w stanie obalić reżimu w Teheranie i że administracja tak obawia się politycznych i gospodarczych kosztów wojny, że nie jest w stanie w pełni wykorzystać swojej militarnej i technologicznej przewagi.
Trump ma się porównywać do Cezara i Napoleona. Czy czas się bać? [OPINIA]
Świat przekonał się też, jak chaotyczne i niekompetentne jest obecne amerykańskie przywództwo. Sojusznicy Waszyngtonu na całym świecie utwierdzili się w przekonaniu, że Stany nie tylko nie są dziś wiarygodnym dostawcą bezpieczeństwa, ale coraz bardziej zachowują się jako aktor destabilizujący międzynarodowy porządek.
Wojna w Iranie pogłębiła przepaść między Stanami a europejską częścią NATO, za co winę ponosi też osobiście Trump: nieustannie domagający się od Europy pomocy w odblokowaniu Cieśniny Ormuz i deklarujący, że wcale jej nie potrzebuje, przy okazji wciąż obrażając europejskie państwa i grożąc, że Stany wcale nie muszą pomóc im w przyszłości.
To, co działo się w trakcie ostatnich dwóch miesięcy, będzie też szczególnie uważnie analizowane w monarchiach znad Zatoki Perskiej. Sojusz ze Stanami i obecność amerykańskich baz na ich terenach uczyniły z nich cele Iranu – pojawią się więc pytania o długotrwały sens obecnych relacji z Waszyngtonem.
Od początku tej wojny w komentarzach powtarzały się porównania z kryzysem sueskim. W 1956 roku próba zajęcia Kanału Sueskiego przez Wielką Brytanię i Francję – w wojnie przeciw Egiptowi wywołanej przez te dwa państwa wspólnie z Izraelem – zakończyła się upokorzeniem dawnych mocarstw kolonialnych, co stało się symbolem zmierzchu ich globalnego znaczenia. Imperialne ambicje Londynu i Paryża ukróciła wtedy administracja Eisenhowera – wojna w Iranie jest nawet jeszcze bardziej upokarzająca dla Stanów, bo ich ambicji nie powstrzymuje nowe, globalne mocarstwo, tylko zaledwie regionalna potęga.
Kolejne wybory zwiększają nadzieję demokratów przed listopadem [OPINIA]
Wśród wielu historycznych analogii, przy pomocy których komentatorzy próbują tłumaczyć sobie drugą kadencję Trumpa, przy okazji Iranu wracała jeszcze jedna: ta z Jelcynem. Chaotyczna polityka Jelcyna i kognitywne problemy rosyjskiego prezydenta przyspieszyły i pogłębiły proces upadku globalnego znaczenia Rosji w latach 90. i towarzyszący mu wewnętrzny chaos. I coraz częściej komentatorzy zastanawiają się, czy Trump nie jest „amerykańskim Jelcynem”, swoimi nieprzemyślanymi działaniami i stylem przywództwa przyspieszającym upadek globalnego znaczenia Stanów.
Nawet gerrymandering może nie pomóc
W listopadzie Amerykanie będą mieli okazję ocenić politykę administracji w wyborach do Izby Reprezentantów i Senatu: jak co dwa lata wymieniona zostanie jedna trzecia tej drugiej izby. Od kilku miesięcy między Republikanami a Demokratami trwa wojna o wytyczenie granic okręgów wyborczych korzystnych dla danej partii. W Stanach praktyka ta nazywa się gerrymanderingiem i prawo na nią pozwala – granice jednomandatowych okręgów wyborczych w danym stanie wyznaczają jego władze.
W wyścigu tym prowadzą dziś Republikanie. Stanowe legislatury w Teksasie, Karolinie Północnej, Missouri, Tennessee i Florydzie wyznaczyły nowe granice okręgów, co może kosztować Demokratów nawet 11 mandatów. Demokraci wyznaczyli nowe, korzystne dla siebie granice okręgów w Kalifornii i Wirginii, co z kolei może tam dać im 5 dodatkowych mandatów.
Jaki by Trump nie był, nie możemy normalizować grożenia ludobójstwem [OPINIA]
W tym ostatnim stanie nową mapę, zaaprobowaną w referendum przez jego mieszkańców, obalił jednak stanowy sąd najwyższy. Demokraci zapowiadają też walkę w sądach w takich miejscach jak Floryda, gdzie konstytucja stanowa z jednej strony zakazuje manipulacji granicami okręgów dla partyjnej korzyści, ale z drugiej – w stanowym sądzie najwyższym dominują sędziowie bliscy Republikanom.
Eksperci przekonują jednak, że Trump jest dziś tak niepopularny – poparcie dla prezydenta deklaruje mniej niż 40 proc. Amerykanów – że żadne manipulowanie przez Republikanów granicami okręgów wyborczych nie uchroni ich od kary wyborców i że najpewniej stracą kontrolę co najmniej nad Izbą Reprezentantów, jeśli nie nad Senatem. A wtedy także wewnętrznie Trump może stać się równie słaby jak Jelcyn w końcówce swoich rządów.
Nie można też jednak wykluczyć scenariusza, w którym Demokraci zdecydowanie wygrywają głosowanie powszechne, ale dzięki manipulacjom granicami okręgów Republikanie utrzymują kontrolę nad Kongresem. Demokraci mieliby wtedy słuszne poczucie, że „ukradziono” im wybory, a amerykański system wkroczyłby na nieznany wcześniej poziom polaryzacji i frustracji, zagrażający jego podstawowej stabilności.