Trzeba przyznać, że prezydent Nawrocki nie jest przesądny. Gdyby był, to planu stworzenia projektu nowej konstytucji zapewne nie ogłaszałby 3 maja na Placu Zamkowym. To samo zrobił dziewięć lat temu w tym samym miejscu jego poprzednik i skończyło się to dla niego dotkliwą porażką.
Andrzej Duda chciał, aby nowa konstytucja została przygotowana na 100. rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, czyli w 2018 r. Rok wcześniej zapowiedział, że zorganizuje referendum konsultacyjne, w którym zapyta Polaków, co chcieliby w niej znaleźć. Referendum miało być dwudniowe i odbyć się w dniach 10–11 listopada 2017 r. Pytania, które prezydent chciał w nim zadać, pojawiły się 20 lipca i mocno niektórych zaskoczyły. Było ich 10.
Były wśród nich dość oczywiste – np. to o wzmocnienie pozycji prezydenta albo o wybór systemu wyborczego (większościowy, proporcjonalny lub mieszany). Ale były też zadziwiające czy wręcz kuriozalne, takie jak wpisanie do konstytucji członkostwa w NATO i Unii Europejskiej albo zapisanie konkretnego wieku emerytalnego (60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn) czy nawet świadczenia „500+” (obecnie „800+”).
Jednak zaledwie kilka dni po przedstawieniu listy pytań zaczęła się największa awantura polityczna w całej prezydenturze Andrzeja Dudy, gdy ten postanowił zawetować dwie przygotowane przez PiS ustawy sądowe spośród trzech: o Sądzie Najwyższym i o Krajowej Radzie Sądownictwa. Od tamtego momentu stosunki między PiS a prezydentem Dudą radykalnie się ochłodziły. Tymczasem art. 125 konstytucji mówi, że jeśli referendum zarządza prezydent, to zgodę na nie musi wyrazić Senat bezwzględną większością głosów. Do głosowania doszło we wrześniu. Izba wyższa była w tamtym czasie zdominowana przez PiS – i Andrzej Duda w ramach odwetu za swoje weta dostał bolesnego prztyczka: wniosek o referendum został odrzucony. Historię nieudanego podejścia do zmiany konstytucji sprzed blisko dekady warto zachować w pamięci, zastanawiając się nad obecną inicjatywą.
Wada czy zaleta?
Występując na Placu Zamkowym, prezydent Nawrocki podkreślił, dlaczego uważa, że obecna ustawa zasadnicza powinna zostać zmieniona: przede wszystkim dlatego, że tworzy dualizm ośrodków władzy, rozdzielając ją pomiędzy rząd i prezydenta, mającego bardzo mocny mandat demokratyczny. Zaznaczył także, że nie przesądza, czy zmiana powinna iść w kierunku systemu prezydenckiego czy kanclerskiego. Zapewne uważa, że w automatyczny sposób większość Polaków władzę „silną”, której pragną, kojarzy z systemem prezydenckim, nie trzeba im zatem tego nawet sugerować. W kwestii podziału władzy Karol Nawrocki ma rację – faktycznie mówimy o dwóch ośrodkach o podobnej sile. W debatach pokutuje jednak chybiony mit, że prezydent RP nie ma prawie żadnych kompetencji poza negatywną: możliwością wetowania ustaw lub kierowania ich do Trybunału Konstytucyjnego w ramach kontroli prewencyjnej albo następczej. To nieprawda – kompetencje głowy państwa są znacznie większe. Prezydent powołuje sędziów – zarówno na pierwsze, jak i na późniejsze stanowiska sędziowskie, powołuje prezesa Naczelnego Sądu Administracyjnego, I prezesa Sądu Najwyższego, prezesa i wiceprezesa TK, prezesa Narodowego Banku Polskiego; nadaje określone w ustawie stopnie wojskowe oraz w służbach (generalskie i oficerskie); ratyfikuje umowy międzynarodowe i może je kierować do TK, a także powołuje swoich przedstawicieli do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji i Rady Polityki Pieniężnej. Ponadto dysponuje prawem łaski oraz nadaje najwyższe odznaczenia państwowe. Dodatkowo sprawuje ogólny nadzór nad polityką zagraniczną i jest najwyższym zwierzchnikiem sił zbrojnych.