A to dlatego, że w wielkiej przedsezonowej sondzie zorganizowanej przed startem sezonu przez stronę PLS właśnie Jurajskich Rycerzy widziałem w roli nowych mistrzów Polski. W rubryce MVP sezonu wpisałem Aarona Russella i to Amerykanin został wybrany na najlepszego zawodnika piątego decydującego spotkania w Sosnowcu. Nie wiem, czy świetny przyjmujący wygra doroczny Ranking „Przeglądu Sportowego” na Najlepszego Gracza Sezonu, sam jestem ciekaw, jak będą głosowali trenerzy, działacze i dziennikarze, ale Russell zapewne będzie jednym z głównych kandydatów do wygrania naszej prestiżowej zabawy. Bo to on był w pięciu finałowych starciach najjaśniejszą gwiazdą Aluronu, to on wydobywał Jurajskich Rycerzy z kłopotów, zgarniając dwie statuetki MVP.

W pewnym sensie przyjmujący reprezentacji USA stał się symbolem zespołu, który w finale miał wzloty i upadki, który po pierwszym fantastycznym meczu w dwóch kolejnych dostał od Bogdanki lanie, ale potrafił się podnieść. Tak samo jak Russell, który po dwóch setach decydującego starcia był mocno na minusie, a potem pociągnął zespół do tytułu.

Aluron zasłużył na pierwsze historyczne złoto mistrzostw Polski, bo miał świetnie zbilansowany skład, bez słabych punktów, bez dziur. Bo był drużyną, w której zawodnicy nawzajem się wspierali, a klub zapewnił im wszystko, czego potrzebowali. Bo miał świetnego trenera Michała Winiarskiego, pierwszego Polaka od 11 lat, który zdobył mistrzostwo Polski. Teraz trzymamy kciuki i za Aluron, i za PGE Projekt Warszawa, które za niespełna tydzień wystąpią w turnieju finałowym Ligi Mistrzów. W Turynie uskrzydlone medalami polskie zespoły mogą odzyskać europejski prymat.

Wracając do sondy PLS — zaskakujące jest, jak wielu ekspertów dało się przed sezonem nabrać na bajki o potędze Asseco Resovii. Aż 18 z 45 ekspertów przewidywało, że po jedenastoletniej przerwie Rzeszowianie wrócą na tron. Pasy urosły więc do miana głównego faworyta PlusLigi, a jak się to wszystko skończyło, wszyscy doskonale wiemy. Porażka 0:3 w finale Pucharu Polski z Bogdanką, przegrany bez walki ćwierćfinał Ligi Mistrzów z Ziraatem Ankara 0:6 i na koniec brak medalu PlusLigi.

Rzeszowianie mieli pojedyncze zrywy, w rundzie zasadniczej po dwa razy pokonali i Projekt, i Bogdankę, w ćwierćfinale Pucharu Polski wyeliminowali Aluron, a w półfinale Projekt. Gdy jednak przyszło do decydujących starć, Resovia ponosiła bolesne porażki, a w ostatnim meczu rywalizacji o brąz nie miała nic do powiedzenia z Projektem. Słowem totalna porażka. Tym trudniejsza do zrozumienia, że skład Pasy miały imponujący i najszerszy w całej PlusLidze. I może ta głębia składu — paradoksalnie — zgubiła Resovię.

Wielu uwierzyło także w cudowne moce trenera Massimo Bottiego, który w poprzednim sezonie poprowadził do mistrzostwa i triumfu w Pucharze Challenge Bogdankę. Szeroko uśmiechnięty i sympatyczny Włoch oczarował ekspertów i kibiców, którzy uwierzyli, że odmieni także Resovię, rok po roku ponoszącą kolejne bolesne porażki. Nie odmienił. Dał się za to niestety wciągnąć w rzeszowskie grzęzawisko, w którym utknęło przed nim wielu trenerów i zawodników.

Pierwsze objawy zatrucia ciężką rzeszowską atmosferą nadeszły, gdy Botti udzielił wywiadu oficjalnej stronie PLS i żalił się, że zespół jest… krytykowany. „Nie podoba mi się to ciągłe narzekanie na Resovię, które dostrzegam od początku sezonu, niezależnie od tego, czy wygrywamy, czy przegrywamy. Czasem mam wrażenie, że wszyscy wokół tylko czekają na to, aż przegramy, i zaczyna się wytykanie nam błędów” — biadolił szkoleniowiec, który szybko przekonał się, że w Rzeszowie oczekiwania i presja są nieco większe niż w innych klubach. Ot, taki rzeszowski klimat. I chyba go to trochę przerosło.

Podczas drugiego meczu o brąz z Projektem Botti pogubił się tak bardzo, że sami zawodnicy nie wiedzieli już, czy mają wejść na boisko, czy z niego zejść i jak się mają ustawiać do przyjęcia zagrywek i obrony. A libero? Resovia miała trzech świetnych graczy na tej pozycji, trener nimi żonglował przez cały sezon jak piłeczkami i nikt już nie wiedział, czy podstawowym graczem na tej pozycji jest Shoji, Zatorski czy Potera. A jak zyskać pewność siebie, gdy co chwila trener cię zmienia?

Albo czwarty mecz z Projektem, w którym Włoch wystawił do gry duet Jakub Bucki — Lukaš Vašina. Dwaj siatkarze, którzy przez cały sezon grali okazjonalnie świetnymi zmianami uratowali Resovii trzeci mecz z Warszawie. Ale czy na pewno dobrym posunięciem było wystawienie ich od pierwszej minuty w spotkaniu numer 4? Liczenie, że notoryczni rezerwowi utrzymają dobry poziom na pełnym dystansie, to było jak liczenie na cud.

Nie, nie zamierzam wykazywać, że najlepszy trener poprzedniego sezonu PlusLigi to nieudacznik. Wręcz przeciwnie, Botti udowodnił, że świetnie zna się na swojej robocie. A że w Rzeszowie mu nie wyszło? Nie jemu pierwszemu. I najgorsze jest to, że na dobrą sprawę nikt nie wie (a jeśli wie, nie chce mówić), czemu świetni siatkarze w biało-czerwonej koszulce Resovii zwykle grają słabiej niż w innych klubach, a renomowani trenerzy potrafią stracić głowę. Skoro Bottiemu nie udało się przywrócić blasku Pasom, to komu, do diabła, może się to wreszcie udać? Może czas w Rzeszowie na polskiego trenera, bo trzy ostatnie tytuły zdobył z Resovią Andrzej Kowal. Tyle że on poprowadzi w kolejnym sezonie Barkom Lwów i nie pali się do powrotu na Podpromie, a „Winiar” jest zajęty przez kilka następnych lat przez Aluron. I bardzo dobrze, bo Jurajscy Rycerze pod jego wodzą będą jeszcze silniejsi. Rywale, drżyjcie! ­