Hasan Husejnow to doktor nauk filologicznych z Wyższej Szkoły Ekonomicznej.
Wiosną 2015 r. opublikowałem prognozę dotyczącą zbliżającej się inwazji Rosji na Ukrainę. Realizacja tej prognozy opóźniła się o dwa lata z powodu COVID-19, ale gdy tylko sytuacja związana z pandemią nieco się poprawiła, faktycznie doszło do ataku.
Właśnie dlatego wolę nie zwracać uwagi na prognozy tych politologów, którzy wtedy, dokładnie 21 lutego 2022 r., tłumaczyli, że nie wierzą w atak Rosji na Ukrainę, argumentując, że „byłoby to szaleństwem, a Putin jest człowiekiem rozważnym”. Szczególnie zabawne jest, że mówili to w obliczu głośnych ostrzeżeń amerykańskich służb specjalnych o nieuchronności ataku.
Nie dysponowałem oczywiście żadnymi tajnymi informacjami. Po prostu przez lata uważnie obserwowałem „antyfaszystowskie” przygotowania propagandowe rosyjskich władz naśladujących swoich nauczycieli z wczesnego, średniego i późnego okresu imperium radzieckiego.
Dzisiaj chciałbym krótko przedstawić hipotezę na następujący temat: gdzie dokładnie Rosja zada kolejny cios Europie?
Wśród książek i dokumentów, które spłonęły w moim magazynie 10 września 2025 r., znajdowała się stara mapa Europy z „The National Geographic Magazine”, wydrukowana po rozpoczęciu II wojny światowej. Na mapie znajdowały się specjalne czerwone pieczątki oznaczające miejsca inwazji ZSRR — oznaczone były nimi kraje bałtyckie i Polska, ale nie było pieczątek na odcinku Besarabii. Do czerwca 1941 r. pozostawał dokładnie rok.
Dzisiaj odkryłem, że przedruk tej mapy można kupić w redakcji magazynu — dokładnie w takiej samej postaci, w jakiej była u mnie. W młodości godzinami przeglądałem ją z lupą. Pewnego dnia w 1968 r. nie mogłem nie skorzystać z twórczej metody Sherlocka Holmesa. Pomyślałem sobie następująco — zdołali zaznaczyć inwazję na kraje bałtyckie (17 czerwca 1940 r.), ale o inwazji na Besarabię (26 czerwca 1940 r.) jeszcze nie wiedzieli. Oznacza to, że mapę wydrukowano około 20 czerwca 1940 r.
I oto dzisiaj, przesuwając myszką po mapie stworzonej około 20 czerwca 1940 r., zadałem sobie pytanie — gdzie Putin najprawdopodobniej uderzy w Europę?
Nadzieja na większą wojnę
Pamiętacie takiego polityka i zbrodniarza wojennego — Adolfa Hitlera? Ten, który wraz ze Stalinem wywołał II wojnę światową w 1939 r., rozpoczął ją na dwóch frontach — wschodnim, gdzie zaatakował Polskę i Czechosłowację, oraz zachodnim, gdzie jednak w 1940 r. przegrał z Brytyjczykami.
Nie przeszkodziło mu to jednak w czerwcu 1941 r. zaatakować ZSRR, a w grudniu tego samego roku wypowiedzieć wojnę Stanom Zjednoczonym. Tysiące historyków, z których poznałem twórczość pewnie tylko tuzina, potwierdzi wam, że w tym ataku nie było widać żadnej racjonalności.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Tak samo jest z Putinem. Przegrywając swoją operację specjalną już wiosną 2022 r., zadał sobie pytanie: „czy nie można przekształcić porażki w operacji specjalnej w zwycięstwo w ogólnej wojnie?” Aby odpowiedzieć na to pytanie, Rosja kilkakrotnie prowokowała wojny w innych miejscach, gdzie „postawił stopę rosyjski żołnierz” (na przykład na Bliskim Wschodzie).
Obecnie ostatnią wewnętrzną nadzieją reżimu Putina jest to, że społeczeństwo Rosji rozgniewa się na tyle, by doprowadzić do powszechnej mobilizacji w celu rozpoczęcia większej wojny z Europą.
Ostatnią nadzieją zewnętrzną jest natomiast to, że wojna będzie musiała toczyć się na terytorium, którego ludność (tak jak to było początkowo w południowo-wschodniej Ukrainie) przynajmniej częściowo popierałaby Putina i jego „wielką Rosję”.
Potencjalny cel
Przyglądając się mapie Europy wydanej około 20 czerwca 1940 r., próbuję zrozumieć, czy na osi Morza Północnego i Morza Śródziemnego istnieje dziś takie miejsce, taki region, którego zaatakowanie, w oczach nowego rosyjskiego Adolfa Hitlera, pozwoliłoby wyrządzić maksymalną szkodę Ukrainie i całej Europie Wschodniej przy użyciu stosunkowo niewielkich zasobów i bez wywołania natychmiastowego militarnego oporu ze strony NATO.
Próbowałem maksymalnie zawęzić pole widzenia, wyobrażając sobie, gdzie dokładnie kremlowski przywódca mógłby chcieć zadać cios, wysadzając na przykład ogromne składy amunicji i wywołując wybuch porównywalny z nuklearnym. I żeby całą tę operację łatwo było przedstawić tzw. społeczności międzynarodowej jako „ukraiński akt sabotażu”.
Regionem tym, jak nietrudno się domyślić, jest Mołdawia, a zwłaszcza tamtejsza filia separatystów — Naddniestrze.
Oczywiście istnieją też inne regiony, które putinowcy mogliby w przypływie emocji uznać za obiecujący sukces — miejsce łatwe do zajęcia po „oszałamiającym uderzeniu” rosyjską bronią. Można tu wymienić Narwę lub północny Kazachstan, korytarz suwalski lub dawne radzieckie Zakaukazie. Okoliczności wymagają jednak od Kremla przedstawienia tego ataku jako prowokacji strony ukraińskiej. Rosjanie będą chcieli uderzyć tam, gdzie — w ich rozumieniu — istnieje poziom względnej lojalności lokalnej ludności wobec Federacji Rosyjskiej.
W mitologicznym obrazie świata przyszłość to tylko odzwierciedlenie przeszłości. A zwolennicy Putina są przekonani, że w przeszłości zawsze wygrywali, więc i tym razem zwycięstwo będzie nieuniknione. Stąd właśnie bierze się rozkosz, z jaką Putin niszczy młodą męską populację Federacji Rosyjskiej. Wierzy w to, że im więcej będzie ofiar, tym silniejszy będzie szacunek dla niego — nie tylko w „rosyjskim świecie”.