Kozaki to niezwykle urokliwa wieś, położona w Puszczy Solskiej, pomiędzy Józefowem a Osuchami. W czternastu zadbanych domach mieszka kilkadziesiąt osób. Przed większością z nich stoją ule. Miejscowość z każdej strony otacza las. Przez ostatni tydzień mieszkańcy byli w prawdziwym „oku cyklonu”.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Strażacy przez kilka dni bronili wsi Kozaki przed pożarem szalejącym w Puszczy Solskiej
Wtorkowego popołudnia, 5 maja, mieszkańcy Kozaków zauważyli dym. Na początku nikt nie zwrócił na to większej uwagi, bo pożary lasu czasem się tu zdarzają. Ale z minuty na minutę sytuacja stawała się coraz bardziej groźna.
— Dym pojawił się nad lasem i było go coraz więcej. Zaczęło przyjeżdżać coraz więcej straży pożarnej, policji. Pojawiły się samoloty. Zaczęło się robić coraz bardziej nerwowo — opowiada Krystian Kozak, jeden z mieszkańców.
Ludzie ze wsi z niepokojem zaczęli obserwować to, co dzieje się około kilometra od ich domów. A było coraz gorzej. Pojawili się strażacy i zaczęli ostrzegać, że być może miejscowość zostanie ewakuowana. Mówili, że ludzie muszą być na to gotowi w każdej chwili.
— Mam dwójkę małych dzieci. Strażacy poradzili, żebym je wywiozła, jeśli mam gdzie. Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy i pojechaliśmy do mojej mamy. Mąż zabezpieczał gospodarstwo. Zabrał ciągnik i wywiózł go z rodziny — opowiada pani Agnieszka.
Niestety pożar szalejący około kilometra od wsi robił się coraz większy. Ludzie z Kozaków zaczynali dostrzegać go ze swoich okien.
— Mam zdjęcia zrobione z balkonu. Na całym niebie było widać czerwone płomienie — mówi żona pana Krystiana.
— Z mojego okna dachowego widziałam łunę ognia w koronach drzew z drogą. To było bardzo blisko nas. Koszmar… — dodaje pani Agnieszka.
W międzyczasie doszło do tragicznej sytuacji. Rozbił się samolot gaśniczy Dromader. W katastrofie zginął doświadczony pilot Andrzej Gawron.
— Obserwowałem jak lata. Za którymś razem przeleciał od strony Aleksandrowa w kierunku lasu. Zawrócił i wtedy jakby coś mu się porobiło z silnikami. Zaraz potem usłyszeliśmy wybuch. Bardzo nam wszystkim żal tego pilota. Przyleciał nas bronić, a sam zginął. Szkoda człowieka — dodaje Krystian Kozak.
Złą sytuację potęgował wzmagający się wiatr, który przyspieszał rozprzestrzenianie się pożaru. Na szczęście wiał w przeciwnym kierunku, omijając wieś Kozaki.
— Dziś jest inaczej. Wieje w naszą stronę. Gdyby tak było tego wieczoru albo następnego dnia, spaliłoby nas w ciągu kilkunastu minut. Przecież do drogi, za którą szalał ogień, jest od naszych domów 1-1,5 km. Tyle drzew się spaliło, zwierzęta, rośliny ucierpiały. Ile lat to wszystko będzie się odbudowywać? To była ostoja przyrody, piękne miejsca. Ogromny żal serce ściska — mówi ze smutkiem w głosie inna z mieszkanek pani Helena, załamując ręce.
— A ile zwierząt straciło życie… Strażacy opowiadali o stadach łosi, które stały w bezruchu nie wiedząc, co ze sobą zrobić, bo drogę ucieczki odciął im ogień. Część zginęła — mówi pani Agnieszka.
Mieszkańcy Kozaków byli gotowi do ewakuacji. Ze strachu przed ogniem przez dwie noce, zamiast spać, czuwali.
Dwie noce mieszkańcy Kozaków spędzili na walizkach. Służby ratunkowe podpowiadały, że powinni być w gotowości, żeby w każdej chwili uciekać. Bo gdyby wiatr zmienił kierunek, ogień wdarłby się do wsi błyskawicznie.
— Strażacy robili wszystko, żeby ogień nie przedostał się na drugą stronę drogi 859. To była granica. Gdyby przeszedł na naszą stronę, byłoby po nas. W jednym miejscu zaczęło się palić, ale szybko to ugaszono. Strażacy to prawdziwi bohaterowie — dodaje pan Krystian.
Służby ratunkowe podpowiadały mieszkańcom, żeby przygotowali najpotrzebniejsze rzeczy i byli gotowi do ucieczki w każdej chwili. Droga odwrotu była w miarę bezpieczna, bo ze wsi można się wydostać z drugiej strony szutrową dróżką, drewnianym mostkiem zbudowanym przez mieszkańców na rzece Szum. Niestety ta przeprawa, ku rozpaczy ludzi ze wsi ma zostać niedługo zlikwidowana, bo nie zgadza się na nią jeden z mieszkańców. Tylko którędy ludzie będą uciekać, kiedy pojawi się podobne niebezpieczeństwo?
— To dwa dni były przerażające. Byliśmy w sercu pożaru. Śmigłowce latały jeden za drugim. Dym był coraz większy. Cały czas patrzyliśmy czy wiatr nie zmienia kierunku i zaczyna wiać w naszą stronę. Bardzo się baliśmy — dodaje żona pana Krystiana.
— Te dni to była ogromna trauma. Strasznie się stresowaliśmy. Ogień był bardzo blisko nas. Byliśmy spakowani, bo gdyby wiatr powiał od wschodu, nasza wieś by się spaliła. Wielki stres. Bardzo nam szkoda pilota, który zginął. Poświęcił życie, żeby nas ratować, nasze budynki, gospodarstwa — mówi pani Teodora, mieszkanka Kozaków.
Życie we wsi powolutku wraca do normalności. Ciągle są kłopoty z dojazdem, dróg pilnuje policja oraz straż leśna. Ciągle na miejscu pracuje także straż pożarna, która dogasza tlące się torfowiska. Mieszkańcy Kozaków będą pamiętać o koszmarnym tygodniu latami. Jednak wszyscy jak jeden mąż podkreślają, że są niezmiernie wdzięczni strażakom, policjantom, leśnikom i żołnierzom, którzy ocalili ich wieś przed spaleniem.
— Ci wszyscy ludzie to prawdziwi bohaterowie — mówią mieszkańcy Kozaków.
Strażacy pokazali zdjęcie po pożarze puszczy. Jedno szczególne drzewo ocalało
Siedem helikopterów pod kościołem. Proboszcz z Józefowa o skali pożaru