Powrót Wojskowej Akademii Medycznej do Łodzi można sprzedać ładnym obrazkiem: tradycja, mundur, bezpieczeństwo, medycyna pola walki, wnioski z wojny na Ukrainie. Można przypomnieć, że dawna WAM została zlikwidowana w 2002 roku, a dziś, po ponad dwóch dekadach, państwo próbuje odtworzyć to, co wcześniej samo rozmontowało. Można też powiedzieć rzecz najbardziej oczywistą: Polska rzeczywiście potrzebuje wojskowych lekarzy, ratowników, pielęgniarek, farmaceutów i specjalistów od medycyny taktycznej.


Tyle że w tej sprawie najważniejsze nie jest samo głośne hasło „WAM wraca”. Najważniejsze jest pytanie: Jaka WAM wraca, wojskowa czy tylko nazwana wojskową?


Czytaj też:
Polskie służby bezpieczeństwa idą śladami Chin i Rosji. Ustawa otwiera drogę do odrodzenia „bezpieki”?

Wojskowa z nazwy, międzyresortowa w praktyce. Szyld MON, kliniki MSWiA


Rządowy projekt zakłada utworzenie Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi od 1 lipca 2026 roku. Formalnie ma to być wojskowa uczelnia publiczna, nadzorowana przez ministra obrony narodowej. Ma kształcić kadry medyczne dla Sił Zbrojnych RP (lekarzy, lekarzy dentystów, pielęgniarki, położne, ratowników medycznych, farmaceutów i fizjoterapeutów). Brzmi logicznie. Brzmi potrzebnie. Brzmi jak odpowiedź na faktyczny kryzys.


Ale diabeł tkwi nie w nazwie uczelni, tylko w jej konstrukcji. Projekt przewiduje, że Akademia będzie korzystać nie tylko z własnego mienia i kadr, lecz także z zasobów innych uczelni i podmiotów systemu szkolnictwa wyższego. W praktyce oznacza to model rozproszony, zależny od porozumień, cudzych klinik, cudzych profesorów i cudzych struktur.


A jeszcze bardziej niepokojący jest kontekst szpitalny. Według informacji podanych przy podpisywaniu listów intencyjnych, MON ma przejąć szpital im. Pirogowa w Łodzi, ale główną placówką dla WAM ma być szpital MSWiA w Warszawie, a Pirogowa ma jedynie uzupełniać potrzeby dydaktyczne i organizacyjne. Innymi słowy, szyld będzie wojskowy, sentyment będzie łódzki, ale realny ciężar kliniczny ma zostać przeniesiony do struktur MSWiA.


I tu zaczyna się problem, którego nie wolno przykryć banałem o „współpracy resortów”.


Bo Wojskowa Akademia Medyczna nie jest zwykłą uczelnią. Nie jest kolejnym kierunkiem lekarskim otwieranym po to, żeby poprawić statystyki. To ma być instytucja strategiczna, produkująca kadry dla armii, dla pola walki, dla systemu ewakuacji rannych, dla zabezpieczenia działań bojowych i kryzysowych. Jeżeli taka instytucja zostanie oparta na strukturach MSWiA, to pytanie nie brzmi już tylko: „gdzie będą się uczyć studenci?”. Pytanie brzmi: Czy pod hasłem odbudowy WAM nie powstaje wojskowa medycyna, nad którą zwierzchnik Sił Zbrojnych będzie miał jedynie pośredni, ograniczony wpływ?


Konstytucja mówi jasno: prezydent Rzeczypospolitej jest najwyższym zwierzchnikiem Sił Zbrojnych. W czasie pokoju sprawuje to zwierzchnictwo za pośrednictwem ministra obrony narodowej. Kompetencje prezydenta w obszarze bezpieczeństwa i obronności obejmują m.in. zatwierdzanie głównych planów użycia Sił Zbrojnych i organizacji wojennego systemu dowodzenia.


I oczywiście, ustawa o WAM nie odbiera prezydentowi tych kompetencji wprost. Nikt nie wpisuje do projektu zdania: „prezydent traci wpływ na wojskową służbę zdrowia”. Takie rzeczy robi się subtelniej. Kompetencje można osłabić nie tylko przez ich formalne wykreślenie, ale także przez stworzenie systemu, w którym kluczowe zasoby wojskowe powstają na styku resortów, w oparciu o zaplecze, na które prezydent ma ograniczony wpływ.


I właśnie dlatego ta ustawa powinna trafić na biurko prezydenta Nawrockiego nie jako techniczny projekt edukacyjny, lecz jako sprawa ustrojowa.


Jeżeli medycyna pola walki jest częścią zdolności obronnych państwa, to jej organizacja nie może być półwojskowa, półresortowa i półcywilna. Nie może wyglądać tak, że MON daje nazwę, MSWiA daje kliniki, Łódź daje tradycję, a opinia publiczna ma uwierzyć, że z tej mieszanki automatycznie powstanie nowoczesna wojskowa akademia medyczna.

WAM bez odpowiedniego zaplecza


Tym bardziej, że sam projekt przyznaje, jak głęboki jest kryzys. W ocenie skutków regulacji wskazano, że braki kadrowe w wojskowej służbie zdrowia sięgają 40–60 procent, a największe deficyty dotyczą chirurgii urazowej, anestezjologii, intensywnej terapii i medycyny ratunkowej, czyli dokładnie tych dziedzin, które decydują o przeżyciu rannych żołnierzy. I jeżeli WAM ma być odpowiedzią na ten kryzys, musi mieć własny kręgosłup kliniczny: SOR, chirurgię, ortopedię, traumatologię, anestezjologię, intensywną terapię, medycynę ratunkową. Bez tego będzie akademią z nazwy, a nie instytucją zdolną odbudować realne zdolności armii.


Dlatego przejęcie szpitala Pirogowa rodzi pytanie podstawowe: Czy Pirogowa ma być prawdziwym klinicznym kręgosłupem nowej WAM, czy tylko lokalizacyjnym alibi dla decyzji podjętej wcześniej na poziomie politycznym?Jeżeli placówka nie ma pełnego profilu klinicznego potrzebnego do szkolenia lekarzy wojskowych, to nie wystarczy ogłosić jej częścią WAM. Trzeba powiedzieć, jakie oddziały powstaną, jakie zostaną wzmocnione, kto będzie tam operował, kto będzie szkolił, kto będzie odpowiadał za gotowość kryzysową i ile to naprawdę będzie kosztowało.


Bo obecna konstrukcja wygląda tak, jakby państwo chciało odbudować legendę, ale bez odbudowania jej instytucjonalnej siły.

Nawrocki zawetuje powstanie WAM?


Najbardziej niebezpieczny jest jednak wariant polityczny. WAM jako furtka do stworzenia zaplecza medyczno-dydaktycznego dla szerzej rozumianego aparatu bezpieczeństwa państwa, nie tylko dla wojska. Jeżeli uczelnia wojskowa zaczyna realnie opierać się na kadrach i klinikach MSWiA, jeżeli pojawiają się pomysły kształcenia także pod potrzeby służb wewnętrznych, jeżeli do tego dochodzą kierunki administracyjne czy społeczne, to trzeba nazwać ryzyko po imieniu: czy tworzymy akademię wojskową, czy akademię resortów siłowych?


Wojsko podlega innemu porządkowi konstytucyjnemu niż służby wewnętrzne. Prezydent jest zwierzchnikiem Sił Zbrojnych, ale nie jest zwierzchnikiem MSWiA. Jeżeli więc strategiczne kompetencje wojskowej medycyny będą praktycznie budowane w oparciu o struktury, które nie znajdują pod zwierzchnictwem prezydenta, powstaje szara strefa odpowiedzialności.


Kto będzie decydował o priorytetach WAM: MON, MSWiA, rektor-komendant, dyrekcja szpitala, premier, minister zdrowia, a może układ porozumień między instytucjami? Kto będzie miał wpływ na program, kadry, praktyki kliniczne, specjalizacje i wykorzystanie zasobów w kryzysie? Czy Biuro Bezpieczeństwa Narodowego będzie miało realny wgląd w tworzenie tej struktury? Czy prezydent otrzyma gwarancję, że wojskowa medycyna nie zostanie wyprowadzona z wojska przez boczne drzwi?


Dlatego prezydent Nawrocki nie powinien podpisywać tej ustawy w ciemno. Jeżeli projekt nie gwarantuje jednoznacznie wojskowego charakteru WAM, realnej bazy klinicznej pod kontrolą MON, przejrzystych zasad współpracy z MSWiA i zabezpieczenia konstytucyjnej roli prezydenta jako zwierzchnika Sił Zbrojnych, weto nie byłoby awanturą polityczną. Byłoby ostrzeżeniem.


I być może właśnie po to jest prezydenckie weto, nie po to, by blokować potrzebne reformy, ale by zatrzymać te, które pod słusznym hasłem mogą tworzyć niebezpieczny precedens.


Prezydent powinien postawić warunek, najpierw jasny model zwierzchnictwa, odpowiedzialności i zaplecza klinicznego, potem podpis.


Jeżeli tych gwarancji nie ma, pytanie nie brzmi, czy Nawrocki może zawetować ustawę o WAM. Pytanie brzmi: czy jako zwierzchnik Sił Zbrojnych może jej nie zawetować?


Czytaj też:
Bez tych szpitali wojsko nie da rady. „To one przesądzą o zdolności leczenia”Czytaj też:
Polska armia na krawędzi kryzysu kadrowego. Wojskowi medycy biją na alarm