Kluczowym wyzwaniem dla strony rządowej nie są dziś jednak te dwa punkty procentowe więcej, ale optymalizacja list, bo to może zadecydować, kto utworzy rząd po wyborach w 2027 r.

Jak by to miało wyglądać?

— Nie ma łatwej odpowiedzi, można wręcz powiedzieć, że strona rządowa stoi trochę przed zadaniem rozwiązania wyborczej kwadratury koła. Musi znaleźć formułę, która z jednej strony nie pozwoli zmarnować się obecnemu poparciu PSL (to w kwietniu 3-3,5 proc.), a z drugiej — zagwarantuje maksymalne przełożenie poparcia lewicy, dziś rozproszonej na dwóch listach, na mandaty w przyszłym Sejmie.

Może koalicja powinna po prostu pójść na jednej liście?

Jak pamiętamy z 2019 i 2023 r., sama dyskusja na ten temat wyzwala wielkie, nie zawsze dobre emocje, otwiera polityczną puszkę Pandory. Nie byłbym dziś zwolennikiem jednej listy z dwóch powodów.

Po pierwsze, trzeba, używając politologicznego języka, odróżnić efekt matematyczny jednej listy od efektu behawioralnego. To znaczy, nawet jeśli matematycznie jedna lista wydaje się najlepszą formułą, to w praktyce zawsze będzie oznaczać jakąś utratę poparcia w porównaniu ze zsumowanym poparciem tworzących ją partii.

Mamy np. bardzo konserwatywnych wyborców PSL, którym trudno będzie zaakceptować start z jednej listy z KO, o Nowej Lewicy nie wspominając. PSL ma tu zresztą traumę z wyborów europejskich z 2019 r., gdy PiS skutecznie uruchomiło narrację o „tęczowym Władku”. Z drugiej strony mamy bardzo progresywnych wyborców lewicy, których start lewicowych kandydatów z jednej rządowej listy może albo zdemobilizować, albo pchnąć do głosowania na Razem, gdyby wystartowało samodzielnie.

W 2023 r. trzy listy dawały wyborcom opozycji możliwość zagłosowania na opcję najbliższą im światopoglądowo, co ułatwiło ich maksymalną mobilizację. I warto też pamiętać o tym doświadczeniu, nawet jeśli dziś nie da się go już powtórzyć ze względu na załamanie się poparcia formacji tworzących Trzecią Drogę.

Mimo tych strat jedna lista na pewno by się nie opłaciła?

— Opłaciłaby się, gdyby strona rządowa miała większą przewagę nad połączoną prawicową opozycją. Na przykład gdyby partie tworzące rząd miały w sumie 55 proc., a prawicowa opozycja 45 proc. — wtedy warto by pójść na jednej liście nawet z założeniem, że zbierze ona 2-3 pkt proc. mniej, niż zdobyłyby rządowe partie, startując osobno.

Tymczasem dziś, jak pokazała druga tura wyborów prezydenckich, podział jest mniej więcej pół na pół — z lekką przewagą prawicowej opozycji. Do tego między blokami mamy jeszcze partię Razem, która mocno dystansuje się od dwubiegunowego podziału, i nie wiadomo, czy w przyszłym Sejmie, gdyby się w nim znalazła, będzie skłonna z kimkolwiek utworzyć rząd. To jest drugi powód mojego sceptycyzmu wobec jednej listy.

A przykład węgierski?

— Nie do końca pasuje do polskiego kontekstu. Tam opozycja nie tyle się zjednoczyła, ile została w całości zdominowana przez Tiszę. Wybory były referendum nad rządami Orbána, który rządził już cztery kadencje. Cztery lata wcześniej, gdy mieliśmy naprawdę koalicyjną jedną listę całej węgierskiej opozycji, ta formuła nie zadziałała, Fidesz utrzymał się przy władzy.

Czy problemów, o których pan mówi, nie można by rozwiązać, budując wspólną listę w prawdziwie koalicyjnej formule, z poszanowaniem autonomii tworzących ją podmiotów, podkreślając w kampanii, że utworzą osobne kluby itd.?

— To w teorii dobre rozwiązanie, tylko w praktyce bardzo trudno je wprowadzić. Największy w takiej koalicji, czyli KO, musiałby nałożyć sobie bardzo mocne samoograniczenia w traktowaniu partnerów. To się udało np. w przypadku koalicji Lewicy i Demokratów w 2007 r., ale to jeden z niewielu takich przypadków w polskiej polityce. Koalicji Europejskiej zawiązanej na wybory do Parlamentu Europejskiego w 2019 r. trudno było z kolei wyzwolić pozytywną energię. Brakowało koordynacji i zaangażowania, bo nikt do końca się z tym bytem nie identyfikował. Kampania przed wyborami w 2027 r. będzie bardzo trudna, brutalna i wymagająca doskonałej organizacji, nie będzie w niej miejsca na zawahanie i słabą koordynację. Mamy poza tym kwestię wizerunku teoretycznej jednej listy. Ona nie może być postrzegana jako oparty na strachu sojusz defensywny, niechciane mniejsze zło, ale jako atrakcyjna, ofensywna propozycja. Mamy więc dość dużo często sprzecznych ze sobą warunków do spełnienia — szeroka autonomia, doskonała koordynacja, mobilizujący wizerunek.

Jak w takim razie optymalizować listy?

— Kluczowe pytanie brzmi: co robić z PSL? Czy i jak „ratować” tę partię? Jakimś pomysłem mogłaby być formuła EPP+ — czyli wspólnej listy KO i PSL, jako dwóch partii Europejskiej Partii Ludowej. Tylko znów wracamy tu do problemu konserwatywnych wyborców PSL, którzy mogą nie zaakceptować porozumienia z partią, którą postrzegają jako bardzo progresywną. PSL ma zawsze większe poparcie w wyborach lokalnych niż parlamentarnych, bo jak można przypuszczać, część jego wyborców w wyborach do Sejmu głosuje na PiS — w przypadku formuły EPP+ ta liczba może się jeszcze zwiększyć.

Można też pomyśleć o formule pozwalającej PSL przekroczyć samodzielnie próg razem z jakimś koalicjantem — np. samorządowcami albo z jednym z klubów, które powstały z rozpadu Polski 2050. To będzie jednak ruletka, 50 na 50, że się nie uda. A jeśli PSL zdobędzie np. 4,5 proc. i nie wejdzie do Sejmu, to właśnie tych 4,5 proc. może brakować KO i lewicy do większości. Tak więc jak mówiłem, to trochę kwadratura koła.

Gdzie w tej kalkulacji mieszczą się Polska 2050 i powstały w wyniku jej rozłamu klub Centrum?

— To dziś formacje, które mają istotne udziały w koalicji, w sumie 30 posłów, ale ich poparcie jest praktycznie nieistniejące. Elektorat, który w 2023 r. zmobilizował Szymon Hołownia, jest dziś albo w KO, albo w Konfederacji Wolność i Niepodległość. Patrząc, gdzie Mentzen miał najlepsze poparcie w pierwszej turze i jak to korespondowało z poparciem dla Trzeciej Drogi w 2023 r., można przypuszczać, że dzięki kampanii Mentzena spora część elektoratu Trzeciej Drogi lub wyborców niegłosujących o profilu zbliżonym do profilu elektoratu TD z 2023 r. przeszła do Konfederacji i odpowiada za jej obecne dobre sondażowe notowania.

Zatem jakakolwiek próba budowy czegoś samodzielnego przez Polskę 2050 byłaby politycznym samobójstwem. Partia musi szukać dla siebie miejsca w jakiejś koalicyjnej formule. Mówi się nawet o tym, że Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz mogłaby coś budować wspólnie z Razem, tylko paradoksalnie dziś to Razem byłoby ratunkiem dla Polski 2050, a nie na odwrót.

Co z lewą stroną?

— Nowa Lewica jest w o tyle lepszej sytuacji niż PSL, że w zasadzie w każdym sondażu przekracza próg. Zapas wynosi jednak około 2 pkt proc., a to nie jest tak dużo, zwłaszcza że lewica była raczej sondażowo przeszacowywana. Oprócz tego mamy partię Razem, która dziś ma około 3,5-4 proc. poparcia i w kwietniu odnotowuje wzrostowy trend.

Matematycznie byłoby najlepiej, gdyby lewica poszła na jednej liście, ale politycznie wydaje mi się to coraz mniej prawdopodobne. Mam wrażenie, że lewica zupełnie zapomniała lekcję z 2015 r., gdy wystartowała na dwóch listach, z których żadna nie przekroczyła progu. Partia Razem bardzo zasmakowała niezależności i trudno byłoby jej teraz budować porozumienie z Nową Lewicą, na krytyce jej działań w rządzie bardzo silnie buduje przecież swoją tożsamość.

Może obie lewice, startując osobno, zmaksymalizują poparcie i obie przekroczą próg?

Może się tak zdarzyć. Pytanie, czy jeśli od Razem będzie zależeć większość, to wejdzie tym razem do rządu zbudowanego wokół KO, a jeśli wejdzie, to jak stabilnym będzie koalicjantem. Można też matematycznie sobie wyobrazić, że nawet jeśli nie wejdą Razem i PSL, to KO i Nowa Lewica zdobędą w sumie więcej niż 230 mandatów, tak jak to sugeruje np. sondaż IBRiS dla „Rzeczpospolitej” z 29 kwietnia. Ale każdy wariant bez jakiejś formy optymalizacji list będzie bardzo ryzykowny dla obecnej koalicji — zwłaszcza że dziś naprawdę nie można wykluczyć tego, że do przyszłego Sejmu wejdą tylko cztery komitety: KO, PiS, Konfederacja Wolność i Niepodległość oraz Konfederacja Korony Polskiej.

A dla prawicy trzy listy są optymalne?

— Tak, prawica jest w dużo lepszej sytuacji, wiele wskazuje, że wszystkie te listy przekroczą próg. Starszy elektorat jest przyzwyczajony do prawicy całkowicie zdominowanej przez PiS i osobiście przez Jarosława Kaczyńskiego. Widzimy jednak z badań, że PiS ma wielki problem z docieraniem do młodego elektoratu i trzy listy prawicy oddają to, jak elektorat po prawej stronie dziś realnie wygląda.

Byłoby miejsce dla czwartej listy Morawieckiego?

— Czwarta lista znacznie zwiększa prawdopodobieństwo, że któraś z nich nie przekroczyłaby progu — w pierwszym sondażu potencjalna partia Morawieckiego znalazła się na granicy. A to z kolei oznaczałoby najpewniej dalsze rządy Tuska.

Dlatego nie wierzę w narrację, że Kaczyński i Morawiecki planują celowo rozłam, by Morawiecki zrobił sojusz z PSL i Pełczyńską-Nałęcz, aby potem utworzyć z nimi koalicję. Moim zdaniem takie akcje, jak wspólne debaty z Kosiniakiem-Kamyszem czy pogłoski o nowej inicjatywie razem z PSL, służą Morawieckiemu wyłącznie do wewnętrznych rozgrywek w PiS. Wbrew pozorom były premier wcale nie jest centrystą i jego ambicją jest walka o zdobycie przywództwa w PiS.

Na drodze Kaczyńskiego do władzy nie stanie konieczność ułożenia się z Braunem?

— Nie sądzę, by to mu przeszkadzało. Zapewnienia, że tej koalicji nie będzie, wynikają z logiki wyborczej albo relacji z sojusznikami w Waszyngtonie. PiS pewnie nie chciałoby Brauna w rządzie, ale możliwe są też takie formuły, jak wspierany przez prezydenta rząd mniejszościowy z poparciem Brauna za określone ustępstwa. Choć oczywiście taki układ mógłby być mało stabilny.

A można sobie wyobrazić, że w razie czego KO porozumie się z Konfederacją Wolność i Niepodległość albo jej częścią?

— W drugiej turze wyborów prezydenckich zarysował się bardzo jasny, dwubiegunowy podział polskiego elektoratu. Wyborcy Mentzena i Brauna prawie w całości poparli Nawrockiego, tak samo jak elektoraty kandydatów liberalnych i lewicowych Trzaskowskiego. Nawet elektorat Zandberga według niektórych szacunków w ponad 90 proc. zagłosował na Trzaskowskiego. Więc nie sądzę, by w przyszłym Sejmie doszło do przełamania tego podziału w jakąkolwiek stronę. Nawet jeśli Mentzen rozważałby taką opcję, opór w jego środowisku jest moim zdaniem nie do przełamania, co zresztą widać było wyraźnie między pierwszą a drugą turą wyborów prezydenckich. W decydującym momencie Mentzen, czy mu się to podoba, czy nie, nie nawiąże żadnej koalicji z KO, a postrzegany bardzo pozytywnie w elektoracie Konfederacji prezydent Nawrocki będzie pomostem na prawo.

Obie główne partie mogą więc mieć problemy ze zbudowaniem stabilnej większości, obie też mają coraz starszy elektorat. To doprowadzi w końcu do istotnych zmian w naszym systemie partyjnym?

— Obie główne partie są też silnie spersonalizowane, a ich liderzy nie stają się młodsi — co widać zwłaszcza w przypadku Jarosława Kaczyńskiego. Mam wrażenie, że to, co dzieje się po prawej stronie, łącznie z podziałem prawicy, jest tak naprawdę pierwszym etapem długiej wojny sukcesyjnej, która ułoży prawą część sceny na czasy po Kaczyńskim. Coś podobnego będzie też czekać stronę dziś zdominowaną przez KO.

Warto przy tym pamiętać, że polski system partyjny dzieli problemy innych. Także dojrzałe demokracje mierzą się ze wzrostami popularności radykalnej prawicy — pierwsze miejsce w sondażach zajmuje Alternatywa dla Niemiec, we Francji faworytem w wyborach prezydenckich jest Jordan Bardella ze Zjednoczenia Narodowego. W Wielkiej Brytanii, gdzie przez ostatnie 100 lat dominowały Partia Konserwatywna i Partia Pracy, dziś w sondażach prowadzą partia Reform UK Nigela Farage’a i Zieloni.

Nie jesteśmy więc wyjątkowi. Różnica polega na tym, że w dojrzałych demokracjach Europy Zachodniej ciągle działają jeszcze kordony sanitarne wokół ugrupowań o tendencjach autorytarnych — choć i to staje się coraz mniej pewne.