„Wolę, by Piłsudski objął władzę choćby i na 10 lat, niż żeby na 100 lat Polskę zagarnęły Sowiety” – miał powiedzieć 14 maja 1926 r. Stanisław Wojciechowski, rezygnując z urzędu prezydenta.
12 maja minie setna rocznica wojskowego zamachu stanu, który doprowadził w Polsce do stopniowej likwidacji demokracji parlamentarnej. Dyktatura sanacyjna należała do najłagodniejszych reżimów w ówczesnej, w większości autorytarnej bądź totalitarnej, Europie.
Czy jednak rządy Piłsudskiego zapewniły Polsce osiągnięcia, dla których warto było poświęcić w maju 1926 r. życie blisko 400 ludzi i zaryzykować możliwość rozpadu państwa?
Piłsudski, pozostający od początku XX wieku w ostrym konflikcie z Narodową Demokracją, nie mógł się pogodzić ze stopniowym przejmowaniem przez jej polityków władzy nad Polską po tym, jak w 1922 r. zakończyła się jego misja w roli Naczelnika Państwa.
Wyłoniony wówczas Sejm był wprawdzie mocno rozdrobniony, ale najsilniejszą pozycję mieli w nim właśnie endecy. Z pomocą najsilniejszej partii chłopskiej – PSL „Piast” Wincentego Witosa – po raz pierwszy sięgnęli po władzę w 1923 r.
Jednak ich rządy zakończyły się już po kilku miesiącach, gdy w Krakowie i kilku innych miastach doszło do protestów społecznych, krwawo stłumionych przez wojsko. Ich przyczyną był głęboki kryzys gospodarczy, potęgowany przez szalejącą hiperinflację.
Tworzący się dopiero aparat młodego państwa nie był w stanie stworzyć skutecznego systemu podatkowego, wobec czego kolejne rządy ratowały się emisją coraz większej ilości pustego pieniądza, czyli tzw. marki polskiej.
Kres hiperinflacji położyła dopiero przeprowadzona w 1924 r. przez rząd Władysława Grabskiego reforma walutowa, w rezultacie której pojawił się świetnie nam znany polski złoty.
Jednak stopniowej poprawie sytuacji gospodarczej nie towarzyszyła stabilizacja sytuacji politycznej. Jesienią 1925 r. Grabski był zmuszony podać się do dymisji, a jego miejsce zajął oparty na szerokiej koalicji – od endeków po socjalistów – rząd Aleksandra Skrzyńskiego.
Dla głównych graczy politycznych było oczywiste, że będzie on miał charakter przejściowy, a po jego upadku dojść musi do przesilenia.
Mało kto jednak wówczas uważał, że przesilenie powinno polegać na zorganizowaniu przedterminowych wyborów parlamentarnych, opartych na nowej ordynacji wyborczej, która zredukowałaby liczbę ugrupowań obecnych w Sejmie, ułatwiając stabilizację władzy wykonawczej.
Taki scenariusz udało się zrealizować w latach 1991-93 już w III Rzeczpospolitej. W II RP górę wzięły polityczne emocje i żądza odwetu.
Piłsudski, choć formalnie nie stał na czele żadnej partii, dysponował w rządzie Skrzyńskiego kilkoma oddanymi sobie ministrami. Najważniejsi okazali się dwaj: minister spraw wewnętrznych Władysław Raczkiewicz oraz spraw wojskowych gen. Lucjan Żeligowski.
Ten ostatni zasłynął już kilka lat wcześniej rzekomym „buntem”, a w rzeczywistości wykonaniem tajnego rozkazu Piłsudskiego, na mocy którego dowodzona przez niego dywizja odbiła w październiku 1920 r. z rąk Litwinów Wileńszczyznę, tworząc rzekomo niezależne państewko tzw. Litwę Środkową.
Po dwóch latach terytorium to zostało decyzją Sejmu inkorporowane do Rzeczypospolitej, z czym Litwini nigdy się nie pogodzili.
Nominację ministerialną dla Żeligowskiego Piłsudski wymusił na prezydencie Stanisławie Wojciechowskim, swoim starym przyjacielu z czasów PPS-owskiej konspiracji, z którym pod koniec XIX w. szmuglował nielegalną literaturę z Galicji do zaboru rosyjskiego.
Dobrze to oddawało przemożny wpływ Piłsudskiego na ówczesną scenę polityczną, choć formalnie od 1923 r. pozostawał na emeryturze i zajmował się w podarowanym mu przez zwolenników dworku w Sulejówku pracą pisarską.
To właśnie przed tym dworkiem doszło 15 listopada 1925 r. do manifestacji, podczas której generał Gustaw Orlicz-Dreszer wypowiedział znamienne słowa: „Niesiemy ci nie tylko wdzięczne serca, ale i pewne w zwycięstwach zaprawione szable”.
Na pamiątkowym zdjęciu wykonanym z tej okazji widać jedynie kilkudziesięciu oficerów, ale w rzeczywistości miało ich być kilkuset. Wśród nich stał tuż przy Piłsudskim, po jego prawej stronie, minister Żeligowski.

Przedstawiciele armii w dniu imienin Piłsudskiego przed jego dworkiem w Sulejówku, 1925 rok / Wikimedia Commonsdomena publiczna
To, że listopadowa manifestacja nie wywołała politycznego trzęsienia ziemi, do którego wstępem powinna być dymisja Żeligowskiego, dobrze ilustruje, jak bardzo ówczesne realia dotyczące relacji między wojskiem a polityką różnią się od współczesnych.
W tym czasie nie tylko rzeczą niewyobrażalną było, aby to osoba cywilna stała na czele wojska w roli ministra spraw wojskowych, ale nawet by wojskowi unikali tak jednoznacznego demonstrowania swoich politycznych sympatii.
Gdy w kilka miesięcy później, w kwietniu 1926 r., rząd Skrzyńskiego upadł za sprawą socjalistów niezgadzających się na oszczędności budżetowe, prezydent Wojciechowski zgodził się, by zaproponować powierzenie misji tworzenia nowego rządu… Piłsudskiemu.
Z taką propozycją udał się do marszałka szef klubu parlamentarnego PPS Zygmunt Marek.
W odpowiedzi miał usłyszeć: „Moje zdrowie jest zniszczone. Jestem chory, bardzo chory, nie mogę uczynić tego, czego wy ode mnie chcecie, ja pragnę tylko spokoju, mam dość polityki, to wszystko, o czym mówicie, nie jest mi w głowie”.
Oczywiście Piłsudski odegrał przed Markiem przedstawienie, bo nie zamierzał zajmować się mozolnym kleceniem sejmowej większości.
Kontrolując większość armii, potrzebował jedynie pretekstu do planowanego od dawna uderzenia. Dostarczył mu go w kilka dni później prezydent Wojciechowski, powierzając misję tworzenia nowego rządu Witosowi, który – podobnie jak trzy lata wcześniej – zamierzał powrócić do władzy w sojuszu z endecją.
Piłsudski odpowiedział na to zgromadzeniem kilku tysięcy żołnierzy w okolicach Rembertowa, na czele których ruszył 12 maja w kierunku centrum Warszawy.
Doszło wówczas do dramatycznej rozmowy Piłsudskiego z Wojciechowskim na moście Poniatowskiego, którą następująco później relacjonował sam prezydent:
„Nadjechało auto z Piłsudskim i paru oficerami. Zbliżył się on sam do mnie, powitałem go słowami:
– Stoję na straży honoru wojska polskiego – co widocznie wzburzyło go, gdyż uchwycił mnie za rękaw i zduszonym głosem powiedział:
– No, no! Tylko nie w ten sposób.
– Strząsnąłem jego rękę i nie dopuszczając do dyskusji:
– Reprezentuję tutaj Polskę, żądam dochodzenia swych pretensji na drodze legalnej, kategorycznej odpowiedzi na odezwę rządu.
– Dla mnie droga legalna zamknięta – wyminął mnie i skierował się do stojącego kilka kroków za mną szeregu żołnierzy. Zrozumiałem to jako chęć buntowania żołnierzy przeciwko rządowi w mojej obecności, dlatego idąc wzdłuż szeregu do swego samochodu zawołałem:
– Żołnierze, spełnijcie swój obowiązek”.
Piłsudski przeliczył się, wierząc, że wszyscy oficerowie i żołnierze staną po jego stronie. W lewobrzeżnej części Warszawy rozpoczęły się po tej rozmowie trwające dwa dni walki z udziałem kilku tysięcy żołnierzy po każdej ze stron, przy czym od początku wojska popierające Piłsudskiego miały blisko czterokrotną przewagę liczebną.
Dowodził nimi gen. Orlicz-Dreszer, ponieważ marszałek doznał załamania nerwowego, gdy zorientował się, że zamiast planowanej demonstracji wojskowej doprowadził do rozpoczęcia wojny domowej.
Na szczęście wojna domowa była krótka i ograniczyła się wyłącznie do centrum Warszawy. Nie zmienia to faktu, że w trakcie walk zginęło 215 żołnierzy i 164 cywilów.
Mogło ich być jednak znacznie więcej, gdyby prezydent Wojciechowski oraz premier Witos posłuchali rady generałów dowodzących oddziałami rządowymi z Tadeuszem Rozwadowskim na czele i przenieśli się do Poznania, gdzie stacjonowały pułki niechętne Piłsudskiemu.
Wówczas zrealizowałby się scenariusz długotrwałej wojny domowej. Wojny, której konsekwencją mógł być rozpad państwa, z trudem zlepionego przed zaledwie kilku laty z trzech bardzo różnych obszarów.
Obrońcy Piłsudskiego argumentują, że zamach stanu został „zalegalizowany” przez Sejm, który pod koniec maja wybrał Piłsudskiego na prezydenta, a gdy ten wyboru nie przyjął, pokornie wybrał na ten urząd wskazanego przez niego prof. Ignacego Mościckiego.
Prawda jest jednak taka, że gdyby posłowie przeciwstawili się wówczas Piłsudskiemu, to spotkałoby ich to, co ostatecznie nastąpiło dopiero cztery lata później, gdy marszałek zmęczył się już ostatecznie grą z parlamentem i nakazał aresztowanie liderów opozycji, którzy wylądowali w twierdzy brzeskiej.
Przejmując władzę, Piłsudski i jego ludzie poddali niezwykle ostrej, ale na ogół trafnej krytyce niewydolny system rządów oparty na konstytucji marcowej. Dyktatura Piłsudskiego nie rozwiązała jednak żadnego z wielkich problemów II RP.
Sanatorom nie udało się przekonać do Polski większości Ukraińców ani też powstrzymać narastającej w latach 30. fali antysemityzmu. Mimo kontynuowania zapoczątkowanej przed przewrotem majowym reformy rolnej jej tempo wyraźnie spadło i nie doprowadziła ona do znaczącego zaspokojenia chłopskiego głodu ziemi.
Piłsudski zapytany o ten problem odpowiadał lekceważąco: „Ach, nasz chłop cierpliwy, reforma rolna to rzecz nieważna, to rzecz bez znaczenia, może długo czekać”.
Polityka gospodarcza piłsudczyków stawała się coraz bardziej etatystyczna, a zbudowany ogromnym wysiłkiem budżetu państwa Centralny Okręg Przemysłowy nie spełnił pokładanych w nim nadziei.
Mimo konsolidacji władzy wykonawczej i wydawania ogromnych środków na wojsko – była to w latach II RP największa pozycja w budżecie państwa – nie udało się zapobiec klęsce wrześniowej.
Patrząc na dzieje III RP przez pryzmat zamachu majowego, można – o co na co dzień słuchając politycznych awantur niezwykle trudno – z większym optymizmem patrzeć na obecny stan polskiej demokracji i kultury politycznej.
Jeśli uda się nadal utrzymać zasadę odseparowania armii od bieżącej walki politycznej, zachowując nad nią cywilną kontrolę, to w dającej się przewidzieć przyszłości nie grozi nam rozstrzyganie sporów politycznych z udziałem wojska. Tylko tyle i aż tyle.
Co dalej z programem „CPN”? Domański w „Graffiti”: Jesteśmy elastyczniPolsat News
Masz sugestie, uwagi albo widzisz błąd? Napisz do nas
