Miesiąc po rozpoczęciu zawieszenia broni między USA, Izraelem i Iranem Binjamin Netanjahu udzielił swojego pierwszego dużego wywiadu. W niedzielę izraelski premier był gościem programu „60 Minut” amerykańskiej stacji CBS. Wojna z irańskim reżimem „jeszcze się nie skończyła” — powiedział Netanjahu. Ogłosił również, że nawet w przypadku długoterminowego porozumienia o zawieszeniu broni z Teheranem Izrael będzie nadal walczył z Hezbollahem.

Rosnące niezadowolenie w kraju zbiega się z rozpoczęciem odliczania do kolejnych wyborów do izraelskiego parlamentu, Knesetu. Podczas jesiennych wyborów Netanjahu może stracić stanowisko. Od czasu niszczycielskiego ataku Hamasu na Izrael dwa i pół roku temu ani jego partia Likud, ani jego częściowo skrajnie prawicowa koalicja nie osiągają w sondażach wyborczych wystarczającej liczby głosów, aby uzyskać stabilną większość co najmniej 61 ze 120 mandatów w Knesecie.

Aby zrozumieć, jak do tego doszło, należy przyjrzeć się Netanjahu i jego obietnicom.

„Jeśli Iran rzeczywiście zostanie osłabiony lub ewentualnie obalony, to moim zdaniem będzie to koniec Hezbollahu, koniec Hamasu, prawdopodobnie koniec Huti” — powiedział na przykład Netanjahu w niedzielnym wywiadzie dla programu „60 Minut”. Ukryte przesłanie: gdyby tylko podjąć jeszcze ostrzejsze działania wojskowe przeciwko irańskiemu reżimowi, bezpieczeństwo Izraela zostałoby wkrótce przywrócone.

To stwierdzenie pasuje do „doskonałego taktyka”. Tak niedawno określił Netanjahu amerykański dziennikarz Yair Rosenberg w magazynie „The Atlantic”. Rosenberg pisze dalej: „Istnieją jednak dobre powody, by sądzić, że tym razem jego posunięcia mogą zakończyć się niepowodzeniem”.

Izrael nie jest zaangażowany w negocjacje między USA a Iranem. O zawieszeniu broni na początku kwietnia, przeforsowanym przez prezydenta USA Donalda Trumpa, Tel Awiw został poinformowany dopiero po osiągnięciu porozumienia. Irański reżim doprowadził do tego, że rozejm obejmuje również Liban. Od tego czasu Netanjahu musi próbować ukryć, jak niewielki wpływ ma obecnie w odniesieniu do Iranu i Libanu.

Izraelski sprzedawca prezentujący jarmułki z wizerunkiem premiera Izraela Binjamina Netanjahu (L) i prezydenta USA Donalda Trumpa przy ul. Jaffa w Jerozolimie, 12 marca 2026 r.

Izraelski sprzedawca prezentujący jarmułki z wizerunkiem premiera Izraela Binjamina Netanjahu (L) i prezydenta USA Donalda Trumpa przy ul. Jaffa w Jerozolimie, 12 marca 2026 r.HAZEM BADER / AFP

„Polityczny numer” Bibiego już nie działa

— Problem Netanjahu polega na tym, że ludzie w Izraelu chcą widzieć rezultaty — mówi Tal Schneider, korespondentka polityczna serwisu Zman Israel, w rozmowie z WELT. — Tylko że on zawsze składa wielkie deklaracje, bo wierzy, że ludzie później nie będą ich dokładnie pamiętać — dodaje. Jeśli coś idzie nie tak, zrzuca winę na innych — na armię, służby specjalne, amerykańskich Demokratów.

Ten „polityczny numer”, jak nazywa go Schneider, już jednak nie działa. Będąc u władzy łącznie 16 lat, Netanjahu sprawuje urząd dłużej niż jakikolwiek izraelski szef rządu przed nim. — Netanjahu miał 10 spokojnych lat i być może właśnie dlatego był tak popularny. W każdym razie ten czas minął bezpowrotnie — dodaje korespondentka.

W ten sposób Tal Schneider porusza temat, który w obliczu trwającej eskalacji militarnej na Bliskim Wschodzie grozi zapomnieniem. W wyniku ataku Hamasu na Izrael 7 października 2023 r. w kraju zapanowało poczucie, że umowa między narodem a państwem została zerwana. Że Izrael, jako ojczyzna narodu żydowskiego, nie dotrzymał obietnicy ochrony i nie zdołał zapobiec najgorszej zbrodni na Żydach od czasów Holokaustu. Pomimo armii uważanej za najlepszą na świecie i pomimo premiera, który był postrzegany jako gwarant bezpieczeństwa.

Podczas gdy m.in. była premier Izraela Golda Meir wzięła na siebie odpowiedzialność za zaniedbania poprzedzające wojnę Jom Kippur w 1973 r. i pół roku później zrezygnowała ze stanowiska, Netanjahu po 7 października wybrał drogę kontrofensywy. Jedna po drugiej zatwierdzał ryzykowne akcje służb specjalnych. Na przykład we wrześniu 2024 r. wydał rozkaz zabicia ówczesnego przywódcy Hezbollahu Hassana Nasrallaha. Wraz z rozpoczęciem ataków koordynowanych ze Stanami Zjednoczonymi pod koniec lutego zatwierdził celowe zabicie najwyższego przywódcy Iranu, Alego Chameneia. W Izraelu radość z tego powodu była ogromna, przynajmniej przez chwilę.

Jednak prawie trzy lata po 7 października okazuje się, że Netanjahu nie zdołał odzyskać zaufania Izraelczyków. Pomimo sukcesów taktycznych on i jego Likud utknęli w sondażach wyborczych na poziomie 25–26 mandatów. Dla porównania nowo utworzony sojusz partyjny Razem umiarkowanego, prawicowo-religijnego polityka Naftalego Bennetta i obecnego, raczej liberalno-centrowego lidera opozycji Yaira Lapida osiąga już ten sam wynik.

Rosnące poparcie dla bloku anty-Netanjahu jest omawiane w izraelskich programach politycznych jako „węgierski moment”. To nawiązanie do ostatnich wyborów parlamentarnych na Węgrzech w kwietniu, w których umiarkowany prawicowy lider opozycji Peter Magyar odniósł zdecydowane zwycięstwo nad autorytarnym Viktorem Orbanem.

— W przeciwieństwie do Netanjahu, Bennett przynajmniej nie jest skorumpowany — mówią ludzie, którzy przed 7 października głośno protestowali przeciwko Netanjahu i domagali się, by zrezygnował ze stanowiska w związku z toczącym się przeciwko niemu śledztwem w sprawie korupcji. Dzisiaj protesty skurczyły się do swojego twardego rdzenia, czy to w przypadku demonstracji przeciwko samemu Netanjahu, czy przeciwko rosnącej przemocy ekstremistycznych izraelskich osadników na okupowanym Zachodnim Brzegu, która jest nadal wspierana przez koalicjantów Netanjahu.

Według indeksu pokoju z marca, reprezentatywnego sondażu przeprowadzonego przez Uniwersytet w Tel Awiwie, tylko 23 proc. żydowskich Izraelczyków popiera rozwiązanie oparte na dwóch państwach z Palestyńczykami. Natomiast 64 proc. izraelskiej prawicy opowiada się za całkowitą aneksją Zachodniego Brzegu.

— Jestem przeciwny oddaniu choćby centymetra ziemi. Jestem przeciwny państwu palestyńskiemu — oświadczył ostatnio w marcu Bennett i po połączeniu sił z Lapidem potwierdził, że utworzy rząd wyłącznie bez udziału partii mniejszości arabskiej w Izraelu. Dokładnie to zrobili obaj politycy, gdy po raz pierwszy próbowali zastąpić Netanjahu. Wiosną 2022 r. obaj utworzyli koalicję składającą się łącznie z ośmiu partii, w tym arabskiej partii Raam.

Około 20 proc. ludności Izraela to osoby pochodzenia arabskiego. Partie o profilu arabskim tworzą decydujący blok w Knesecie, który w bardzo rozdrobnionym izraelskim systemie partyjnym jest właściwie zbyt duży, by można go było zignorować. Mimo to krok ten skrytykowali przede wszystkim prawicowo-religijni wyborcy Bennetta.

Tym razem mniejszość arabska powinna więc po cichu wesprzeć blok anty-Netanjahu — twierdzi Bennett, reagując w ten sposób na aktualny klimat: według najnowszego sondażu przeprowadzonego przez izraelską gazetę „Maariv” wśród młodych Izraelczyków 56 proc. żydowskich Izraelczyków w wieku od 18 do 23 lat określa się jako prawicowych, 22 proc. jako centroprawicowych, 14 proc. jako centrowych, a tylko osiem proc. uważa się za centrolewicowych lub lewicowych. Dla porównania: w starszej grupie wiekowej powyżej 23 lat tylko 44 proc. identyfikuje się jako prawicowcy, a 27 proc. jako centryści.

Ponadto sondaż pokazuje, że młodzi Izraelczycy stają się nie tylko bardziej prawicowi, ale także bardziej religijni: 57 proc. respondentów stwierdziło, że od 7 października ich stosunek do wiary żydowskiej i praktyk religijnych stał się silniejszy. W tej młodej grupie wiekowej poparcie dla Netanjahu w kontekście wyborów wynosi 35 proc., a dla Bennetta 19 proc.

Netanjahu swoim obecnym rządem utorował drogę „surowemu nacjonalizmowi” — napisał w listopadzie ubiegłego roku Aluf Benn, redaktor naczelny lewicowej izraelskiej gazety „Haaretz”, w amerykańskim magazynie „Foreign Affairs”. Niemniej jednak Netanjahu może być trudniej wygrać wybory „niż walczyć z Hamasem” — przewiduje Benn w kontekście jesiennych wyborów. „Ale to znana walka dla Netanjahu — izraelskiego mistrza przetrwania”.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo „Ból jest zbyt trwały”

Doświadczona obserwatorka polityczna Tal Schneider, pytana, jak to się dzieje, że Netanjahu mimo złamanych obietnic wciąż udaje się osiągać wyniki w sondażach, które mają jakiekolwiek znaczenie polityczne, odpowiada: — Jest część izraelskiego społeczeństwa, która kocha Netanjahu ponad wszystko i wszystko mu wybacza. Te 25–26 mandatów w Knesecie, które jego partia Likud zdobywa w aktualnych sondażach, to swego rodzaju plateau, na którym Netanjahu może się oprzeć, podczas gdy jego przeciwnicy muszą walczyć o każdy mandat z osobna.

Chociaż Schneider osobiście wierzy, że blok anty-Netanjahu mógłby zdobyć wystarczającą liczbę głosów, by utworzyć rząd mniejszościowy tolerowany przez mniejszość arabską, nie wyobraża sobie, by towarzyszyły temu wielkie uroczystości, jak ostatnio na Węgrzech. Ludzie być może odczują ulgę, ale ból z 7 października jest zbyt trwały, by mogli odczuwać coś w rodzaju zbiorowej euforii.