Na początku tego roku głośnym echem odbiła się oferta pracy w Instytucie Fizyki Polskiej Akademii Nauk dla naukowca z doktoratem. 4806 zł, a więc minimalną krajową zaproponowano osobie posiadającej m.in. 4-10 lat doświadczenia zawodowego, umiejętności językowe czy te związane z obsługą aparatury badawczej. Minister nauki i szkolnictwa wyższego Marcin Kulasek tłumaczył wówczas na antenie Polsat News, że winę za taką sytuację ponosi poprzedni rząd.
„To nasi poprzednicy głodzili polską naukę i zrobili taką przepaść, którą my musimy zasypać” – oceniał, dodając, że jego zdaniem polscy naukowcy powinni zarabiać „godnie”.
Potwierdzał to wcześniej w rozmowie z Interią Biznes.
„Młodzi naukowcy często odchodzili do przemysłu albo wyjeżdżali z kraju, bo nauka w Polsce nie była w stanie zapewnić im takich warunków, jakie dostawali gdzie indziej, np. w biznesie czy przemyśle. I dopóki nakłady na naukę i szkolnictwo wyższe nie będą realnie większe, ten problem się nie zmieni” – mówił.
Naukowcy ostrzegają: Sytuacja jest krytyczna
Środowisko naukowe mówi dziś „dość” i zbiera coraz więcej zwolenników inicjatywy „3 proc. dla nauki, 100 proc. dla Polski”. Chodzi o zwiększenie finansowania z budżetu państwa zarówno wynagrodzeń naukowców, jak i badań czy grantów. Dziś to 1,41 proc., biorąc pod uwagę sumę publicznych i prywatnych środków ma badania i rozwój (średnia unijna to 2,24 proc); naukowcom zależy na podniesieniu wartości do 3 proc. Środowisko chce wykorzystać moment – niedługo rząd rozpocznie prace nad przyszłorocznym budżetem. I na 27 maja szykuje w tej sprawie protest pod Sejmem.
– Od 20 lat procent budżetu, jaki jest przeznaczany na badania i rozwój w Polsce systematycznie spada. Poprzedni minister, Przemysław Czarnek, bardzo mocno ograniczył finansowanie nauki, a obecny rząd nie zdołał tego skorygować, więc od pół dekady mamy sytuację krytyczną – mówi nam prof. Michał Tomza z Instytutu Fizyki Teoretycznej Uniwersytetu Warszawskiego, jeden z organizatorów akcji.
Resort nauki konsekwentnie powtarza – celem jest zwiększenie finansowania, ale obecnie priorytetem pozostają wydatki na obronność. Pytaniem otwartym na ten moment pozostaje struktura wydatkowa przyszłorocznego budżetu po tym, gdy Polska podpisała umowę pożyczkową SAFE.
„Problem niedofinansowania nauki istniał od zawsze”
Jednak cele zbrojeniowe mogą być kwestią drugorzędną, bo brak pieniędzy nie pojawił się kilka lat temu.
– Problem niedofinansowania nauki istniał od zawsze. W szczególności warunki dla młodych naukowców zawsze były bardzo złe. W trakcie robienia doktoratu nie dostajemy wynagrodzeń, które pozwalałyby się na utrzymanie się. Dlatego wiele osób w trakcie doktoratu pracuje, a to uniemożliwia konkurencję na światowym poziomie. Bo prawdziwe poświęcenie nauce, które pozwala na bycie zauważonym, to praca często na więcej niż jeden etat – wskazuje Interii Biznes prof. Piotr Sankowski z Instytutu Informatyki Uniwersytetu Warszawskiego, prezes IDEAS NCBR
Prof. Tomza podkreśla, że zarobki doktorantów są „porażające”.
– Rządzący podają, że procentowo były całkiem spore wzrosty wynagrodzeń w ostatnich latach. Natomiast te wzrosty są w pełni pochodną skumulowanej inflacji sięgającej 50 proc. w ciągu ostatnich pięciu lat i były wymuszane przez wzrost minimalnej krajowej. Obecnie asystenci naukowi – doktoranci, czyli najzdolniejsi absolwenci studiów, albo często osoby już z doktoratem, zarabiają 19 zł powyżej minimalnej krajowej. To jest w naszej opinii bulwersujące – ocenia.
„Pasja do nauki mnie nie wyżywi”
Bardzo złą sytuację potwierdzają nam młodzi naukowcy. Jedna z nich, doktorantka Poznańskiej Szkoły Doktorskiej Instytutów PAN chcąca zachować anonimowość, na co dzień zajmuje się zagadnieniami związanymi z genetyką i biologią roślin. Nie ukrywa, że jest mocno rozczarowana perspektywami finansowymi dla badaczy.
– Obecnie w mojej jednostce doktorant nawet nie jest zatrudniany jako pracownik Instytutu, lecz znajduje się na umowie stypendialnej. Tego typu dochód nie zalicza się nawet do zdolności kredytowej, gdyby doktorant chciał wziąć kredyt i dorobić się własnego mieszkania. Przez cztery lata pracujemy zawieszeni w dziwnym układzie, gdzie mamy obowiązki pracownika, ale nie mamy przywilejów pracowniczych, jak premie za publikacje naukowe, które musimy wypuścić w ramach doktoratu – tłumaczy.
I pokazuje konkretne liczby: podczas gdy jako stypendystka, po tzw. ocenie śródokresowej w połowie doktoratu, otrzymuje na rękę 4600 zł, jej znajomy doktorant w Szwecji – około 11700 zł miesięcznie, przeliczając z koron szwedzkich.
– Oczywiście trzeba uwzględnić różnice w kosztach życia w obu krajach, ale i po tym wynagrodzenie szwedzkie wydaje się znacznie lepsze (…). Pasja do nauki mnie nie wyżywi i nie zapłaci rachunków. Mam wrażenie, że w stosunku do wynagrodzenia, ilość pracy i serca, jakie wkładam w badania naukowe, ociera się bardziej o wolontariat – dodaje.
Doktoranci z zagranicy przyjeżdżają do Polski nie dla pieniędzy
Sytuację podobnie ocenia Małgorzata Drabko, doktorantka na czwartym roku kształcenia w Szkole Doktorskiej Biologii Molekularnej i Chemii Biologicznej Instytutu Biochemii i Biofizyki PAN. I mówi wprost – ze swoim wykształceniem, doświadczeniem i poziomem odpowiedzialności wykonywanych zadań oczekiwałaby wyższego wynagrodzenia niż średnia krajowa.
– Dodatkowo odstrasza fakt zatrudniania na czas określony. Kiedy kończy się grant, kończy się również praca, a na tym etapie życia człowiek szuka już stabilizacji. Możliwości finansowania wynagrodzeń dla post-doców (osób po obronie doktoratu, zajmujących się pracą badawczą – red.) z grantów Narodowego Centrum Nauki są mocno ograniczone przez narzucone limity, a z drugiej strony same uczelnie i instytuty również rzadko oferują stałe etaty – wskazuje w rozmowie z Interią Biznes.
Drabko jest również pełnomocniczką ds. doktorantów zagranicznych w Warszawskim Forum Doktorantów. A jest ich sporo: pochodzą m.in. z Indii, Iranu, Ghany, Boliwii, Wielkiej Brytanii.
– Obcokrajowców jest u nas nawet więcej niż Polaków i wiem, że nie jesteśmy pod tym względem wyjątkiem. Przyjeżdżają do nas, ponieważ mają już solidne wykształcenie i chcą prowadzić zaawansowane badania, które w ich krajach ojczystych często w ogóle nie są realizowane. To nie jest pogoń za wyobrażonymi zarobkami, tylko za konkretnym, interesującym ich tematem – podkreśla.
W teorii zagraniczni naukowcy mogliby stać się w przyszłości ważną częścią polskiej nauki. Jednak kwestia finansowa nie jest dla nich zachęcająca. Doktorantka przeprowadziła wśród swoich zagranicznych kolegów w Warszawie badanie, z którego wynika, że w pięciostopniowej skali oceny zadowolenia z zarobków średni wynik wyniósł 1,9.
Odczynniki, materiały, sprzęt dla badaczy kosztują
Wynagrodzenia doktorantów to jednak wierzchołek góry lodowej. Zarówno młodsi, jak i starsi borykają się z brakiem pieniędzy na codzienne badania i eksperymenty, nie mówiąc już o sprzęcie.
– Potrzeba różnego rodzaju materiałów, odczynników, elementów niezbędnych do eksperymentów, ale i wyspecjalizowanej aparatury badawczej. Na przykład w fizyce bardzo często przez wiele lat budujemy układy doświadczalne, które składają się z laserów, lusterek, soczewek, stołów optycznych, różnego rodzaju elementów, które pozwalają nam następnie odpowiadać na najbardziej fascynujące tajemnice wszechświata albo budować technologie kwantowe. To wszystko kosztuje – podkreśla prof. Tomza.
W praktyce, jak dodaje doktorantka z Poznania, nie do końca sprawny sprzęt generuje dodatkową pracę, jak np. w przypadku badań DNA.
– Często nie ma w ogóle sprzętu do danych analiz i trzeba radzić sobie nieco „na około”, co pochłania niepotrzebnie dodatkowe godziny. Niektórych planów nie jesteśmy w stanie zrealizować, bo nie mamy sprzętu – podkreśla.
Problemem jest również sama dostępność laboratoriów.
– Znaczna część mojej pracy polega na badaniu proliferacji (mnożeniu – red.) komórek, a aparatura do tego typu eksperymentów jest bardzo droga i skomplikowana. Co za tym idzie, jest też mocno oblegana. Niejednokrotnie na sprzęt trzeba się zapisywać z miesięcznym wyprzedzeniem. Podobnie bywa ze specjalistycznymi mikroskopami; czasem jedyną szansą na szybsze skorzystanie z urządzenia jest przyjście do laboratorium w weekend – dodaje Małgorzata Drabko.
Biznes korzysta z nauki
Prof. Sankowski zwraca uwagę, że w polskiej nauce od lat widać wyraźnie zjawisko drenażu mózgów.
– Nie mówię tu tylko o wyjazdach najlepszych naukowców za granicę ale też o tym, że najzdolniejsi ludzie nie podejmują kariery naukowej, ale wybierają pracę w korporacjach – zauważa.
Z drugiej strony prof. Tomza wskazuje, że naukowcy kształcą studentów, którzy potem kierują swoje kroki do dużych firm.
– Biznes też z tego skorzysta, jeśli będziemy mieć lepszej jakości naukę. Nie chodzi tylko o to, żebyśmy mieli więcej naukowców, ale żeby potrafili inspirować ich do dalszej aktywności. Widzimy to np. w Dolinie Krzemowej – ludzie z Harvardu, Stanforda czy MIT wyciągają więcej w zakresie zainspirowania się niż realnych twardych umiejętności technicznych – dodaje.
USA a Polska – jedna nauka, różne podejścia
Perspektywę polskiego naukowca pracującego za granicą pokazuje nam prof. Aleksandra Przegalińska, ekspertka w dziedzinie sztucznej inteligencji, wykładająca na Harvardzie i Akademii Leona Koźmińskiego. Jej zdaniem większe nakłady finansowe to nie wszystko, aby nauka w Polsce mogła się rozwijać.
– Pieniądze otwierają drzwi, ale same w sobie nie zatrzymają naukowców, jeśli równolegle nie zmienią się kultura instytucjonalna, ścieżki kariery i jakość infrastruktury badawczej. Wielu moich kolegów i koleżanek wyjechało nie tylko dlatego, że w Polsce były słabe wynagrodzenia w nauce, ale dlatego, że za granicą mieli poczucie sprawczości, stabilności i prestiżu – wyjaśnia Interii.
I zwraca uwagę na kluczową różnicę w finansowaniu nauki w Polsce i w USA – nie chodzi wyłącznie o wielkość budżetu.
– W Stanach Zjednoczonych nauka jest finansowana z wielu źródeł jednocześnie: federalnych agencji (NSF, NIH, DARPA), prywatnych fundacji, darczyńców indywidualnych i sektora prywatnego. Ta różnorodność źródeł tworzy odporność systemu i przestrzeń na ryzyko badawcze. W Polsce dominuje jedno okienko, a od decyzji biurokratycznych zależy zbyt wiele – podkreśla.
Budżet to jedno, zmiana podejścia – drugie
Rozmówcy Interii Biznes mówią jednym głosem – potrzeba nie tylko pieniędzy. Prof. Sankowski kładzie dla rządzących konkretne rozwiązania: „autonomię instytucjonalną, odbiurokratyzowanie procesów grantowych i realne ścieżki kariery dla młodych badaczy bez wieloletniej prekarności”, jak również ułatwień dla zagranicznych badaczy w celu podjęcia kariery w Polsce. Potrzeba też zmiany w sposobie myślenia.
– Problem z przesunięciem priorytetów na obronność czy ochronę zdrowia jest realny, ale wtórny wobec głębszego deficytu, jakim jest brak przekonania na poziomie politycznym, że nauka to inwestycja, a nie koszt. Kraje, które rozumieją ten mechanizm, traktują badania podstawowe jako fundament przyszłego PKB, nie jako luksus na lepsze czasy – dodaje prof. Przegalińska.
– Jeśli nie postawimy w tym momencie na naukę, na badania i rozwój, to zostaniemy dalej montownią Europy, a nie wydaje się, żebyśmy mieli wtedy szanse dalej utrzymać obecny dotychczasowy kurs wzrostu i dogonić zachodnią Europę – puentuje prof. Tomza.
Do momentu publikacji artykułu Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego nie odpowiedziało na prośbę o komentarz.
Paulina Błaziak
„Wydarzenia”: Ubywa przedszkolaków, a razem z nimi ubywa przedszkoliPolsat News