Od początku wojny z Iranem panuje przekonanie, że Rosja wyjątkowo skorzystała na gwałtownym wzroście cen ropy — do tego stopnia, że miało to znacząco wzmocnić jej pozycję w wojnie przeciwko Ukrainie. To myślenie przeniknęło nawet do Białego Domu, który po cichu nadal próbuje zachęcać Rosję do zakończenia wojny, podczas gdy Moskwa utrzymuje, że Kijów został „militarnie pokonany”.

Taki obraz sytuacji przesłonił jednak znacznie ważniejszą i zdecydowanie zbyt często pomijaną prawdę. To nie Rosja, lecz właśnie Ukraina ma za sobą ostatnio najbardziej udany okres — zarówno na froncie, jak i poza nim — od wielu lat, a być może nawet od początku całej wojny.

Podczas gdy świat liczył rosyjskie zyski z ropy, Ukraina po cichu zaczęła odbierać Moskwie coś znacznie cenniejszego: inicjatywę.

W ostatnich tygodniach Kijów po raz pierwszy od niemal trzech lat odzyskał też więcej terytorium niż Kreml zdołał zdobyć. Co być może najbardziej niezwykłe — część tych sukcesów osiągnięto bez udziału ukraińskich żołnierzy. Jak ujawnił prezydent Wołodymyr Zełenski, dwa tygodnie temu Ukraina po raz pierwszy odbiła teren wyłącznie przy użyciu brygady robotów i dronów.

Oczywiście te postępy nadal mają charakter stopniowy i same w sobie są dalekie od wyparcia rosyjskich wojsk z okupowanych terenów Ukrainy. Jednak nowe sukcesy zbiegły się z równoległym procesem, który coraz bardziej stawia rosyjską armię pod presją i jednocześnie otwiera znacznie większą część rosyjskiej infrastruktury oraz samego terytorium Rosji na ukraińskie ataki.

W dużej mierze wynika to z gwałtownego rozwoju technologii dronowych na Ukrainie. Ukraińskie konstrukcje nie tylko skutecznie powstrzymują rosyjskie oddziały, ale pod względem działań ofensywnych zaczynają wręcz wyprzedzać Rosję. Dane zarówno ukraińskich sił powietrznych, jak i rosyjskiego Ministerstwa Obrony pokazują, że Ukraina prześcignęła już Rosję pod względem liczby transgranicznych ataków dronowych, odbierając Moskwie przewagę w tej dziedzinie.

Atak ukraińskiego robota na bazę Rosjan

Atak ukraińskiego robota na bazę RosjanX/NOELREPORTS

I nie chodzi tu wyłącznie o ataki prowadzone kilka kilometrów za rosyjską granicą. W niektórych przypadkach ukraińscy operatorzy dronów są dziś w stanie razić cele oddalone o setki, a potencjalnie nawet tysiące kilometrów, co pozwala Ukrainie uderzać głęboko na rosyjskim zapleczu.

Kijów bardzo szybko nadrobił dystans, jaki kiedyś dzielił go od Rosji w zakresie dalekosiężnych uderzeń dronowych — do tego stopnia, że ukraiński przemysł produkujący drony dalekiego zasięgu zaczął wyprzedzać rosyjski zarówno pod względem ilości, jak i jakości.

Wszystko to tylko potwierdziło rolę Ukrainy jako jednego z najważniejszych światowych centrów rozwoju produkcji dronów oraz strategii ich wykorzystania.

Tak naprawdę jedynym zaskoczeniem w rosnącym znaczeniu geopolitycznym Ukrainy po wojnie z Iranem jest to, że kogokolwiek może to jeszcze dziwić.

Zatoka stawia na UkrainęKijów od lat rozwija technologie przeciwdziałania dronom, których dziś pilnie potrzebują przeciwnicy Iranu w Zatoce Perskiej — i nie tylko oni. Dlatego nie powinno nikogo dziwić, że takie państwa jak Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie czy Katar zamiast sięgać po rosyjskie technologie lub rosyjskie doradztwo, podpisały z Ukrainą wieloletnie umowy obronne.

To właśnie ta przemiana Ukrainy w rozchwytywane centrum technologii i strategii dronowych — do tego stopnia, że Kijów zyskał wyraźną pozycję również w państwach Zatoki — okazała się najbardziej niezwykłym skutkiem wojny z Iranem.

Zamiast Rosji, która miała być bezdyskusyjnym beneficjentem konfliktu, to właśnie Ukraina czerpie dziś wiele korzyści — być może nawet więcej niż Moskwa.

Oczywiście Rosja rzeczywiście odnotowała pewne zyski finansowe dzięki ostatnim skokom cen ropy. Jednak nawet jeśli dodatkowe wpływy chwilowo załatają część dziur w rosyjskim budżecie, będzie to jedynie rozwiązanie tymczasowe, które niewiele zmieni wobec znacznie poważniejszych problemów podkopujących rosyjskie finanse. Jeśli już, to jedynie odsunie w czasie moment nieuniknionego rozliczenia — konieczność wyboru między dalszym finansowaniem ugrzęzłej wojny w Ukrainie a próbą przywrócenia choćby części stabilności rosyjskiej gospodarce.

Nawet rzekome „eldorado” wynikające z wojny z Iranem zaczyna zresztą coraz bardziej wysychać — i to momentami dosłownie. Już teraz około 40 proc. rosyjskich zdolności eksportu ropy zostało wstrzymanych, w dużej mierze właśnie z powodu rosnących możliwości ukraińskich dronów. Media społecznościowe zalewają nagrania pokazujące płonące rosyjskie instalacje naftowe, nad którymi unoszą się ogromne kłęby gryzącego czarnego dymu, widoczne nad zachodnią i południową Rosją.

„Życie w Rosji jest trudne, drogie i ponure”

To wszystko jeszcze bardziej zaostrza konflikt między kontynuowaniem wojny a próbą ratowania gospodarki. Pod koniec maja największy rosyjski państwowy ośrodek badań opinii publicznej, WCIOM, ujawnił, że poparcie dla prezydenta Władimira Putina zaczęło wyraźnie spadać — od początku roku zmniejszyło się o ok. 12 punktów procentowych.

Nic nie wskazuje na to, by ten trend miał się szybko odwrócić. Rosyjski PKB nadal się kurczy, a kraj coraz mocniej zmaga się ze stagflacją — czyli jednoczesnym spowolnieniem gospodarczym i wysoką inflacją. Tymczasem liczba ofiar rosyjskiej wojny stale rośnie, a Rosja nie jest w stanie skutecznie uzupełniać strat w ludziach. Co więcej, konflikt trwa już dłużej niż okres, którego Związek Radziecki potrzebował, by pomóc pokonać nazistowskie Niemcy w czasie II wojny światowej.

Coraz więcej Rosjan zaczyna to dostrzegać. Nawet rosyjscy przedsiębiorcy są coraz bardziej zmęczeni nieudaną wojną, a publiczna krytyka staje się coraz głośniejsza i coraz powszechniejsza.

— Ja i ludzie, których znam, mamy poczucie całkowitej beznadziei i przekonanie, że niczego nie da się już zmienić — powiedział niedawno jeden z rosyjskich studentów. — Życie w Rosji jest trudne, drogie i ponure.

I właśnie taki sposób myślenia zaczyna w Rosji stawać się normą. A to wyraźnie pokazuje, że rosyjskie zwycięstwo w Ukrainie wcale nie jest przesądzone — i być może dziś wydaje się wręcz coraz mniej prawdopodobne.