Według relacji uczestników zdarzenia, które opisuje „Wyborcza”, wszystko zaczęło się, gdy dwóch młodych mężczyzn na hulajnodze zaczęło zaczepiać grupę nastolatków, zwracając szczególną uwagę na Artema. Po krótkiej wymianie zdań agresorzy odjechali, jednak po chwili wrócili w znacznie większym gronie — było ich około dziesięciu.
Dalszy ciąg materiału pod wideo
Wtedy też doszło do ataku. Młody Ukrainiec został uderzony w ucho, a następnie spryskany gazem pieprzowym. Ze względu na astmę, na którą choruje, miał trudności z oddychaniem. Napastnicy wykorzystali jego trudności i zaczęli bić go oraz kopać w głowę. Jego kolega również został zaatakowany i powalony na ziemię — napastnicy następnie próbowali zrzucić go z mostu do Wisły. Trzeciemu z nastolatków złamali nos — wskazuje gazeta. Napastnicy mieli również krzyczeć do ofiar, by te „wyp********y do Ukrainy”.
Śledztwo i reakcje po ataku
Z pomocą przyszła policja, którą zaalarmowała jedna z koleżanek ofiar. Gdy funkcjonariusze pojawili się na miejscu, napastnicy uciekli. Z komunikatu policji, na który powołuje się „Gazeta Wyborcza”, wynika, że śledczy prowadzą intensywne działania w celu zidentyfikowania i zatrzymania sprawców.
Ustalenia policji i zgromadzony materiał dowodowy mają jednak nie wskazywać, by atak miał podłoże narodowościowe. „Obecne ustalenia i zebrany dotychczas materiał dowodowy nie wskazują, aby to zdarzenie miało podłoże na tle narodowościowym” — czytamy w komunikacie.
Tymczasem z relacji Artema wynika, że powodem ataku była rozmowa nastolatków po ukraińsku. Agresorom przeszkadzały także długie włosy chłopaka.
Artem, który najbardziej ucierpiał w wyniku napaści, został przewieziony najpierw do szpitala dziecięcego przy ul. Kopernika. Później trafił jednak na oddział chirurgii dziecięcej w Dziekanowie Leśnym. Tam przeszedł operację z powodu pęknięcia czaszki i poważnych obrażeń twarzy. Według relacji działaczki społecznej Mariny Hulii chłopak skarży się na silne bóle głowy i jest przekonany, że gdyby nie szybka interwencja policji, napastnicy mogliby go zabić.
Rodzina Artema uciekła do Polski po wybuchu wojny w Ukrainie. Jak opowiada działaczka „Gazecie Wyborczej”, matka, babcia i starsza siostra Artema pracują w placówce opiekuńczej dla osób starszych, „wykonują pracę, której Polacy nie chcą wykonywać” — tłumaczy. Rodzina mieszkała wcześniej w obwodzie zaporoskim, na terenach okupowanych od początku wojny. Do Polski przyjechali w poszukiwaniu bezpieczeństwa.
Rodzina Artema jako jedyna zdecydowała się złożyć zeznania na policji, licząc na to, że sprawcy zostaną pociągnięci do odpowiedzialności. Rodzice innego poszkodowanego chłopca, którego próbowano zrzucić z mostu, obawiają się zemsty i nie zgłosili sprawy.