Jak dowiedziały się w środę WP SportoweFakty, Robert Lewandowski ma konkretną i oficjalną ofertę z Al-Hilal na 90 mln euro za sezon i jest bliski jej przyjęcia. Więcej TUTAJ. Trzeba przyznać, że to kasa potężna i trudno się odrzuca takie pieniądze.
Jakąkolwiek decyzję Lewandowski podejmie, ma do niej prawo i nie powinien być za to krytykowany. A już na pewno nie przez nas, zwykłych zjadaczy chleba, którzy nie tylko nigdy nie staną przed takim dylematem, ale nawet nie są w stanie sobie wyobrazić takiej kupy forsy.
Nawet jeśli kwota saudyjskiej oferty jest trochę podrasowana na potrzeby PR-owe kapitana reprezentacji Polski, to i tak jest to wystarczająco dużo, żeby dać się złamać. I proszę nie używać argumentu, że Robert przecież zarobił przez całą karierę wystarczająco dużo, żeby pieniądze nie grały tu roli. Otóż tak to już jest na tym świecie, że bogaci są bogaci, bo nie rezygnują z zarabiania pieniędzy. Tym bardziej tak dużych pieniędzy.
ZOBACZ WIDEO: W to kluby Ekstraklasy zainwestowały 20 mln euro. Wiadomo, kiedy będzie otwarcie
W czasie transmisji środowego meczu Deportivo Alaves – Barceloną (1:0), ekspert ligi hiszpańskiej w Canal+ Leszek Orłowski podał dla porównania, że Lewandowski przez cztery sezony w barwach Blaugrana zarobił 104 mln euro. A Saudyjczycy są gotowi płacić 90 mln za jeden sezon! Chore pieniądze!
Po ludzku jestem w stanie zrozumieć, że to propozycja z tych nie do odrzucenia. A mimo to trudno mi zaakceptować, że Robert byłby gotów zrezygnować ze splendoru, jaki daje taki klub jak Barcelona, z tego ogromnego zainteresowania mediów, z uwielbienia milionów kibiców na świecie na korzyść wyjazdu do ligi saudyjskiej.
Miejsca, gdzie co prawda płacą najlepiej na świecie, ale ta liga to nie jest w sumie nic innego niż współczesny cyrk gladiatorów, zrobiony za petrodolary ku uciesze szejków. Projekt stricte propagandowy, z rozmachem i efektownie zbudowane narzędzie państwowego sportwashingu, którego rolą jest ocieplanie międzynarodowego wizerunku Arabii Saudyjskiej. Jak to w ogóle porównać do przywileju grania w najważniejszym meczu w klubowej piłce, czyli El Clasico?
A tak poza wszystkim, to który kibic w Europie rozróżnia kluby saudyjskie? Tak, jeśli „Lewy” zdecyduje się na Al-Hilal, to w Polsce nauczymy się szybko tej nazwy. Ale o całej reszcie będziemy nadal mieli mgliste pojęcie, mówiąc o najlepszym tam Al-Nassr, „ten klub, gdzie gra Cristiano Ronaldo”.
Czy więc w środę w wieczorem w meczu z Alaves po raz ostatni widzieliśmy Lewandowskiego w roli kapitana „Dumy Katalonii”? Możliwe. Jeśli przyjmie ofertę Al-Hilal, to właśnie kończy się pewna epoka w polskim futbolu. Epoka, w której mieliśmy dwóch Polaków w takim klubie jak FC Barcelona. A czasami także dwóch na boisku. Szybko to się nie powtórzy.
Być może niedzielny, domowy mecz Barcy z Betisem będzie pożegnaniem Lewandowskiego z Camp Nou i katalońską publicznością. Ale, póki co, niczego nie można być pewnym, bo negocjacje między obozem Lewandowskiego a Barceloną nie zostały ostatecznie zamknięte. Właśnie ujawnienie oferty z Al-Hilal świadczy o tym, że „rozgrywka” nie jest skończona. Takie oferty same z siebie nie wyciekają.
Już w środę rano otoczenie „Lewego” wypuściło tzw. kontrolowany przeciek do mediów, że kapitan reprezentacji Polski nie akceptuje oferty Barcelony i nie przedłuży z nią kontraktu o kolejny sezon. Tłumaczono, że nie chodzi o pieniądze, a o rolę Roberta w drużynie. Bo w Barcelonie miałaby ona być drugorzędna, a Lewandowski chciałby nadal grać pierwsze skrzypce. I że nasz napastnik bardzo przychylnie patrzy w kierunku Arabii Saudyjskiej, skąd ma mieć lukratywną ofertę.
Trochę ta medialna narracja kupy się nie trzymała, bo skoro nie chodzi o pieniądze, to czemu jechać aż na peryferie futbolu do Arabii Saudyjskiej? Tyle że nie o sens tutaj chodziło, a o wysłanie jeszcze jednego – pewnie już ostatniego – mocnego sygnału do szefostwa Barcelony, że „Lewy” oczekuje lepszej oferty od katalońskiego klubu.
Działacze Blaugrany i dyrektor sportowy Deco zachowują jednak spokój. Mają dla Polaka ofertę z kategorii „take it or leave it”, czyli albo bierzesz, co dajemy, albo musisz odejść.
Klubowi trudno się dziwić. W oficjalnych wypowiedziach zarówno prezes Joan Laporta, jak i trener Hansi Flick poświęcają Lewandowskiemu wiele ciepłych słów, ale są to takie… okrągłe słówka. Nie łudźmy się. Na tym poziomie nie ma sentymentów. Nikt nie dostaje miejsca w składzie i wysokiego kontraktu za zasługi i piękną, wspólną historię.
Cały pion sportowy klubu – a w gruncie rzeczy to też każdy, kto zna się na piłce – ma świadomość, że Barcelona potrzebuje na kolejny sezon lepszego napastnika nr 1 niż Lewandowski. I nie ma się co obrażać na rzeczywistość.
A jeśli Robert miałby – mimo medialnych doniesień – jednak zaakceptować swoją nową rolę w Barcelonie, to musiałby ją realizować tak, jak to robi Szczęsny. Bez aspirowania do gry w podstawowym składzie. Czy ego Lewandowskiego jest w stanie zaakceptować taki układ? Czy saudyjska oferta jest jedynie kartą przetargową w grze o lepszą ofertę dla polskiego napastnika? Dowiemy się pewnie w ciągu najbliższych kilkudziesięciu godzin. Przed niedzielnym meczem z Betisem na Camp Nou wszystko powinno być jasne.
Środowy mecz z Alaves Barcelonie nie wyszedł. Piłkarze Flicka wyglądali tak, jakby mentalnie wszyscy zostali na dachu tego autobusu, którym w poniedziałek Barca objeżdżała miasto, hucznie fetując mistrzostwo Hiszpanii.
Obaj polscy bohaterowie tej poniedziałkowej fiesty zagrali w środę po 90 minut. „Lewy” zaliczył pusty przelot. „Szczena”, który ostatnimi czasy dawał się zauważyć w Barcelonie bardziej w roli rozrywkowej niż bramkarskiej, pokazał, że jeszcze nie zardzewiał. Ale generalnie był to mecz do zapomnienia.
Dariusz Tuzimek, WP SportoweFakty