Poniedziałkowa feta mistrzowska jest pewnie tylko częściowym wytłumaczeniem. Takich meczów w tym sezonie rozegrał zbyt wiele, by liczyć na przedłużenie kontraktu. Nie wspominając o przedłużeniu kontraktu na jego warunkach.
Najbardziej symptomatyczna akcja z jego udziałem miała miejsce w 25. minucie. Lewandowski dobrze opanował zagraną z głębi pola piłkę, miał przed sobą dwóch rywali, a po bokach dwóch partnerów. Trzech atakujących na dwóch broniących. Wydawałoby się, że gol paść musi.
Nic bardziej mylnego. Pierwotną intencją Polaka był chyba strzał, ale zarzucił ten pomysł. Później uwikłał się w walkę z przeciwnikiem i Roony Bardghji nie był już w stanie przejąć zagranej piłki.
Chętnie odesłałbym was w tym momencie do wideo z tą akcją, ale tak się złożyło, że żadna z dwóch polskich telewizji transmitujących rozgrywki LaLigi nie umieściła tej sytuacji w skrótach z tego meczu. Działo się w nim przecież tyle, że kto by tam przykładał większą wagę do jednej z groźniejszych okazji Barcelony.
Szczęsny stanął na wysokości zadania
Większą żywotnością od swojego kolegi wykazał się Szczęsny, ale miał też ku temu więcej okazji. W przeciwieństwie do Lewandowskiego liczył tego dnia na fajrant, ale jak brygadzista każe, to robić trzeba.
Polskiemu bramkarzowi udało się już w tym sezonie wywinąć od dniówki, gdy w meczu Pucharu Króla oddał miejsce w składzie Marcowi-Andre ter Stegenowi. Tym razem już się nie wykpił, bo pierwszy bramkarz dostał wolne.
Szczęsny uchrania Barcelonę od straty drugiego gola:
Hansi Flick mógłby wstawić między słupki trzeciego golkipera, ale postanowił trzymać się ustalonej hierarchii. Skoro Joan Garcia usiadł na ławce, to do gry została desygnowana nominalna „dwójka”. Zwłaszcza że trenerowi ciągle chodziło po głowie wyrównanie rekordu punktów w jednym sezonie LaLigi (100). A i rekordową liczbą zwycięstw (33) by nie pogardził.
To się nie udało, bo Deportivo Alaves było po prostu bardziej zdeterminowane. Nic w tym dziwnego, piłkarze z Kraju Basków wciąż bowiem walczą o pozostanie w hiszpańskiej ekstraklasie. Skomasowanego ostrzeliwania bramki Szczęsnego nie było, ale ma to swoją wymowę, że gospodarze oddali trzy celne uderzenia przy ani jednym gości.
Polski golkiper nie został wystawiony na poważną próbę. Co miał obronić, to obronił. Niektórzy próbowali obwiniać go za stratę jedynej bramki, ale nawet gdyby momentalnie wyszedł spomiędzy słupków, i tak trudno byłoby mu uprzedzić Ibrahima Diabate. Pretensje można mieć głównie do Pau Cubarsiego.
Tak padł jedyny gol w meczu Deportivo Alaves — FC Barcelona:
Po takim meczu nie ma co oczywiście wyciągać daleko idących wniosków. Szat na pomeczowej konferencji nie rozdzierał Flick, starając się tłumaczyć swoich podopiecznych. Każdy dobry kierownik budowy wie, że takie dni jak ten w robocie się po prostu zdarzają.