Prawdziwe dziennikarstwo. Niezależna redakcja. ZA DARMO.
- Rada Fiskalna to zupełnie nowa instytucja w Polsce, której zadaniem jest dyscyplinowanie Ministerstwa Finansów. – Mamy sprzeczne interesy, ale na pewno nie jesteśmy wrogami – zapewnia money.pl dr Sławomir Dudek.
- Przewodniczący Rady tłumaczy też, w jaki sposób chce wzmocnić głos tego gremium w debacie publicznej. Jak słyszymy, sama wymiana dokumentów z Ministerstwem Finansów nie wystarczy, by dotrzeć do opinii publicznej.
- Na razie ratują nas dobre parametry gospodarcze, ale trzeba pamiętać o tym, że one nie są dane raz na zawsze – podkreśla ekonomista, pytany o przyszłość polskich finansów publicznych.
Tomasz Setta, dziennikarz money.pl: Za nami ważny moment. Rada Fiskalna po raz pierwszy oceniła założenia makroekonomiczne przygotowane przez Ministerstwo Finansów. I jest to opinia raczej krytyczna.
Dr Sławomir Dudek, przewodniczący Rady Fiskalnej: Nie da się tego tak łatwo zdefiniować jednym słowem, nie wyrzucamy całego dokumentu do kosza. Założenia makroekonomiczne to bardzo złożony zbiór wskaźników i procesów. Można raczej powiedzieć, że nasza opinia to ocena opisowa z kilkoma zastrzeżeniami – są tam krytyczne, ale też pozytywne elementy. Na pewno wskazujemy też, że przedstawione założenia wymagają poprawy.
„Aż odjęło mi mowę”. Rafał Brzoska mówi, co usłyszał od prezydenta Francji
Z opinii Rady dowiadujemy się, że do poprawki jest z pewnością prognoza przyszłorocznej inflacji. Państwa zdaniem założenia rządu są w tym przypadku zbyt optymistyczne. Dlaczego uważacie to za problem?
Po pierwsze, przyjęliśmy w Radzie określoną metodykę, jak będziemy oceniać założenia makroekonomiczne. Na tym polega również nasz mandat, wynikający zarówno z polskiej ustawy, jak i z unijnej dyrektywy dotyczącej ram budżetowych. Zgodnie z tą dyrektywą podstawą rocznego i wieloletniego planowania budżetowego w państwach członkowskich Unii Europejskiej muszą być realistyczne prognozy, sporządzone w oparciu o jak najbardziej aktualne informacje.
Rozumiem, że to wymóg prawny?
Tak, ale to wynika również z reguł sztuki, jakimi rządzi się tworzenie prognoz. Takie prognozy, oczywiście, czasem bywają błędne. Nam chodzi o to, żeby Ministerstwo Finansów myliło się jak najmniej. Tymczasem ścieżka inflacji zapisana w przedstawionych właśnie w założeniach resortu jest bardzo mocno zaniżona, szczególnie w 2026 r. Wiemy, że ministerstwo nie uwzględniło w ogóle skutków wojny w Iranie, bo samo się do tego przyznało.
„Licytacja na obniżki”. Rada Fiskalna oceniła rządowy pakiet CPN
Bazowa prognoza resortu finansów rzeczywiście nie bierze wojny pod uwagę, ale rząd zaprezentował przecież obok tego „scenariusz szokowy” z wysokimi cenami ropy naftowej.
I w naszej opinii chwalimy ministerstwo za tę dodatkową analizę. Kłopot polega na tym, że w scenariuszu bazowym założono bardzo niskie ceny ropy, a w tym „szokowym” wciąż zapisano ceny surowca dużo niższe od tego, czego spodziewają się wszyscy dookoła. A przypomnę, że rząd – zgodnie z dyrektywą – ma obowiązek przyjąć jak najbardziej realistyczne prognozy.
Pamiętajmy przy tym, że publikacja założeń makroekonomicznych uruchomiła już cały proces budżetowy. Przewidywania ministerstwa trafiły do Rady Dialogu Społecznego, gdzie będą teraz podstawą do uzgodnień dotyczących wysokości pensji minimalnej, indeksacji emerytur czy waloryzacji wynagrodzeń w sferze budżetowej. Spodziewana przez rząd inflacja to kluczowy parametr, a niewłaściwa prognoza tego wskaźnika to podstawowy błąd.
Przewidywania rządu dotyczące wzrostu PKB nie budzą już takich wątpliwości?
Łączna liczba przedstawiona przez Ministerstwo Finansów mieści się w akceptowalnych ramach. To, co jednak budzi nasze wątpliwości, to struktura tego PKB. Naszym zdaniem założony poziom konsumpcji jest zawyżony – a to bardzo ważny wskaźnik, przekładający się potem na przykład na spodziewany poziom wpływów z podatku VAT.
Zaginiony podatek. Budżet miał zarobić ponad 4 mld zł. Co się z nim stało?
Ministerstwo zakłada również utrzymanie wysokiego tempa wzrostu inwestycji – nie wiemy, na jakiej podstawie. W założeniach resortu nie ma też podziału tych inwestycji na publiczne i prywatne. Byłoby dobrze, gdyby taki dokument precyzyjnie wyjaśniał, skąd się biorą takie wyliczenia.
Mamy rządowe prognozy, mamy opinię Rady Fiskalnej. Co dalej? Czy to jest moment, w którym Ministerstwo Finansów musi się teraz ustosunkować do waszych zastrzeżeń?
Polska, tworząc Radę Fiskalną, zdecydowała się na model „comply or explain”, czyli „zastosuj się lub wytłumacz”. Zgodnie z tą zasadą Ministerstwo Finansów ma teraz dwa miesiące na odpowiedź, czy utrzymuje prognozy dla inflacji – musi wtedy wytłumaczyć, dlaczego to robi – czy jednak uwzględni nasze zastrzeżenia. Nawiasem mówiąc, my na przygotowanie opinii mieliśmy dwa tygodnie, a resort ma dwa miesiące – brakuje tutaj symetrii.
Nie wiem, jak postąpi teraz rząd: czy wykorzysta cały ten czas, czy zabierze głos wcześniej. Na pewno ten rozpędzony pociąg budżetowy już ruszył, a my jesteśmy nową instytucją i „trybikiem”, który musi jakoś dopasować się do tego mechanizmu. Nie mamy jeszcze dopracowanych zasad współpracy, te reguły będą się ucierać w praktyce.
Co z progiem podatkowym? Domański jasno na Impact’26
Rada Fiskalna rzeczywiście dopiero co wystartowała, a w relacjach z ministerstwem już – delikatnie mówiąc – iskrzy.
To prawda, ale można się było tego spodziewać. Mamy do pewnego stopnia sprzeczne interesy: my chcemy jak najwięcej informacji, resort chce ich przekazywać mniej. Ale na pewno nie jesteśmy wrogami Ministerstwa Finansów – jesteśmy jego sprzymierzeńcem i oparciem. Pracowałem tam przez 23 lata, znam każdy zakamarek, stąd wiem, jakie dane i liczby są do dyspozycji rządzących. Oni z kolei wiedzą, że ja to wszystko wiem. Musi trochę iskrzyć.
Pytanie, czy ten model „zastosuj się lub wytłumacz” ma szansę efektywnie działać? W praktyce może to oznaczać zwykłą wymianę pism, bez żadnego realnego wpływu na rządzących. Ma pan pomysł, jak tego uniknąć?
Jednym z filarów współczesnych rad fiskalnych jest komunikacja społeczna. Liczę, że członkowie Rady będą obecni w mediach, gdzie będą prezentować nasze stanowisko. Irlandzka rada stawia sobie za cel „shift the debate”, czyli „przesunięcie debaty publicznej” – my również. Chcemy też podnieść poziom tej dyskusji tak, by utrudnić politykom obiecywanie gruszek na wierzbie.
Dług Polski rośnie. Grozi nam zapaść? Minister odpowiada
Posłużę się przykładem i porównaniem do tachografu – już sama świadomość, że takie urządzenie istnieje, powoduje, że kierowcy jeżdżą bezpieczniej. A my chcemy, żeby politycy – dzięki nam – bezpieczniej obchodzili się z finansami publicznymi.
Stabilizująca reguła wydatkowa jest obecnie rozmontowana. Mamy też różne metodologie obliczania długu publicznego, krajową i unijną. Jest pan zwolennikiem uproszczenia i ujednolicenia tych zasad?
Zastrzegam, że to moje zdanie, a nie całej Rady. Zacznę od stabilizującej reguły wydatkowej (SRW): w czasie pandemii Covid-19 uruchomiono klauzulę wyjścia z reguł europejskich, również w Polsce. W pewnym sensie „zgaszono światło”. Oczywiście, w takich stanach nadzwyczajnych było to uzasadnione. Ale wtedy zakładano, że po wygaśnięciu kosztów związanych z działaniami antycovidowymi powrócimy do pierwotnych, stabilnych ścieżek wydatkowych. Niestety to zgaszone światło i mgła covidowa zostały wykorzystane do rozluźnienia reguły znacząco ponad potencjał dochodowy naszego budżetu.
Wzrost PKB Polski w I kwartale 2026 r. GUS podał dane
W rezultacie, mimo formalnie istniejących i działających reguł, mieliśmy drugi najwyższy deficyt sektora finansów publicznych w Unii Europejskiej w 2025 r., 7,3 proc. PKB, tuż za Rumunią. Ale w tym roku przegonimy już nawet Rumunię. Nie trzeba być specjalistą od reguł fiskalnych, żeby zobaczyć, że coś tu się fundamentalnie nie spina. Jeżeli kraj z formalnie działającą regułą wydatkową kończy z jednym z najwyższych deficytów w UE, to nie jest to drobna usterka techniczna. To jest sygnał, że licznik pokazuje za dużo, hamulec nie działa, a my nadal udajemy, że jedziemy zgodnie z instrukcją.
W regulacjach europejskich założono z kolei, że parametrem operacyjnym do obserwacji będzie dynamika łącznych wydatków. Jako Polska założyliśmy sobie takie tempo wydawania pieniędzy, które powinno nam pozwolić na dopłynięcie naszym tankowcem do Brukseli w 2028 r. z deficytem na poziomie 2,9 proc. W międzyczasie doszedł nam element elastyczności związany z wydatkami obronnymi, czyli może nie zawiniemy do portu w Brukseli, ale będziemy gdzieś w pobliżu, według wyliczeń KE z deficytem 4,1 proc. i długiem ok. 64 proc. PKB, zamiast zakładanych 61,2 proc.
W mojej ocenie obecne unijne reguły budżetowe mają coś w rodzaju klapek na oczach: patrzą wyłącznie na to, czy mieścimy się w tempie wydatków, ale zupełnie pomijają kwestię tego, z jakim deficytem skończymy tę podróż. A podkreślam, zupełnie rozmijamy się z założonymi celami.
Ceny surowców znów rosną. Dzwonek alarmowy przed nową falą inflacji
Wszystko wskazuje na to, że po wyborach przyszły rząd będzie się mierzył w 2028 r. z deficytem na poziomie 6 proc., a dług poszybuje w okolice 72-73 proc. PKB. To oznacza, że tym naszym statkiem z finansami publicznymi w ogóle nie dotarliśmy do Brukseli, tylko popłynęliśmy zupełnie w inną stronę. To nie jest drobne odchylenie kursu, tylko sytuacja, w której statek płynie zgodnie z regulaminową prędkością, ale w kompletnie innym kierunku.
Docelowo – i to jest moje zdanie – jestem za ujednoliceniem metodologii polskiej i unijnej przy obliczaniu poziomu zadłużenia i większą spójnością SRW z regułami unijnymi.
Na koniec odwołam się do ostatnich wydarzeń w Rumunii. Tamtejszy rząd stracił większość, w tle są bolesne cięcia fiskalne. To pokazuje, że im dłużej odkłada się konsolidację finansów publicznych, tym trudniej jest ją przeprowadzić. Polska też podąża w tym kierunku?
„Zaklęcia” Trumpa nie pomagają. Paliwo w USA drastycznie drożeje. Dlaczego?
Nie da się tego przewidzieć. Na pewno w polityce fiskalnej z roku na rok mamy coraz gorsze wyniki. Deficyt okazuje się wyższy od prognoz Ministerstwa Finansów, od założeń Komisji Europejskiej, ekonomistów, agencji ratingowych. Mamy obok tego wysoką temperaturę polityczną i nowe pomysły, jak pakiet CPN, skrytykowany przez całą Radę Fiskalną.
Dla przeciętnego gospodarstwa domowego zysk wynikający z ograniczenia podwyżek cen paliw to 70-100 złotych, a wydajemy na to miesięcznie 1,6 mld złotych. Są tacy, którzy zaoszczędzili więcej, nawet po kilkaset złotych, dajmy na to właściciele dwóch SUV-ów, których stać na coweekendowe wyjazdy „za miasto”. Z punktu widzenia dyskusji o nierównościach majątkowych to jest kompletny absurd.
Przed nami wybory parlamentarne i kampania, w trakcie której worek z pieniędzmi po raz kolejny może się nam rozwiązać. Ma pan jakiś cień nadziei na to, że tak się nie stanie?
Gdybym w to nie wierzył, to nie startowałbym w wyborach na szefa Rady Fiskalnej (śmiech). Na razie ratują nas dobre parametry gospodarcze, ale one nie są dane raz na zawsze.
Zrównać wiek emerytalny kobiet i mężczyzn? „Korekta pożądana, potrzebna i naturalna”
Ujmę to w ten sposób: mamy gospodarkę jak z bajki o Złotowłosej, czyli „w sam raz”. Ale jest w tej opowieści jeden problem – w tej bajkowej chatce na samym środku stoi słoń i jest nim stan naszych finansów. My chcemy tego słonia wyprowadzić, odchudzić, może trochę poszerzyć dla niego drzwi. Możemy też oczywiście nic nie zmieniać, ale jeśli pozwolimy na dalsze psucie finansów, a po drodze dopadną nas szoki zewnętrzne, to będziemy bezradni. Politycy nie będą mogli wtedy powiedzieć „to nie nasza wina”.
Znów posłużę się obrazowym porównaniem: winą rządzących nie są ulewne deszcze i powódź. Ale to na politykach ciąży odpowiedzialność za to, czy zbudowali na czas wały przeciwpowodziowe, które będą nas chronić.
Rozmawiał Tomasz Setta, dziennikarz money.pl