1. Szumert wytrzymał debiut w play-off

Owszem, Zastal Zielona Góra przegrał 78:80 pierwszy mecz w Szczecinie, ale Jakub Szumert i tak może być z siebie zadowolony. A my — życzący dobrze polskiej koszykówce — z jego postawy. 20-letni skrzydłowy zakończył swój debiut w fazie play-off z 18 punktami i 9 zbiórkami. Grał wszechstronnie, skutecznie, cierpliwie.

Nie załamał go średnio udany początek i zerowy dorobek w pierwszej kwarcie, a najwięcej rzucił w ostatniej. Jest w tym też kwestia zaufania trenera Arkadiusza Miłoszewskiego do młodego zawodnika. Pozwolił mu przecież przebywać na parkiecie aż prawie 31 minut. Owszem, Szumert zapracował na obecne zaufanie w trakcie rundy zasadniczej, ale właśnie — mógł na to zapracować, bo miał okazje, by się wykazać. Okazje przez e na końcu, liczba mnoga.

Trudno sobie przypomnieć tak dobry występ młodego polskiego zawodnika w fazie play-off polskiej ligi, a przynajmniej ja nie potrafię, choć spokojnie sięgam koszykarską pamięcią ćwierć wieku wstecz. Jeśli spojrzeć na to statystycznie, to z pomocą przychodzi niezawodny Puls Basketu i dochodzimy do wniosku, że przez ostatnie dwie dekady nie było młodszego Polaka, który miałby u nas w play-off takie liczby w jednym meczu. Wcześniejszych statystyk nie ma.

Swoją drogą na liście ośmiu najmłodszych nazwisk z 18+9 w ogóle w polskiej lidze (runda zasadnicza albo play-off) aż pięć to Szumert z tego sezonu. Najmłodszy był 18-letni Michał Michalak, który jednak robił takie rzeczy w 2012 roku w słabym ŁKS-ie Łódź.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Warto tu zauważyć, że dla Zastalu Szumert to znakomity interes, a na jego grze prawdopodobnie klub zarobił. Dzięki minutom Szumerta Zastal skończył drugi w rankingu wykorzystania graczy do lat 23, co oznacza, że dostanie 300 tysięcy złotych. Według nieoficjalnych szacunków kontrakt zawodnika w sezonie 2025/26 był niższy niż ta kwota.

Kolejny zapewne będzie znacznie wyższy i byłoby nawet dość dziwne, gdyby nie oznaczało to wyjazdu Szumerta z ojczyzny. Owszem, mógłby teoretycznie spróbować sił w zespole ze ścisłej polskiej czołówki z europejskimi pucharami, ale jeśli ma możliwość zmierzenia się z poważniejszymi wyzwaniami, to niech korzysta. Zresztą możliwe, że teraz odbywam tu tylko niepotrzebne gdybanie, bo Szumert już postanowił przenieść się do NCAA. W lidze akademickiej prawdopodobnie będzie mógł zarobić w najbliższym sezonie najwięcej. Oby także nauczyć się najwięcej.

Wracając zza oceanu — Zastal w pierwszym meczem w Szczecinie pokazał, że brak kontuzjowanego Chavaughna Lewisa nie sprawia, że to słabszy zespół. Może nawet wręcz przeciwnie? Przecież Zastal był o krok od wygranej mimo tego, że Andrzej Mazurczak zagrał ledwie 17 minut z powodu problemów z faulami.

2. Brak Barbitcha bardziej widoczny

Przed konfrontacją Śląska Wrocław z Arką Gdynia zastanawialiśmy się, czy większym problemem będzie (dla ich pracodawców) nieobecność Noah Kirkwooda czy jednak Milana Barbitcha. Moja teza była taka, że jeśli zabraknie obu, to bardziej straci na tym Arka. Czy to się potwierdziło? Chyba tak.

Owszem, Arka cztery minuty przed końcem czwartej kwarty prowadziła 79:65 i przegrała dopiero po zrywie Śląska, serii 16:0 i dogrywce. Ale może do tej zapaści doszło właśnie m.in. dlatego, że Arce zabrakło takiego zawodnika jak Barbitch?

Pod jego nieobecność ograniczona jest liczba zawodników kozłujących mogących odpowiadać za kreowanie akcji lub chociażby przeprowadzenie piłki na połowę ataku. Gdy nie grał Kamil Łączyński, to robili to Luke Barrett, Jakub Garbacz, Mike Okauru oraz Filip Kowalczyk.

Barrett i Garbacz nie zajmują się tym „zawodowo”. Okauru niby trochę tak, ale on — biorąc pod uwagę okoliczności — niespodziewanie rzadko był w tej roli wykorzystywany. 20-letni Kowalczyk dostał zaskakująco dużo minut (prawie 16) i mimo łącznie 3 strat to nawet nie był całościowo zły występ, ale najlepiej pasuje tutaj określenie „poprawny”. Trudno też oczekiwać, że nagle różnicę zacznie robić ktoś, kto większą część sezonu spędził na ławce rezerwowych i w wielu meczach nie grał nawet sekundy.

Trener Śląska Jacek Winnicki zaapelował do statystyków, by sprawdzić, kiedy po raz ostatni jakiś zespół miał u nas w play-off 17 przechwytów. Ale jeszcze większe wrażenie robią aż 24 straty Arki. 7 z nich popełnił Łączyński, 5 Barrett. Wrocławianie wiedzieli, że przy rywalu mającym ograniczony skład presja na kozłujących jest szczególnie wskazana.

Jednocześnie naprawdę niewiele brakowało, by Arka ten mecz wygrała. Przecież z trafieniem w ostatniej minucie trójki Garbacz spóźnił się o jakieś 0.1 sekundy. Czy wtedy uznalibyśmy, że brak Barbitcha wcale nie był bardzo istotny? Ciekawe, prawda?

3. Williams ważniejszy niż Djordjević

Jeśli transfer Jarvisa Williamsa do Śląska wywołał w trakcie sezonu poruszenie, to tylko dlatego, że był to powrót zawodnika grającego we Wrocławiu przed dekadą. Właściwie można użyć sformułowania „ciekawostka”. Gdyby nie ten epizod w jego CV (i późniejszy w Radomiu), to wymiana rezerwowego centra przeszłaby bez większego echa. W ostatnich tygodniach coraz częściej okazuje się, że to mógł być kluczowy ruch.

Po sensacyjnym zwolnieniu Ainarsa Bagatskisa i przejęciu zespołu przez jego wcześniejszego asystenta Jacka Winnickiego Williams odgrywa poważniejszą rolę niż nominalny pierwszy środkowy Stefan Djordjević. Okej, mamy małą próbkę do oceny, bo jednostronny mecz w Krośnie ze spadkowiczem nie jest miarodajny, więc Śląsk Winnickiego zagrał tylko dwa wyrównane spotkania — w Zielonej Górze i teraz z Arką. W obu Williams zagrał zdecydowanie więcej minut niż Djordjević. Łącznie ponad 50, a Chorwat niecałe 30.

Djordjević ma większy repertuar zagrań podkoszowych, jest lepiej wyszkolony technicznie, silniejszy, cięższy i potrafi (a przynajmniej tak się wydaje) „ustać” takim centrom jak Kresimir Ljubičić z Arki. A jednak Winnicki bardziej ufa Williamsowi, co widzieliśmy właśnie w tym spotkaniu z Arką, w którym Amerykanin miał 8 punktów, 5 zbiórek, 5 przechwytów i 4 bloki!

Dlaczego? Williams jest niższy, ale bardziej sprawny i atletyczny, co daje atuty w defensywie. Jest w stanie zamienić krycie i postraszyć niższych rywali. Teoretycznie Arka powinna przynajmniej spróbować wykorzystać w takim ustawieniu atuty Ljubičicia, ale w czwartej kwarcie i dogrywce nic takiego się nie wydarzyło.

4. Powrót Schenka nie naprawił Trefla

Po słabym finiszu rundy zasadniczej porozbijany kontuzjami w Sopocie liczyli, że kopa drużynie da powrót na parkiet kapitana Trefla Jakuba Schenka. W obozie Dzików na informacje o jego pierwszym od kilku tygodni występie wcale nie patrzyli z wielką obawą. Raczej zadawali sobie pytanie, czy to na pewno zła wiadomość.

Schenk zagrał nieźle, choć krótko, bo tylko 6 minut w pierwszej połowie i 14 łącznie. Miał 9 punktów i 7 asyst. Pokazał charakter i waleczność, ale Trefla nie zbawił i nie naprawił. Jego drużyna straciła aż 107 punktów! Po raz drugi w ciągu kilku miesięcy nie była w stanie zatrzymać ataku Dzików. Przecież w rundzie zasadniczej przegrała z nimi oddając 104 punkty.

Nieobecny w tym meczu center Mikołaj Witliński być może całościowo jest mniej wartościowym koszykarzem niż Schenk, ale jego powrót prawdopodobnie przydałby się Treflowi. Wiadomo — to nie jest wybór, ale efekt stanu zdrowia.

Natomiast strata Witlińskiego jest widoczna, bo Treflowi brakuje ludzi, którzy mogliby karcić Dziki pod obręczą. Brakuje też (co może ważniejsze) możliwości korzystania z wyższego ustawienia składu z Mindaugasem Kacinasem i Kennym Goinsem obok środkowego.

Po kontuzji Witlińskiego taki układ — z Szymonem Zapałą na piątce — widzieliśmy tylko przez niecałe 6 minut w jednym meczu w Słupsku. Wcześniej zestaw Kacinas-Goins-Zapała/Witliński grał przez 277 minut i był o 54 punkty lepszy od rywali.

5. Legia nie powtórzy scenariusza z Górnikiem

Rok temu w ćwierćfinale koszykarze Legii Warszawa rozpoczęli — o czym jeszcze wtedy nie wiedzieli — drogę po mistrzostwo Polski od serii z Górnikiem Wałbrzych. Pierwszy mecz w ćwierćfinale był imponujący, na Bemowie gospodarze rozgromili wtedy gości 86:55. Rozmiary zwycięstwa Legii były lekko zaskakujące, bo przed rozpoczęciem serii mogliśmy ją uznawać za zespół w zasięgu tamtego Górnika, który przecież rundę zasadniczej skończył na piątym miejscu z jedną wygraną mniej niż Legia, a wcześniej zdobył Puchar Polski.

Już dwa dni później wałbrzyszanie byli w stanie sprowadzić Legię do swojego poziomu ofensywnego i wygrać w Warszawie. Wiemy, jak potoczyła się tamta seria w Wałbrzychu — dwa zwycięstwa Legii, 3-1 i awans.

Teraz inauguracja play-off w Warszawie może wydawać się bliźniaczo podobna do ubiegłorocznej. Legia rozgromiła MKS Dąbrowa Górnicza 100:66. Kompletna dominacja. 60 proc. z gry i 50 proc. za 3 Legii. 34 proc. z gry i 28 proc. za 3 MKS-u.

Czy jest możliwe, by także spotkanie numer 2 było bliźniaczo podobne do ubiegłorocznego? Nie.

No dobrze, w teorii wszystko jest możliwe, ale byłaby to jeszcze większa sensacja niż rok temu. Legia ma nad MKS-em dużo większą przewagę kadrową niż miała nad Górnikiem. Nie zapominajmy, że tym razem gra najlepszy zespół rundy zasadniczej z drużyną, która zajęła w niej dziewiąte miejsce i awansowała do play-off poprzez play-in.

Te dwa dodatkowe mecze baraży rozegrane przez MKS też na pewno działają na dąbrowian niekorzystnie. Skoro musieli zagrać w środę, piątek, sobotę i potem w czwartek, to mają prawo być bardziej zmęczeni niż Legia, która miała tydzień przerwy po 30. kolejce rundy zasadniczej.

Owszem, rzut oka w statystyki może sugerować, że to był wyjątkowy dzień rzutowy Legii. Faktycznie 14/22 za 3 po trzech kwartach i 16/32 na koniec to imponujące liczby. Tyle tylko, że to w przeważającej większości były dobre i bardzo dobre pozycje. To nie był np. Andrzej Pluta trafiający swoje ulubione stepbacki.

Owszem, spodziewajmy się, że MKS zagra lepiej i nie przestrzeli tylu rzutów spod obręczy (10/28 z trumny!), ale te pudła to też nie był przypadek. Siedem bloków Legii to tylko wierzchołek góry lodowej, jeśli mówimy o defensywie w strefie podkoszowej.

W sobotę na Bemowie najprawdopodobniej znowu nie będzie wielkich emocji.