CEZARY KOLASA: Jest pan zaskoczony, że Korona do końca walczy o utrzymanie w PKO BP Ekstraklasie?
MACIEJ BARTOSZEK: Oczywiście, że jestem zaskoczony. Nie tylko sytuacją obecnej Korony, ale również i Widzewa Łódź. W najbliższej kolejce zmierzą się dwa kluby, do których w ubiegłym roku weszli prywatni właściciele. W Widzewie wielomilionowe transfery, w Koronie może skala była nieco inna, ale też doszło do sporych wzmocnień gotówkowych, które zapowiadały się dobrze.
Pamiętam, gdy pracowałem w Kielcach, to nie mogliśmy sobie pozwolić na tego typu transfery. Jedyny gotówkowy, który sobie przypominam, to wykup Jakuba Żubrowskiego ze Stali Mielec, ale to było kilkadziesiąt tysięcy zł. Teraz wydawało się, że Korona będzie na pewno zabezpieczona pod kątem finansowym, a pieniądze właściciela odpowiednio spożytkowane, a jednak widzimy, że w przypadku zarówno Korony, jak i Widzewa, nie poszło to w odpowiednim kierunku. Szkoda. Niestety, ale obie drużyny będą bić się o utrzymanie do ostatniej kolejki. Liczę na to, że obie zostaną na kolejny sezon w Ekstraklasie.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Mało kto się spodziewał po pierwszych miesiącach sezonu, że Żółto-Czerwoni zaliczą taki regres, nawet jeśli tabela była wyraźnie spłaszczona.
Korona naprawdę wyglądała nieźle, ale od pewnego czasu coś się zacięło, zespół wpadł w dołek. Muszę niestety podkreślić, że sygnały, które płyną z klubu, nie są najlepsze i komfortowe. Zespół jest w kryzysie, a czytamy doniesienia o roszadach oraz zwolnieniach czy zmianie dyrektora sportowego. W przestrzeni medialnej pojawiają się głosy, że dyrektor akademii wybiera trenerów, że zwalniany dyrektor sportowy miał się źle odezwać w kierunku właściciela.
To całe zamieszanie nie wpływa dobrze na drużynę. Można mieć przemyślenia, dokonywać pewnych rozliczeń, ale na koniec sezonu. Dziś wszystkie ręce na pokład. Wszyscy powinni ten wózek ciągnąć ku utrzymaniu drużyny w Ekstraklasie. Rozliczenia? Po sezonie. Trzeba trenerowi i zespołowi dać spokój, a tego w Koronie ostatnio brakuje. Jest dużo zamieszenia, spore oczekiwania przełożyły się na bardzo dużą nerwowość, a tak nie powinno być. Niezależnie od tego, co się dzieje, wszyscy powinni czuć wsparcie. Zespół prowadzi bardzo doświadczony trener Jacek Zieliński, który ma na swoim koncie mnóstwo meczów jako ekstraklasowy szkoleniowiec, ale nawet on potrzebuje w tak trudnym momencie wsparcia. Drużynie jest to potrzebne.
Gdy za pierwszym razem prowadził pan Koronę, klub też przechodził zmiany właścicielskie. Po zajęciu piątego miejsca w tabeli (2016/17) został pan trenerem sezonu, ale nowi zarządzający z Niemiec uznali już wcześniej, że bez względu na wynik pana odejście jest nieuniknione. Potrafi pan porównać te oba okresy?
Różnic jest bardzo wiele i są ogromne. Gdy przychodziłem do klubu, był w trudnym momencie i liczono każdą złotówkę. Na niewiele nas było stać. Drużyna zaliczyła fatalny start w sezon. Objąłem ją w listopadzie, wyniki zaczęły na tyle napawać optymizmem, że mimo braku większych pieniędzy potrafiliśmy ściągać zawodników, jak wspomnianego Żubrowskiego lub świetnego bramkarza Milana Borjana. Udało się wygospodarować pewne pieniądze, by dokonać roszad.
Nie wiem, czy ktoś to pamięta, ale ja pamiętam doskonale, że dzięki zajęciu piątego miejsca klub otrzymał znacząco większe środki niż zakładano i zdecydowanie poprawił swoją sytuację finansową. Kolejna sprawa: dzięki temu miejscu poprawiła się punktacja historyczna, która w kolejnych latach decydowała o dzieleniu środków z Ekstraklasy, więc wpływały jeszcze większe pieniądze.
Gala Ekstraklasy po sezonie 2016/17. Maciej Bartoszek ogłoszony trenerem sezonu po zajęciu piątego miejsca Korony KielceMichal Gaciarz / PressFocus / NEWSPIX.PL / newspix.pl
Zrobiliśmy bardzo dużo, ale zmienili się właściciele. Szkoda, że to zostało popsute. Wyprowadziliśmy Koronę praktycznie na zero, ale nowi właściciele z Niemiec przyszli ze swoimi ludźmi, wprowadzili mocne czystki i zadłużyli klub do tego stopnia, że jak przyszedłem do klubu kolejnym razem — w 2020 r. — to trzeba było go ratować. Wszelkie poczynione działania były przede wszystkim po to, żeby klub dalej istniał i funkcjonował… na poziomie centralnym! To trzeba jasno powiedzieć. Nie było wówczas wiadomo, czy klub będzie istniał na poziomie centralnym. Było bardzo blisko tego, by drużyna nie wystartowała w 1. lidze w sezonie 2020/21, ale ostatecznie się udało.
Tam były kilkutorowe działania. Po pierwsze — bardzo dużo energii i czasu trzeba było poświęcić, żeby klub uratować — namówić miasto, by przejęło klub z powrotem, sponsorów do współpracy, w tym Suzuki Motor Poland i pana Piotra Dulnika, żeby mocniej zaangażował się w klub. Zbudowana została wizja rozwoju i cieszy mnie, że w kolejnych latach ona była realizowana.
Druga strona medalu to zbudowanie drużyny, na którą nie do końca było wiadomo, czy będzie nas stać. Nie wiedzieliśmy bowiem, jakimi środkami finansowymi będziemy dysponować. Zostaliśmy z długami po poprzednich właścicielach z Niemiec. Pamiętam, że to był bardzo trudny okres, dużo wziąłem na siebie i to chyba też nie było najlepszym rozwiązaniem, ale cieszę się, że Korona jest teraz w innym miejscu, że jest w Ekstraklasie i ma prywatnego właściciela, związanego z klubem, Kielcami i województwem świętokrzyskim. Widać, jak przeżywa każdy mecz.
Maciej Bartoszek, Kamil Kuzera i Michał Dutkiewicz po zwycięstwie nad Lechią Gdańsk (14 maja 2017 r.)GRZEGORZ RADTKE / 058sport.pl / NEWSPIX.PL / newspix.pl
Aura przy Ściegiennego jest inna niż dziewięć lat temu.
To długo wyczekiwany właściciel. Trzeba jednak pamiętać, że finansowanie i budowanie klubu to także pewien proces. Trzeba to robić krok po kroku. Nie zawsze wydanie milionów euro na transfery, jak w przypadku Widzewa, od razu przyniesie oczekiwane efekty. Dziś Korona jest w Ekstraklasie i tam jest jej miejsce. Ważne jednak jest, żeby to wsparcie było cały czas. To coś, co mnie zawsze w klimacie kieleckim urzekało i co starałem się podtrzymać albo nawet podbudowywać, czyli wsparcie i poczucie jedności. Jestem przekonany, że każdy człowiek związany z Koroną zrobi wszystko, żeby ponieść tę drużynę do maksymalnego wysiłku i zaangażowania o Ekstraklasę dla Kielc.
Kiedy pan wróci na ławkę? Przerwa trwa już ponad dwa lata. W rozmowie z „Faktem” stwierdził pan, że nie chce kolejny raz przyjmować misji ratunkowej, „bez perspektyw na dłuższą i rzetelną pracę”. Zastanawiam się, czy to jest możliwe w polskim futbolu? Nie jest tak, że większość ofert to bitwa dla strażaka, bo inaczej nie będzie pracy?
Słuszne stwierdzenie, sam się nad tym zastanawiam. Mam pewne zobowiązania zawodowe. Praca trenera? Ona raz jest, raz jej nie ma, a trzeba z czegoś żyć i utrzymać rodzinę. Dlatego czasem nie jestem w stanie z dnia na dzień podjąć się trenerskiego wyzwania.
Była konkretna oferta dwa miesiące temu, ale potrzebowałem czasu, żeby wszystko to poukładać, a tam czas był ważnym aspektem. Oferta od poważnej i słownej osoby, a powiedziałem sobie po Kotwicy, że tylko z poważnymi ludźmi widzę współpracę. W momencie gdy realizuję dany projekt, nie jestem w stanie ot tak rzucić go, popalić mosty i wrócić do piłki i tak było właśnie w tym przypadku. Wcześniej człowiek nie do końca skutecznie dobierał te oferty, które spływały z klubów.
Teraz z doświadczenia wiem, że nie muszę nic nikomu na siłę udowadniać. Moja praca wystarczająco się broni. Czekam spokojnie, zobaczymy, co przyniesie przyszłość. To nie jest tak, że nie otrzymuję wielu ofert. Od pracy w Kotwicy miałem oferty też z Ekstraklasy, ale potrzebowałem odpocząć. Popatrzeć na wszystko z boku. Przeanalizować też swoje błędy, żeby wrócić na ławkę jeszcze mocniejszym. Nie jestem trenerem, który siedzi przy telefonie i czeka na jakikolwiek kontakt. To się zmieniło od pewnego czasu i jest zupełnie inaczej niż było kiedyś. Czy tęsknie? Oczywiście, że tak. Futbol jest moją pasją i bardzo ważną częścią mojego życia.