„Rozumiem mężczyzn, którzy mówią: jesteśmy traktowani tutaj nierówno” – powiedziała na antenie radiowej „Trójki” Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, odnosząc się do zróżnicowanego ze względu na płeć minimalnego wieku emerytalnego. Według niej ten próg trzeba zrównać, podwyższając go dla kobiet z 60 do 65 lat.

Jednocześnie ministra dodała, że jest to jej pomysł, a nie rządu. Krzysztof Paszyk został o to zapytany w piątek rano na antenie Radia Zet. Polityk negatywnie ocenił tę propozycję.

Były minister dodał, że obecnie w Polsce „jest mnóstwo ważniejszych tematów, które stanowią najważniejsze wyzwania dla bezpieczeństwa i przyszłości Polek i Polaków, niż akurat pomysły na wiek emerytalny”. Paszyk uznał, że „wszczynanie debaty, dzielenie Polaków tym problemem nie jest niczym dobrym”.

– Gdyby Polska 2050 miała trochę dłuższą pamięć historyczną to wiedziałaby, że to nie jest temat, który buduje w jakiś sposób i wniesie coś – podsumował Paszyk.

Grzegorz Siemionczyk, główny analityk money.pl ocenił, że „rozpoczynając ponownie dyskusję o podwyżce minimalnego wieku emerytalnego od kwestii sprawiedliwości tego systemu, ministra Pełczyńska-Nałęcz dobrze te nastroje społeczne wyczuła”.

„Błędnie jednak rozpoznała grupę dyskryminowanych. Zróżnicowany ze względu na płeć wiek emerytalny jest bowiem krzywdzący nie tylko dla mężczyzn, ale przede wszystkim dla kobiet. To one będą ponosiły koszt zbyt krótkiego stażu pracy w stosunku do długości życia na emeryturze. I to je trzeba przekonać do tego, że powinny pracować dłużej, a warunkiem rzeczywistego wydłużenia ich stażu pracy jest podwyżka minimalnego wieku emerytalnego” – pisze Siemionczyk.