Edyta Kowalczyk: Trzeci z rzędu finał PlusLigi, ale pierwszy zakończony upragnionym złotem sprawił, że panu też spadł kamień z serca?

Kryspin Baran (prezes Aluronu CMC Warty Zawiercie): Raczej, gdybyśmy przegrali trzeci ligowy finał z rzędu, otoczenie miałoby podstawy do krytykowania trenera, zawodników czy pewnych decyzji przez najbliższy rok. Ja zachowywałem spokój, bo nasze ostatnie wyniki od dwóch sezonów wskazywały, że zmierzamy w dobrym kierunku.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Uniknęliście też opinii, że dopiero gdy w przyszłym sezonie będziecie mieć galaktyczny skład, bo dołącza m.in. Tomasz Fornal, co wciąż jest nieoficjalne, złoto macie w kieszeni?

Coś w tym jest, że gdybyśmy teraz nie sięgnęli po mistrzostwo, to transfery, o których myśleliśmy już z dużym wyprzedzeniem, mogłyby zostać potraktowane jako paniczne ruchy, żeby koniecznie zdobyć złoto. Tytuł wywalczony w obecnym topowym składzie, choć jeszcze bez nowych transferów, jest stemplem jakości na pracy klubu i całego zespołu.

Rok temu problemy zdrowotne przeszkodziły im w walce o tytuł. Teraz wyciągnęli wnioski

Mateusz Bieniek powiedział, że był to najtrudniejszy sezon ligowy w jego karierze. Dla was, jako Aluronu CMC Warty Zawiercie również?

Odpowiem inaczej niż kapitan, bo jemu chodzi pewnie o duże natężenie spotkań, a ja patrzę bardziej na naszą sytuację zdrowotną. Przed tym sezonem operacji poddał się nie tylko Mateusz, ale także Aaron Russell. Koncepcja takiego inwazyjnego leczenia zrodziła się po rozmowach zawodników ze sztabem medycznym. Obaj siatkarze czuli odpowiedzialność, wiedząc, że są u szczytu kariery i nie chcą kuśtykać przez następne 10 lat, ale pograć jeszcze na wysokim poziomie. Ja nie ingerowałem w te rozmowy, bo nie uważam się za osobę kompetentną, natomiast jeśli docierały do mnie wnioski czy propozycje będące efektem przemyśleń między zawodnikami i sztabem, to staram się wprowadzać w życie te rozwiązania. Tak naprawdę poza skręceniem kostki Jurija Gładyra, które wyłączyło go z gry między październikiem i początkiem grudnia, uniknęliśmy poważnych kontuzji. Zdecydowanie bardziej cierpieliśmy ze względu na kłopoty zdrowotne w poprzednich rozgrywkach.

Wtedy na decydujące mecze w play-offach ze składu wypadł nie tylko Gładyr, ale też ówczesny atakujący Karol Butryn, za którego w ramach transferu medycznego dołączył do was Georg Grozer. Russell także nie był w pełni dyspozycji ze względu na kłopoty z kolanem, którego operacji poddał się dzień po finale Ligi Mistrzów. Problemy zdrowotne w połączeniu z ograniczeniami wynikającymi z limitu obcokrajowców stały się dla was lekcją na przyszłość?

Ryzykowne zestawienie paszportów w tamtym sezonie pokazało, że jeśli chcemy się pozycjonować wśród drużyn walczących o medale, to musimy to ryzyko minimalizować. W sporcie trudno przewidzieć kontuzje, ale jeżeli jeden uraz demoluje nam możliwość korzystania ze zmian ze względu na limity obcokrajowców, to już wiemy, czego unikać w przyszłości. Zresztą pamiętam, jak w sezonie 2018/19 razem z trenerem Markiem Lebedewem sięgaliśmy po przyjmującego Alexandre Ferreirę, który po wyjeździe z ligi koreańskiej zmagał się z urazem mięśni brzucha. Mark powiedział wtedy: „Kto ma ryzykować jak nie my. Wielcy gracze nie zdecydują się na coś takiego”. My dopiero wchodziliśmy do PlusLigi i to ryzyko się opłaciło, bo zajęliśmy czwarte miejsce na koniec sezonu. Dziś nasza pozycja jest zupełnie inna.

Ten wyjazd mógł mieć dla nich poważne konsekwencje. Okazało się inaczej

Z perspektywy czasu takim ryzykiem był wyjazd na grudniowe klubowe mistrzostwa świata do Brazylii? Sięgnęliście w nich po brąz, ale wcześniej musieliście przekładać spotkania i gonić z kalendarzem. Jednak trener Michał Winiarski podkreślał teraz, że tamten turniej dął mu wiele cennych informacji, jak przygotować zespół na najważniejszą część sezonu, a czego unikać.

Ta pogoń meczowa trwała przez jakieś 6-7 tygodni, gdy rozegraliśmy prawie całą pierwszą część rundy zasadniczej, więc wtedy zawodnicy mogli odczuwać zmęczenie. Jednak już podczas klubowych mistrzostw świata nikt nie był przemęczony i czuliśmy się zadowoleni ze swojej jakości gry. Natomiast na wyniku zaważył fakt, że w trakcie pobytu w Brazylii nie było hali, w której moglibyśmy regularnie trenować. Zamiast tego zespół głównie spacerował albo robił rozciąganie. To nas dobiło, przez co na boisku byliśmy jak dzieci we mgle. U Michała Winiarskiego treningi są bardzo dobre jakościowo, więc kiedy tylko możemy je odbyć, jesteśmy zdecydowanie lepsi.

Mówiło się, że w play-offach to granie co trzy dni i brak czasu na trening odbijały się na waszej dyspozycji. Zgadza się pan z taką tezą?

Mniej jestem zwolennikiem grania co trzy dni w rundzie zasadniczej niż w play-offach. W tej najważniejszej części sezonu częste granie pozwoliło nam utrzymać rytm meczowy.

Aż 11 lat czekaliśmy na to, żeby po złoto w PlusLidze sięgnęła drużyna prowadzona przez polskiego trenera. Michał Winiarski jest piątym Polakiem, który w XXI w. zdobył mistrzostwo Polski ze swoją drużyną. Ma to dla pana znaczenie?

Nigdy nie głosiłem populistycznych haseł o tym, że zatrudnianie Polaków jest lepsze. Przede wszystkim chciałem trenera z dobrym warsztatem pracy, głodnym rozwoju, dzięki któremu także klub może pójść do przodu. Wszystkie te aspekty spełniał Michał Winiarski, dlatego zdecydowaliśmy się na współpracę. Mogę się tylko cieszyć, że nie tylko pasował do naszego założenia, ale też widzimy efekty jego pracy.

Aaron Russell został MVP ostatniego meczu finałowego i znakomicie prezentował się w play-offach. Można powiedzieć, że z myślą o takiej dyspozycji Amerykanina zakontraktowaliście go dwa lata temu?

W Europie pamiętaliśmy właśnie tak prezentującego się Aarona za czasów jego występów w lidze włoskiej, czy wtedy, gdy zostawał MVP klubowych mistrzostw świata rozgrywanych w Polsce w 2018 r., jako zawodnik Trentino. Później spędził dwa sezony w Japonii i trafił do Zawiercia. U nas grał dobrze, ale miał problem z ruchomością kolana, co go mocno blokowało. Teraz jest już w pełni zdrowy, świetnie się zaaklimatyzował, a jego rodzina też dobrze czuje się w Polsce. To w połączeniu z mądrością zawodnika, jego umiejętnościami technicznymi i dobrą współpracą z trenerem sprawia, że Aaron może dawać z siebie wszystko.

Drugim z liderów waszej drużyny w play-offach był Bartłomiej Bołądź, który mocno falował na początku sezonu. Tymczasem okazało się, że jest zawodnikiem, który w najważniejszych momentach nie zawodzi. Z rozmów ze sztabem wiem, że on też potrzebował indywidualnej pracy, prawda?

Chwała dla Bartka, że prezentował się tak świetnie. W poprzednim klubie [PGE Projekt Warszawa] też przeplatał świetne jakościowo występy tymi słabszymi, ale gdy do podobnej sytuacji doszło w pierwszej rundzie sezonu zasadniczego, trener Winiarski podjął decyzję, że trzeba z Bartkiem popracować. Pojawiały się wtedy opinie, że został zmiennikiem, bo szkoleniowiec posadził go na ławce. Nie była to decyzja podjęta wbrew Bartkowi, a dla jego dobra. Musiał popracować technicznie nad panowaniem nad piłką po to, by wrócić do równej formy, ale też by przez niepowodzenia sam się nie spalał. W takich sytuacjach także otoczenie może stracić zaufanie do kolegi na boisku, więc trzeba reagować możliwie szybko. Bartek Bołądź zareagował tak, jak oczekiwał trener, nie obrażał się, że w kilku meczach zastąpił go Kyle Ensing. Pokazał, że jest zawodnikiem świadomym, bo cały ten proces pozwolił mu wrócić do właściwych automatyzmów.

Biorąc pod uwagę, że w przyszłym sezonie – wciąż nieoficjalnie – dołącza do was Kamil Rychlicki, a Bołądź zostaje w zespole, będzie można mówić o hierarchii atakujących?

Odpowiem może nie wprost, a odnosząc się do sytuacji, jaką mieliśmy na pozycji środkowego. Kiedy po sezonie 2023/24, gdy MVP wygranego przez nas turnieju finałowego Pucharu Polski zostawał Miłosz Zniszczoł, dołączał do nas Jurij Gładyr, wiele osób zadawało sobie pytanie, po co nam tak mocno obsadzony środek. A mieliśmy przecież cały czas Mateusza Bieńka w składzie. Na początku kolejnych rozgrywek Bieniek był kontuzjowany w związku z urazem stopy, którego doznał podczas igrzysk olimpijskich. Kiedy się wyleczył, to dosłownie tydzień później na ponad miesiąc z powodu kontuzji wypadł nam Zniszczoł. Na początku obecnych rozgrywek z urazem zmagał się z kolei Gładyr, więc gdybym miał wziąć pod uwagę trzy ostatnie sezony, to tylko od grudnia ubiegłego roku dysponowaliśmy trójką zdrowych, doświadczonych środkowych: Gładyr, Zniszczoł i Bieniek.

Poza tym mając taki skład na środku, mogliśmy dawać im czas na mocniejszy trening, zastrzyk i spokojny powrót do pełnych treningów. Nawet bez koncepcji dwóch równych szóstek, znanej z innych klubów, nie musieliśmy mocno rotować składem. Na przykład, gdy Gładyr miał mieć zastrzyk na kolano, było to komunikowane tydzień wcześniej, Jurek spędzał mecz z bandami, a w szóstce grali Miłosz z Mateuszem. Innym razem nie było Bieńka, bo po kilku dniach mocniejszego treningu w siłowni, potrzebował regeneracji. Dzięki tym wszystkim zabiegom nasi środkowi nie byli przeciążeni, a jednocześnie zaopiekowani pod względem medycznym. Nie doprowadzaliśmy też do sytuacji, w której panowałaby atmosfera niezdrowej rywalizacji.

Rozmawiając o zakończonym niedawno sezonie PlusLigi nie sposób zapomnieć o sytuacji JSW Jastrzębskiego Węgla. Klub, który jeszcze rok temu rywalizował z wami w Final Four Ligi Mistrzów, znalazł się na skraju upadku. Jak pan patrzy na tę sytuację z perspektywy przedstawiciela środowiska? Czy jest to sygnał alarmowy dla naszej ligi?

Ja bym nie robił z tego ogólnego problemu ligi, bo wszyscy rozumieją to, że kłopoty klubu są pochodną kryzysu energetycznego i sytuacji spółki. Natomiast jeśli kluby sportowe mają wyciągnąć jakiś wniosek, to licząc na swój stabilny rozwój i długowieczność, powinny szukać wielu źródeł finansowania. Nawet jeśli sponsor główny, jak to było w przypadku Jastrzębskiej Spółki Węglowej, optował za tym, że chce być jedynym i blokował działania klubu w celu poszukiwania nowych współprac, to powinniśmy przekonać, że dużo bezpieczniej jest mieć szerszą grupę wsparcia. Od lat podkreślam, że taki model w połączeniu z przychodami z dnia meczowego są najlepszym wariantem dla klubu. Sam tak buduję klub, że biorę pod uwagę, że każdemu sponsorowi mogą przydarzyć się problemy. Jednak jeśli budżet spadnie nam o 20 proc., to najwyżej nie będziemy na trzecim miejscu, a na ósmym w kolejnym sezonie i świat się nie zawali. A w Jastrzębskim Węglu ten świat się zawalił.

Niespełna 700 tys. zł otrzymują kluby z praw telewizyjnych

Czy da się w dzisiejszym sporcie funkcjonować bez pieniędzy z państwowych spółek? W Zawierciu większość wsparcia pochodzi ze środków prywatnych, ale w tym sezonie do grona sponsorów dołączył także Orlen.

Zgadza się, ale wkład Orlenu nie jest determinujący dla budżetu naszego klubu, bo jego świadczenia są na poziomie innych dużych, prywatnych firm. Ja nigdy nie będę wskazywał, czy w finansowaniu powinien dominować sektor samorządowy, państwowy czy prywatny. Powinniśmy raczej szukać balansu, by żadna z tych gałęzi nie była determinująca, ale łączyły się ze sobą.

Czy 700 tys. złotych dla klubu z tytułu praw telewizyjnych to dużo, czy mało?

Kwota, jaką pani podała, odbiega od tej, którą otrzymujemy, ale niewiele. Jednak była to wspólna decyzja klubów sprzed bodajże ośmiu lat, aby wszyscy dostawali takie same pieniądze po sezonie. Kluby wyszły bowiem z założenia, że nie powinno się pogłębiać różnic między tymi, którzy sukcesy osiągają i dołem tabeli, nieco słabszym ekonomicznie czy jakościowo. Oczywiście do tego dochodzą premie dla medalistów czy zdobywców pucharów.

To jest sprawiedliwe rozwiązanie?

Może nie jest to motywujące, gdy medalista dostaje taką samą kwotę, co spadkowicz, ale to pozostawiam do dyskusji za półtora roku, gdy negocjowana będzie nowa umowa. Myślę, że wraz z rosnącą popularnością dyscypliny, a co za tym idzie – jej oglądalnością, powinien iść wzrost wartości praw mediowych. We wszystkich dyscyplinach taka prawidłowość ma miejsce. Z drugiej strony – umowy długoterminowe dają stronom gwarancję bezpieczeństwa, że jeśli wartość produktu spadnie, to nie zmienią się dochody. Może na przyszłość pojawi się rozwiązanie, w którym mając więcej z tego tortu do podziału, wprowadzi się także elementy ruchome. Jeśli ostatnio dyskutowaliśmy o zasadności grania meczu o 5. miejsce, to może dodatkowe 50 tys. dla drużyny, która wygra tę rywalizację, byłoby motywacją.

Właśnie po raz drugi w historii klubu przystępujecie do rywalizacji w Final Four Ligi Mistrzów, gdzie podobnie jak przed rokiem zagrają dwa polskie kluby, a oprócz nich także turecki i włoski. Ta sytuacja dobrze oddaje pozycję PlusLigi w Europie?

Na pewno nie jest to przypadek. W innych ligach – włoskiej czy tureckiej mamy dużo większe rozwarstwienie. Bardziej widoczna jest różnica jakościowa między zespołami z góry i dołu tabeli, co nie ma miejsca w PlusLidze. Pod względem poziomu sportowego ligi, jesteśmy zdecydowanym liderem. Natomiast, trzeba wziąć pod uwagę, że tytułu w Lidze Mistrzów broni aktualny klubowy mistrz świata, czyli zespół z Perugii. Trudno dyskutować z faktami.

Z Perugią graliście w ubiegłorocznym finale, a tym razem w walce o wejście do niego zmierzycie się z Ziraatem Bankasi Ankara. Turecki zespół jako pierwszy z czwórki półfinalistów zakończył swoje krajowe rozgrywki i miał trzy tygodnie przerwy, a wy przystępujecie do walki o medale zaledwie sześć dni od wywalczenia mistrzostwa. Czy to może mieć wpływ na wynik?

Przekonamy się o tym w sobotę wieczorem, ale doświadczeni trenerzy podkreślają, że zbyt długie przerwy potrafią wybijać z rytmu meczowego, czego Ziraatowi życzę. My skończyliśmy finałowe zmagania w niedzielę i według mnie sześć dni to idealny czas, by odrobinę odpocząć, potrenować, a jednocześnie nie wypaść z rytmu.