Wypadki były, są i będą częścią sportu żużlowego. Nie da się ich ograniczyć do zera. Można próbować minimalizować ich skutki, co zresztą się dzieje. Władzom polskiego żużla można zarzucać bardzo wiele, ale na pewno nie bierność w tych kwestiach.
Karambol z Gniezna, w którym bardzo poważnych obrażeń doznał 19-letni Patryk Budniak, wstrząsnął środowiskiem żużlowym i nie tylko. Nic dziwnego. Obraz przelatującego kilka metrów nad bandą zawodnika wraz z motocyklem zszokował nawet fanów czarnego sportu.
Oni w ostatnich latach widzieli już wiele, ale czegoś takiego jednak jeszcze nie. To zrozumiałe, że wydarzenie komentowali również ludzie, którzy na co dzień dyscypliny nie obserwują.
ZOBACZ WIDEO: „Nie chciałem być tak traktowany”. Nagel tłumaczy powody zmiany klubu
Liczba śmiertelnych wypadków w żużlu w ostatnich latach drastycznie spadła, a te przywoływane najczęściej mają znacznie szerszy kontekst. Często na tragiczne finały tych historii miały wpływ zupełnie inne czynniki niż kwestie bezpieczeństwa.
Żużel stał się bezpieczniejszy przede wszystkim za sprawą wynalazku Tony’ego Briggsa, który sam kiedyś doznał urazu kręgosłupa. Wpadł on na pomysł, by drewniane bandy obłożyć pneumatycznymi, amortyzującymi skutki zderzenia z ogrodzeniem.
Gdyby nie tzw. „dmuchawce” okalające na wirażach tory żużlowe, w naszym kraju stosowane od 20 lat, mielibyśmy do czynienia z wieloma wypadkami śmiertelnymi i kontuzjami, powodującymi kalectwo wśród sportowców. Wynalazek Nowozelandczyka zrewolucjonizował bezpieczeństwo w sporcie żużlowym i ocalił wiele istnień.
Zasadne jest jednak pytanie, czy można zrobić coś jeszcze, by było bezpieczniej – o czym pisał dziennikarz Sportowych Faktów Łukasz Kuczera. Odpowiedź brzmi: można. Trzeba ograniczyć prędkość. Wraz z rosnącymi zabezpieczeniami torów w ostatnich dwóch dekadach obserwowaliśmy też dziki pęd do rozwijania coraz większych szybkości w sporcie żużlowym.
Nie jesteś szybki, przegrywasz. Umiejętności czysto jeździeckie stały się mniej istotne niż prędkość w motocyklach. Tunerzy silników starają się wykrzesać coraz więcej, a zawodnicy dzięki ustawieniom różnych parametrów, w zależności od toru, chcą być po prostu szybsi. Inaczej nie wygrywają i nie zarobią pieniędzy. Dużych pieniędzy.
Ile razy po meczach ligi słyszymy od żużlowców: brakowało mi prędkości albo, że będziemy szukać rozwiązań z tunerem? Paradoks polega na tym, że cała Polska dyskutuje właśnie o bezpieczeństwie żużlowców, ale to oni sami szukają sposobów na zwiększenie osiągów swoich motocykli. A zwiększone osiągi to zwiększone ryzyko.
Nie można ich jednak za to winić. To element rywalizacji. O punkty, pozycję w dyscyplinie i pieniądze. A ta walka leży w ich naturze. To oznacza, że decyzje ograniczające prędkości motocykli muszą zapaść odgórnie. Żużel wcale nie stanie się przez to mniej widowiskową dyscypliną sportu. Ba, może być nawet bardziej ciekawy, bo wtedy większe znaczenie będą miały umiejętności sportowe, a nie moc silnika. Można zatem powiedzieć, że żużel jednak ma coś wspólnego z Formułą 1, bo w ostatnich latach zmierzał w kierunku królowej motosportu właśnie z powodu szalonych prędkości.
Ten wyścig zbrojeń trzeba zatrzymać. Szacuje się, że w Gnieźnie żużlowcy uderzyli w bandę z prędkością około 120 km/h. Czy gdyby prędkość była o 10 lub 20 kilometrów niższa, uniknęlibyśmy takich konsekwencji? Gwarancji nie ma, ale szanse na pewno byłyby większe.
Nie możemy jednak wymagać od zawodników, że to oni zaproponują zmiany. Dyskutujemy o tym w Polsce, gdzie zostało zrobione już bardzo wiele, a tak naprawdę to rola Międzynarodowej Federacji Motocyklowej FIM. Tylko odgórnie wprowadzone regulacje dotyczące silników, opon, mogą coś zmienić. Inaczej znów wrócimy do rozmów o bezpieczeństwie, gdy wydarzy się kolejna tragedia lub koszmarny wypadek, bo w żużlu nadal będzie chodzić o to, by być o ułamek sekundy szybszym od rywala.
Maciej Kmiecik, dziennikarz WP SportoweFakty