
Muzyk, kompozytor, instrumentalista, założyciel i lider zespołu Kombi, producent muzyczny – Sławomir Łosowski rysuje od wczesnego dzieciństwa. Jego rysunki współczesne, określane przez niego jako Gra-fiki, to komentarze do tego, co wokół i opowieści tworzone charakterystyczną czarną kreską. Wystawę tych rysunków z okazji 50-lecia zespołu Kombi zobaczymy już od wtorku w Browarze Miejskim Sopot. Z artystą rozmawiamy o tym, skąd u niego taka pasja, o muzyce elektronicznej i jak się ona zmieniła od lat 80., o nowej płycie „Instrumentalnie” i nowym teledysku, a także o kotach, laserach i vokoderach.
tak, bardzo mi się podoba
26%
tak, zetknęłam/zetknąłem się z nią kiedyś
20%
nie, znam tylko jego muzykę
38%
nie, ale chętnie poznam
16%
Magdalena Raczek: Nie wszyscy wiedzą, że poza muzyką zajmuje się pan również rysowaniem. Skąd taka pasja? Czy to pana ojciec – słynny gdański rzeźbiarz Alfons Łosowski – zaraził pana miłością do sztuki?
Sławomir Łosowski: W dzieciństwie oboje z siostrą rysowaliśmy, bo w rodzinie artysty trudno byłoby, żebyśmy nie rysowali, ale ojciec nas specjalnie nie zachęcał. Po prostu mieliśmy ułatwiony dostęp do papieru i kredek. W jakimś sensie nawet musiałem rysować, gdyż rodzice, idąc do pracy, zostawiali mnie samego w domu i jedynym zajęciem, które mnie pochłaniało godzinami, było rysowanie. Krótko chodziłem do przedszkola i rodzice mnie zabrali z powodu ciągłych infekcji, głównie angin. Mieszkaliśmy wtedy we Wrzeszczu. Starsza siostra już chodziła do szkoły, a ja miałem swój mały stolik i rysowałem, czekając na powrót rodziców.

40-lecie „Słodkiego miłego życia”. Kombi wydało jubileuszowy klip
Pamięta pan, co rysował i czym?
Rysowałem w różnych technikach: kredki, tusze, patyczkami i pędzelkami, trochę wodnych farbek dziecięcych. Jak ojciec wracał, to odrzucał te rysunki, które pozalewałem lub te słabe, i palił nimi w piecu, a dobre odkładał. Tak powstała teczka z ok. tysiącem prac, które ojciec przechował. Te rysunki to jest petarda – nie tylko ze względu na moją wyobraźnię, ale też dlatego, że byłem kronikarzem. Rysowałem życie rodzinne, np. mieliśmy dwie grusze na posesji, więc uwieczniłem zbieranie gruszek albo moje wakacje na wsi, ale też to, co widziałem z okien na piętrze: rampę kolejową we Wrzeszczu, gdzie były wszelkie przeładunki i kwitło życie towarowe, traktory, furmanki, potem ciężarówki, wagony, towary różne, dźwigi. Z okna widać było także lotnisko we Wrzeszczu.
Rysowałem też sceny i bohaterów z bajek – bardzo dużo chodziłem na przedstawienia Teatru Lalek Miniatura. Nauczyłem się też dość szybko czytać, więc czytałem różne bajki i rysowałem bohaterów oraz sceny z bajek. Ale są także rysunki przedstawiające historyczne wydarzenia, na przykład wizytę kardynała Wyszyńskiego w Gdańsku, święta kościelne, pochody pierwszomajowe.
Rysowanie z panem zostało i rysuje pan do dziś. Co zobaczymy na sopockiej wystawie?
W życiu dorosłym też rysuję, bardziej okazjonalnie, na przykład, żeby komuś narysować coś na prezent. Na wystawie będzie niewielki przekrój, bo tylko ok. 50 prac. Trochę będzie takich starszych z lat 90., trochę najświeższych, z ostatnich dwóch, trzech lat. Śmieję się, bo mógłbym tych współczesnych prac pokazać więcej, ale nie ma tyle miejsca i trzeba wybierać.
Papier i czarny pisak – tyle panu wystarczy, żeby stworzyć nowy obraz?
Czarne pisaki wyniknęły z praktyki, bo rysuję w przerwie między koncertami, na trasach. Staram się jedynie, żeby papier był lepszy, nie taki od drukarki, tylko bardziej trwały. I to jest dla mnie najprostsza technika. W zasadzie mógłbym spokojnie rysować na tablecie. Nawet kiedyś dostałem taki w prezencie, ale wolę pozostać przy mojej technice, nazwijmy ją domową. Już tego nie będę zmieniał. Traktuję te rysunki jako odskocznię i robię to, kiedy mam czas. Te rysunki się ludziom bardzo podobają, chętnie je oglądają, nawet niektórzy kupują.
A jaki ma to związek z pana muzyką?
Moja muzyka w dużej mierze jest ilustracyjna. Zawsze się coś w niej kryje – to nie jest tak, że buduję utwór na zasadzie wzoru czysto muzyczno-matematycznego. Często inspirują mnie obrazy, wydarzenia, co potem przekładam na muzykę. Natomiast piosenka zawsze ma narzucony tekst i ludziom się będzie zawsze kojarzyć z tekstem. Nikt nie wie, co się kryło w „Słodkiego miłego życia”, zanim powstał tekst. Więc podobnie jak w rysunkach, w muzyce inspiracją jest dla mnie to, co widzę, co mnie zachwyca lub przynajmniej interesuje.
To połączenie muzyki i obrazu jest u pana silne. Zaprojektował pan rysunki na ubiory sceniczne zespołu, są one też obecne między innymi na płycie „Tabu” i w teledysku „Jeszcze wszystko przed nami”. Okładka najnowszej płyty „Instrumentalnie” jednak została stworzona przez kogoś innego?
Przy płycie „Instrumentalnie” poprosiłem o to profesora Roberta Jundo, znakomitego twórcę. Chciałem, żeby ktoś na to spojrzał ze swojej strony, ale on i tak spojrzał w moim kierunku, wychodząc od klawiatury. Zrobił fantastyczną grafikę. Narysował też rysunki do teledysku „Koronacja” – utworu, który skomponowałem w ub.r. z okazji 1000-lecia koronacji Bolesława Chrobrego. Dobrze współpracować z innymi twórcami, powstają wtedy rzeczy bardzo ciekawe.
Podobnie sprawa wygląda przy waszym najnowszym teledysku do instrumentalnej wersji „Słodkiego miłego życia”?
Ten teledysk obejrzało już ponad trzy miliony osób. Zależało mi na tym, aby szczególnie teraz, na podsumowanie 50-lecia, pozostawiać dla słuchaczy coś bardzo artystycznego, gdzie jest twórcza, prawdziwa energia. Takie są ostatnie dwa teledyski i muzyka tych dwóch utworów. W latach 80. kilku prezenterów uważało Kombi za coś bardzo komercyjnego, tylko z tego powodu, że mieliśmy ładne melodie i ludziom się piosenki podobały. Odbierali naszą muzykę powierzchownie na podstawie kilku singlowych piosenek, nie wsłuchując się w pozostałą bogatą twórczość. Historia pokazała, że Kombi wniosło do polskiej muzyki swój znaczący wkład, a instrumentale i piosenki zespołu znane są nadal milionom Polaków.
Teledysk jest zrealizowany w stylistyce gier komputerowych z lat 80., pojawiają się nawiązania do superbohaterów, Star Wars itp. Skąd taka koncepcja?
Teledysk powstał na kanwie autentycznych awarii mojego kultowego instrumentarium. Miałem taki pomysł, że się w pewnym momencie buntuje i zaczyna toczyć ze mną wojnę. Druga wersja była taka, że atakują mnie jakieś wirusy czy kosmici. Twórcy teledysku dołożyli swoją cegiełkę twórczą i uznali, głównie Marcin Szymczak, który rysował, żeby zrobić taką ciekawą narrację, połączyć współczesność z historią. To mu się bardzo dobrze udało. Myślę, że ten teledysk wiele mówi o mnie, o Kombi, o samej piosence, jest wielowymiarowy. Twórcy teledysku zbudowali opowieść z przymrużeniem oka. Dołączyliśmy do tego Kropkę, czyli moją kotkę, która ciągle przebywa w tym miejscu, gdzie pracuję i towarzyszy mi nieustannie. Co ciekawe, jej siostra bliźniaczka – Grandzia nie interesuje się sferą moich instrumentów, ona ma swój świat.
Koty są dla pana ważne?
Koty towarzyszą mi cały czas, to już jest kolejna edycja. Niestety nie żyją zbyt długo, ale panny Kropka i Grandzia są już 9 lat ze mną i moją żoną Marią. Koty są takimi stworzeniami, które bardzo poprawiają nastrój. To jest genialna sprawa. Oprócz tego mają właściwości lecznicze. Kiedyś pierwszy kot Filip uratował moje kolana, które trochę zużyłem, chodząc po górach. Kładłem go na kolana i te problemy zniknęły – to było zalecenie lekarza rehabilitanta.
Wracając do spraw plastycznych, nie ciągnęło pana nigdy w inne obszary sztuki poza rysowaniem? Np. w malarstwo?
Bez problemu bym w to wszedł, ale muzyka jest priorytetem. Jest tylko czas na krótkie i możliwe w każdych warunkach rysowanie. Poza tym, że jestem muzykiem i twórcą, to jestem przede wszystkim szefem zespołu, właścicielem studia i firmy. To zajmuje dużo czasu. Na mojej głowie zawsze była niezliczona ilość rzeczy, to jest praca 24 godziny na dobę. Tak było od początku, odkąd założyłem zespół.
W latach 70. i 80. zespół grał na mojej aparaturze nagłaśniającej, którą zbudowałem można powiedzieć chałupniczo, co wymagało bardzo wiele pracy i czasu. Poszerzanie działań artystycznych nie byłoby wtedy możliwe, a teraz z kolei są inne tematy do pracy – żeby funkcjonować i istnieć cały czas na rynku, trzeba być obecnym w mediach, internecie, w mediach społecznościowych.
Nagrywa pan dla fanów rolki?
Od dawna nagrywam z żoną jako operatorem smartfona rolki, głównie związane z muzyką, ale czasem dla odmiany okolicznościowe. Teraz zacząłem serię rolek, które pokazują jakieś ciekawostki techniczne albo muzyczne z 50 lat historii Kombi. Nazwaliśmy to Synthfakty i będziemy pokazywać kulisy jakiegoś utworu lub odkrywać tajemnice mojego instrumentarium. Ludzi ciekawi, jak ta muzyka powstawała, moje zmagania techniczne, z których teraz się śmieję. Dla przykładu niedawno opublikowaną rolkę, w której opowiadam o vocoderze, obejrzało już ponad pół miliona osób.
A co to jest vokoder?
Vocoder jest to urządzenie elektroniczne, stary wynalazek do syntezy dźwięku. Za pomocą muzycznych vocoderów powstaje nowy dźwięk na bazie dwóch źródeł, w większości z wykorzystania ludzkiego głosu i brzmienia instrumentu. W moim przypadku głównie tak z niego korzystam. W muzyce zastosowany już dość dawno. Swój pierwszy vocoder kupiłem w 1979 r. Użyłem go do kilku utworów nagranych w Radiu Gdańsk, które potem znalazły się na płytach, między innymi w „Tańcu w słońcu” i „Leniwych snach”. Używam vocodera do dzisiaj – w nagraniach i na koncercie. Robię na nim na przykład chórki w piosenkach. Nadaje on charakterystyczne elektroniczne brzmienie.
Oprócz vocodera w mojej muzyce jest bardzo dużo nagranych sampli z natury, np. dźwięk ze starego kotła metalowego, który jest potem w perkusjonaliach, czy też mój własny głos lub stukanie w drewnianą podłogę. Fascynuje mnie tworzenie dźwięków, których nie ma, lub przetwarzanie dźwięków z natury. Nie lubię instrumentów, które mają gotowe barwy, wolę stwarzać własne brzmienia. Podobnie pracuję na syntezatorach. Oczywiście one też mają pewne ograniczenia i swoje określone możliwości, ale zawsze da się im nadać charakter twórcy.
Dziś otwiera się również wystawa rzeźb pana ojca, Alfonsa Łosowskiego i to też zajmuje panu czas?
Ostatnio zajmuję się właśnie twórczością mojego ojca. Mam w domu ponad 200 jego rzeźb, to ok. 40 proc. jego dorobku. Reszta jest rozsiana po Polsce i na świecie. Stworzyłem małą galerię 13 granitowych rzeźb przed moim domem. Pozostałe rzeźby podlegają zabiegom czyszczenia, a w przypadku rzeźb w drewnie – konserwacji, aby nie zostały zainfekowane żarłocznymi robalami. Po raz pierwszy od śmierci ojca, czyli od 1988 roku, będzie pierwsza wystawa jego rzeźb w Muzeum Uniwersytetu Gdańskiego – czynna od 15 maja do 31 października. Zobaczymy tam 50 prac ojca, 25 w granicie i 25 w drewnie.
Rozmawialiśmy o obecności sztuki w pana domu rodzinnym, a jak to było z muzyką? Czy muzyka też była obecna?
Była obecna z tego powodu, że kiedyś wypadało, żeby dzieci uczyły się muzyki. Ale nie była na pierwszym planie – najważniejsza była sztuka ojca, która dominowała w domu i w moim dzieciństwie. Właściwie muzyka mną zawładnęła razem z modą: powstali Beatlesi, Stonesi, byłem jako nastolatek na koncercie Animalsów w 1965 roku w Hali Stoczni i to zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Ale nie zamierzałem być zawodowym muzykiem, miałem iść na sztuki piękne.
W liceum czasami na przerwach coś zagrałem na pianinie i mnie namówił kolega-perkusista, żebym założył zespół. Kiedy zobaczyłem, że ludziom się to podoba i jeszcze na tym można zarabiać, to pragmatycznie poszedłem w tym kierunku. Okazało się, że mam możliwości, aby tworzyć własną muzykę, nowe utwory, ale przede wszystkim nadać muzyce osobisty charakter brzmieniowy. Od razu poszedłem w kierunku elektroniki, eksperymentów. To mnie fascynowało. Nie przepadałem, mówiąc szczerze, za muzyką klasyczną, a granie etiud na pianinie to była dla mnie mordęga.

Top 10 zaskakujących koncertów w Trójmieście, o których niektórzy zapomnieli
Wiele osób może nawet nie mieć świadomości, że zna pana muzykę. Osoby urodzone w późnych latach 70. i na początku lat 80. wychowały się na programie „5-10-15”, do którego czołówkę stanowi pana kompozycja instrumentalna „Bez ograniczeń energii”. Pana muzyka pojawiła się też w programie „Sonda” czy w „Dyskotece Pana Jacka”, więc pana twórczość towarzyszy temu pokoleniu od małego.
To ciekawe zjawisko – poza fanami inni ludzie znają najczęściej kilka największych hitów danego zespołu, a nasza twórczość jest bardzo szeroka. Kombi w ogóle jest ewenementem na polskiej scenie muzycznej, bo nie ma takiego drugiego zespołu znanego głównie z piosenek, który grałby aż tyle instrumentalnej muzyki. Moim zamierzeniem zresztą zawsze był zespół instrumentalno-wokalny. Nasza muzyka docierała do odbiorców poprzez programy, filmy – muzyka Kombi znajdowała się m.in. w filmach Zanussiego.
Dzisiaj ludzie przynoszą okładki płyt do podpisów i między innymi wyciągają rekordowo sprzedany w 1984 roku „Nowy rozdział”. Mówią, że nadal słuchają. Ważne jest, żeby zespół miał własny charakter i swoje brzmienie, bo dzięki temu przechodzi do historii i dodaje coś od siebie do wielkiego dorobku muzyki rozrywkowej.
Wspomniał pan o tym, jak ważna jest instrumentalna strona waszej muzyki. Czy stąd ta płyta instrumentalna, która pojawiła się w tamtym roku „Instrumentalnie”?
W naszej historii jest to pierwsza płyta instrumentalna. W 1986 r. była wydana tylko kaseta magnetofonowa „Kombi Instrumental Hits”, na której znalazło się osiem ówczesnych instrumentali. Teraz zarówno starzy, jak i nowi fani, którzy odkrywają muzykę Kombi, chcieli mieć taki pakiet z muzyką instrumentalną, więc dla nich przygotowałem tę płytę. Częściowo jest oparta o najnowsze utwory, a częściowo o nagrane nowe wersje największych instrumentalnych hitów oraz wersje instrumentalne kilku piosenek ze „Słodkiego miłego życia” na czele. Musiałem też dokonać wyboru, bo tu jest 16 utworów, ale jest w zasadzie materiał na drugie 16.
Czyli będzie kontynuacja?
To zależy od stanu moich możliwości czasowych i zdrowotnych. Na razie je mam, chociaż nie pracuję w takim tempie jak młodzi twórcy. Ale zainteresowanie jest spore, jak na zespół, który nie jest przecież obecnie na fali, tylko jest to historyczna marka. Nie pretenduję zresztą do tego, żeby się ścigać z młodymi twórcami i całym rynkiem muzycznym, którego nawet nie znam. Natomiast przez to, że ludzie chcą nadal słuchać naszych koncertów i tej muzyki, jestem bardzo aktywny.
Uważa pan, że przecierał szlaki w muzyce elektronicznej? Sam pan budował instrumenty, lutował…
Młodzi ludzie fascynują się dziś muzyką elektroniczną, która jest dzisiaj bardzo popularna: wszystko to, co się dzieje obecnie w muzyce, jest nafaszerowane technologią i elektroniką. Ja już w 1971 r. grałem trasy koncertowe, które miały tytuł „Żywa Muzyka Elektronowa” na długo przed latami 80. Nadal tworzę żywą muzykę elektronową. Nie korzystam z gotowców do jej nagrywania, a na koncertach podpieram się loopami i samplami, które spreparowałem sam.
Tworzenie niektórych dźwięków na syntezatorach nazywam szydełkowaniem: nawet pojedyncze dźwięki nagrywam, kręcąc gałkami, tworząc je w czasie rzeczywistym. Tak to wygląda przy nagraniach. Natomiast na koncertach najwięcej gram na syntezatorach Prophet 5 i Mini Korg 700s, na tych samych, na których nagrałem przed dekadami największe przeboje Kombi.
Co się jeszcze zmieniło w muzyce?
Dawniej grało się do tańca, głównie covery. Do dziś lubię, gdy moja muzyka jest taneczna, ma charakter, jak to się mówi, „pod nogę”. Ale poza tym dzieją się w niej naprawdę różne rzeczy – jest wielowarstwowa. Moje nagrane ścieżki to forma partytury orkiestrowej, tylko zamiast klasycznych instrumentów są to instrumenty elektroniczne, umowne, które stwarzam – elektroniczne brzmienia, których nie mógłbym przypisać do sekcji smyczkowej, dętej, czy do instrumentów drewnianych, a które są mi potrzebne, żeby ułożyć dany utwór i nadać mu charakter.
Poza tym w naszej muzyce nadal istnieją solówki, które ożywiają muzykę. Nie jest to tylko piosenka, czyli refreny i zwrotki, tylko jednak dużo się dzieje. Naczelny przebój Kombi „Słodkiego miłego życia” przecież też nie jest typową piosenką, nawet z tamtych lat, bo ma poważne, kultowe intro, które gram na syntezatorze Prophet-5 i na Korgu. Jest też solo na bębnach, które zagrał wtedy w pierwszym nagraniu Jerzy Piotrowski. Nasza muzyka w swojej całej historii była muzyką żywą, mimo że elektronową. W latach 80. była ciekawostką, bo łączyła elektronikę z gitarą, na której grał Grzegorz Skawiński, choć wcześniej nie planowałem mieć gitary w zespole. To tworzyło interesującą wartość, bo klawisze nie były tłem, jak w wielu zespołach.

Ma pan swoje patenty na granie na syntezatorach?
Gram na pewno w swój własny sposób, a pomagają mi w tym różne modyfikacje instrumentarium. W syntezatorze Prophet 5 są wyprowadzone z instrumentu dwa pedały, dwa potencjometry, które są bardzo istotne w nadawaniu pewnych artykulacyjnych zmian, żeby moje akordy czy granie solowe nie było martwe. Nie, że mam barwę numer 6 i tylko siłą uderzenia w klawisz mogę w nią ingerować, o ile mam klawiaturę dynamiczną. U mnie są możliwości działania na brzmienie nogami, nie mówiąc o tym, że pod lewą ręką mam też klasyczne pokrętła, którymi mogę manipulować. To wszystko nadaje osobisty charakter muzyce.
Skąd u pana w ogóle fascynacja muzyką elektroniczną?
Zacząłem od słuchania The Animals, a potem słuchałem wszelkich zachodnich zespołów, gdzie instrumenty klawiszowe nie były tylko dodatkiem. Poszedłem tą drogą. W latach 70. moja gra wzbudzała wielkie zainteresowanie. W Polsce w latach 80. muzyka elektroniczna nie była preferowana w radiach, choć dzisiaj jest chyba jeszcze gorzej. Ale nawet w muzyce rock i pop nie za wiele było klawiszowców. Dużo było zespołów tylko gitarowych. To wynikało może z PRL-u, z naszego zamknięcia. A w mojej wczesnej młodości klawiszowcy byli w natarciu w muzyce wielu zespołów z epoki Woodstock. Wielką gwiazdą był Emerson, Like & Palmer. Największy mój elektroniczny ogień przypadł na lata 1969-1975, czyli przed epoką Kombi, mimo że nie miałem jeszcze dostępu do produkowanego na świecie instrumentarium.
Jak pan ze swojej perspektywy widzi to, jak się zmieniła scena muzyczna? Pan grał z zespołem w Non Stopie, w Rudym Kocie, a dziś?
To się wszystko zmieniło. W Gdańsku kiedyś powstało wiele ogólnopolskich zespołów, ale żeby coś wtedy nagrać, to nie była taka prosta sprawa, nie było dostępnych studiów nagraniowych, jak dziś. Teraz każdy może nagrywać nawet w domu, wystarczy wydajny komputer, program i karta. Ja akurat pracuję w sypialni.
Wtedy można było nagrać tylko w Radiu Gdańsk. Trafiłem na dobry czas, bo jednym z redaktorów w muzycznym pionie był śp. Aleksander Szostak, który rok temu umarł. Każdemu zespołowi, który przyszedł do Radia Gdańsk i chciał coś nagrać, otwierał studio. W radiowych archiwach jest kopalnia sceny muzycznej z Trójmiasta. Alek Szostak cały czas mnie gonił, żeby nagrywać nowe utwory. One były często niedopracowane, bo nie nadążałem. Dzisiaj to zupełnie inny świat.
Co w takim razie robicie, aby brzmieć współcześnie?
Trudno byłoby grać hity, jak „Kochać cię za późno”, „Za ciosem cios” czy „Black and White” bez tych starych brzmień, które zastosowałem w nagraniach w latach 80. i one są powtarzane, ale zagrane są dzisiaj z nową dynamiką, z nowymi możliwościami, więc brzmią trochę inaczej. Fani mówią mi, że współcześnie. Natomiast to, co się zmieniło bardzo, to energetyka – energia ze sceny jest teraz ogromna, podobnie możliwości brzmieniowe, które dopracowałem w moim instrumentarium.
Pojawiają się też takie nowinki technologiczne jak lasery?
Gramy koncerty z laserami i robią one ogromne wrażenie, dlatego że do muzyki Kombi lasery pasują idealnie. Oczywiście gramy w finale tylko 25-30 minut z laserami, żeby nie zamęczyć wzroku słuchaczy, a to jest naprawdę niesamowite widowisko. Lasery stosowane były przez niektóre zespoły światowe od wielu lat. Ja wprowadziłem je 20 lat temu. Aranżacja laserów jest zsynchronizowana z muzyką. Każdy utwór ma inną. Utwory instrumentalne i laserowy show to specjalność i duży atut naszego zespołu.
A czy fascynowały pana komputery?
Tak, ale nie komputery jako takie. Rewolucją było dla mnie, gdy w sklepie muzycznym w Berlinie Zachodnim pokazano mi komputer Commodore i program do niego, gdzie mogłem nagrać 16 ścieżek poprzez midi i wykorzystać to jako formę magnetofonu do nagrania, ale także na koncertach do wypuszczenia pewnych sekwencji, których nie jestem w stanie zagrać z braku dodatkowych kilku rąk. Dzisiaj to się nazywa loopy, pewne gotowce nagrane i odtwarzane na koncertach.
Commodore pomógł już przy nagraniach płyty „Kombi 4”, na nim nagrałem basy syntezatorowe i perkusyjne rytmy. Sterował nim też wtedy brzmieniami, które miałem z analogowej perkusji Simmons. Komputer był po prostu platformą do programu muzycznego. Nie korzystałem nigdy z komputerów, żeby wykorzystać ich możliwości dźwiękowe.
Granie z komputerem było dość ryzykowne. Pamiętam taki koncert w latach 80. w Teatrze Wybrzeże, który był nafaszerowany polem magnetycznym, bo pod sceną były mechanizmy do poruszania sceną, różne urządzenia elektryczne, pewnie transformatory, jakieś okablowania, i Commodore nie wytrzymywał tego pola magnetycznego, odmawiając posłuszeństwa. W pracy nagraniowej w domu pracuję już na profesjonalnych komputerach, ale używam nadal komputera Atari ST, co też jest ciekawostką dla wielu fanów.
Chciałam zapytać o pana dzisiejszą kondycję, bo za trzy lata będzie pan obchodził 60-lecie swojej pracy twórczej, a teraz obchodzicie 50-lecie zespołu Kombi. Na emeryturę się pan chyba nie wybiera?
Nie wybieram. Dopóki mam chęć i energię, to będę pracował. Mam wiele pomysłów, ale czas pokaże, co uda się jeszcze zrealizować. Z racji na swój PESEL pracuję już trochę wolniej i staram się nie zarywać nocy. Nie mogę też całymi godzinami siedzieć przy instrumentach, bo kręgosłup protestuje. Ale nie pozwalam moim instrumentom na dłuższe przerwy, są ciągle w użyciu w pracy domowej i na koncertach. Ołówkiem wpisuję sobie ewentualne zadania do wykonania do mojego notatnika. Jednym z nich jest kontynuacja płyty „Instrumentalnie”, która bardzo podoba się fanom. Jeżeli się go podejmę, o czym jeszcze nie zdecydowałem, to sam jestem ciekaw, czy wykonam jeszcze tu na planecie Ziemia, czy w odległej galaktyce, w zdecydowanie lepszych warunkach.