Prawdziwe dziennikarstwo. Niezależna redakcja. ZA DARMO.

Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.

Z wizyty w Pekinie Trump wraca bez takiego przełomowego wielkiego dealu. Bo trudno uznać za przełom zapowiedzi Trumpa, że Chiny zobowiązały się do zakupu 200 samolotów Boeinga i amerykańskich produktów rolnych o wartości 10 miliardów dolarów; obietnice utworzenia rady mającej zająć się negocjacjami w sprawie redukcji ceł czy stwierdzenia amerykańskiego prezydenta, że Chiny zgadzają się, że konieczne jest przywrócenie swobodnej żeglugi w cieśninie Ormuz, dziś zamkniętej przez Iran w odpowiedzi na atak Stanów i Izraela. Zwłaszcza że chińskie komunikaty we wszystkich tych sprawach na razie nie zawierają konkretnych zobowiązań.

To nie jest film SF, to nagranie z Chin. Pokazali „mecha” GD01

Jednocześnie komentatorzy na całym globie odetchnęli z ulgą, że szczyt nie przyniósł eskalacji konfliktu między dwoma największymi mocarstwami. Bo w świecie nękanym przez kolejne wojny i kryzysy – w tym te prowokowane przez samego Trumpa – nikt nie potrzebuje dodatkowego źródła niestabilności w postaci intensyfikacji rywalizacji na linii Waszyngton-Pekin.

Trump już nie tak jastrzębi

Szczyt pokazuje też, jak w ciągu ostatnich lat zmieniła się polityka obecnego prezydenta wobec Chin. Trump w kampanii w 2016 r. wkroczył do amerykańskiej polityki jako antychiński jastrząb. Oskarżał wszystkie administracje od Clintona do Obamy o naiwną, jeśli nie po prostu głupią politykę wobec Chin. Zarzucał im, że otwierając amerykański rynek dla chińskich produktów, zniszczyły przemysłową bazę Stanów i dobrze płatne miejsca pracy w przemyśle. Chińczyków oskarżał o nieuczciwą konkurencję, kradzież amerykańskiej własności intelektualnej, przedstawiał chińskie ambicje jako zagrożenie dla amerykańskiego bezpieczeństwa narodowego.

Choć pierwsza wizyta Trumpa w Chinach na początku 2017 r. przebiegała w kordialnej atmosferze, to zaraz po jej zakończeniu Trump rozpoczął wojnę handlową z Chinami. Wojna ta nigdy nie została odwołana, w dużej mierze kontynuowała ją administracja Bidena. Jeśli pierwsza kadencja Trumpa coś trwale zmieniła w myśleniu amerykańskich elit, to właśnie na froncie chińskim: także demokraci uznali, że wcześniejsza polityka faktycznie była naiwna, że Chiny są systemowym rywalem Stanów i powstrzymywanie ich ambicji jest kluczową kwestią dla amerykańskiego bezpieczeństwa.

Cała delegacja wyrzuciła wszystkie prezenty. "Nic z Chin nie jest dozwolone"

Cała delegacja wyrzuciła wszystkie prezenty. „Nic z Chin nie jest dozwolone”

Przed drugą kadencją Trumpa komentatorzy spodziewali się dalszego zaostrzenia kursu wobec Chin. Wśród republikanów coraz większe wpływy zyskiwały głosy przekonujące, że przyszłość XXI wieku zdefiniuje rywalizacja amerykańsko-chińska i że Stany powinny skoncentrować całą swoją siłę w rejonie Pacyfiku, „zwijając” zbędne fronty – np. ograniczając swoje zaangażowanie w naszym regionie – a być może szukając porozumienia z Rosją.

Trump po powrocie do Białego Domu faktycznie zaangażował się w kolejną rundę wojny celnej z Chinami. Jego agresywna polityka szybko jednak zderzyła się ze ścianą. Chiny okazały się mieć wyjątkową odporność na ból, odpowiadały ciosem za cios, w pewnym momencie wzajemne cła przekraczały 100 proc. Chiny pokazały też, że są w stanie użyć swojej najgroźniejszej gospodarczej broni: ograniczeń eksportu metali ziem rzadkich. Są one konieczne do produkcji kluczowych nowych technologii, a to Chiny posiadają dziś dominującą pozycję w ich wydobyciu i przetwórstwie.

Trump podsumował wizytę w Chinach. "To był historyczny moment"

Trump podsumował wizytę w Chinach. „To był historyczny moment”

Wojna gospodarcza skończyła się ostatecznie rozejmem wynegocjowanym między Trumpem a Xi w koreańskim Pusan w październiku zeszłego roku. Szczyt w Pekinie – początkowo planowany na marzec, ale przesunięty z powodu wojny w Iranie – można uznać za drugi akt rozpoczętych w Korei negocjacji. Toczą się one w znacznie mniej konfrontacyjnym duchu niż polityka Trumpa wobec Pekinu z pierwszych miesięcy jego prezydentury. Jak zauważył „New York Times”, o ile wcześniej Trump konsekwentnie przedstawiał Chiny jako egzystencjalne zagrożenie, to jego wizyta w Pekinie wysyłała Amerykanom komunikat: Chiny to ktoś z kim możemy się dogadać i robić wspólne interesy.

Tymczasowy taktyczny pat

Czy taka zmiana retoryki Trumpa jest dowodem na klęskę jego dotychczasowej polityki wobec Chin i zwycięstwem Pekinu? Tak przedstawia to część komentatorów. Rush Doshi, dyrektor ds. Chin w Narodowej Radzie Bezpieczeństwa w czasach prezydentury Bidena, stwierdził, jak cytuje „Financial Times”, że „Chiny wygrały zeszłoroczną wojnę handlową, przygotowały korzystne dla siebie odprężenie i teraz chcą zabezpieczyć jego efekty na okres wykraczający poza kadencję Trumpa”.

Strona chińska opracowała już nawet specjalne określenie – „konstruktywna strategiczna stabilność” – mające opisywać nowe chińsko-amerykańskie relacje na przestrzeni następnych kilku lat. Problem w tym, że „konstruktywna strategiczna stabilność” jak dotąd nie rozwiązuje żadnych długotrwałych problemów na linii Waszyngton-Pekin, związanych z handlem i dostępem do rynków, przemysłową rywalizacją, technologicznym wyścigiem zwłaszcza w obszarze sztucznej inteligencji i jej militarnych zastosowań – gdzie Stany dysponują przewagą technologiczną, a Chiny kontrolują złoża metali ziem rzadkich, bez których nie da się produkować technologii – rywalizacją dyplomatyczną, Tajwanem.

O ile można sobie wyobrazić zakończone sukcesem negocjacje w sprawie dalszej redukcji ceł czy ułatwień w dostępie do rynków, to pozostałe kwestie znacznie trudniej rozwiązać. Potencjalnie najbardziej zapalny jest oczywiście problem Tajwanu. Chiny są zdeterminowane by „zjednoczyć” wyspę z Pekinem i choć wolałyby to zrobić w pokojowy sposób, to nie można wykluczyć wojny. Stany wspierają tradycyjnie Tajwan, choć nigdy nie obiecywały wyspie, że pójdą dla niej na wojnę z Chinami.

Xi zapytał Trumpa o Tajwan. Wymijająca odpowiedź

Xi zapytał Trumpa o Tajwan. Wymijająca odpowiedź

Przewodniczący Xi ostrzegł Trumpa, że sprawa Tajwanu może sprowokować konflikt między dwoma mocarstwami. Trump, wracając z Chin na pokładzie prezydenckiego samolotu, zapowiedział, że musi zastanowić się, czy wyrazić zgodę na zaakceptowaną przez Kongres sprzedaż amerykańskiej broni Tajwanowi. W wywiadzie dla Fox News przestrzegał też Tajwan przed ogłaszaniem niepodległości. Nawet jeśli nie brzmi to dobrze z tajwańskiego punktu widzenia, to ciągle za wcześnie, by móc powiedzieć, że Stany porzuciły Tajwan – choć gdyby faktycznie Trump zablokował sprzedaż broni po wecie Xi, to byłby to znaczący precedens.

Podsumowując, można zgodzić się z mieszkającą w Hongkongu hiszpańską ekonomistką Alicią Garcią Herroro, która w swojej analizie na łamach francuskiego magazynu geopolitycznego „Le Grand Continent” stwierdziła, że szczyt był wciśnięciem tymczasowej taktycznej pauzy w ramach strategicznej rywalizacji między mocarstwami. Ta pauza ani nie rozwiązuje problemów stojących u źródeł rywalizacji, ani nie zmienia jej parametrów. Daje jednak wszystkim chwilę spokoju.

"Tylko jedna osoba wie". Trump po rozmowach w Pekinie

„Tylko jedna osoba wie”. Trump po rozmowach w Pekinie

Julian Gerwitz, dyplomata i ekspert od Chin pracujący dla administracji Bidena, używa w swojej analizie na portalu X innej metafory: pata. Jego zdaniem ten pat w relacjach ze Stanami jest optymalnym stanem z punktu widzenia Chin i sukcesem przewodniczącego Xi. Pekinowi udało się bowiem przejść od obrony przed amerykańską ofensywą do zamknięcia ciągle największego mocarstwa w pacie. Przewodniczący Xi zmusił Trumpa, by spotkał się z nim jak równy z równym. Kluczowe pytanie brzmi teraz, twierdzi Gerwitz, czy Trump zaakceptuje ten pat jako ramę dla relacji z Chinami w dalszej części swojej kadencji, czy czeka nas kolejny zwrot i powrót do bardziej intensywnej rywalizacji z pierwszych miesięcy prezydentury.

Nie spieszmy się z ogłaszaniem chińskiego stulecia.

W czwartek podczas wystąpienia otwierającego szczyt przewodniczący Xi zadał pytanie „czy Stany i Chiny mogą uniknąć pułapki Tukidydesa”. Słowa te odbiły się szerokim echem w zachodnich mediach – nie bez powodu. Określenie „pułapka Tukidydesa” zostało spopularyzowane przez amerykańskiego politologa Grahama Allisona.

Zdaniem Allisona, najbardziej niebezpieczna dla pokoju jest sytuacja, w której dotychczasowy międzynarodowy hegemon słabnie, a jego pozycji zagraża nowe, szybko budujące potęgę mocarstwo. Tak było ze Spartą i Atenami w V wieku p.n.e., z Wielką Brytanią i wilhelmińskimi Niemcami przed I wojną światową, podobnie może być ze Stanami i Chinami.

Czy przewodniczący Xi przywołując „pułapkę Tukidydesa” dał do zrozumienia, że uznaje Stany za schyłkowego hegemona? Z pewnością chaotyczna polityka Trumpa może umacniać takie wrażenie po chińskiej stronie. Trump agresywną polityką handlową, atakami na sojuszników czy zwyczajną nieprzewidywalnością osłabił budujące amerykańską hegemonię relacje z najbliższymi aliantami i skłonił wiele stolic, by niezależnie od Stanów budować własne relacje z drugim najpotężniejszym mocarstwem, Chinami.

Rozmowy Xi-Trump. Ekspert ocenia, co po nich zostaje

Rozmowy Xi-Trump. Ekspert ocenia, co po nich zostaje

Od powrotu Trumpa do Białego Domu do Pekinu przyjeżdżają kolejni zachodni przywódcy – od Marka Carneya z Kanady, przez Friedricha Merza z Niemiec po Anthony’ego Albanese z Australii – co skrzętnie wykorzystuje chińska propaganda. Jak w czwartek ujawnił „Washington Post”, poufna analiza przygotowana dla szefa kolegium połączonych sztabów pokazuje, że amerykańska wojna w Iranie wzmocniła Chiny. Dzięki swoim inwestycjom w energie odnawialne Chiny są drugim po Stanach państwem najbardziej odpornym na szok energetyczny wywołany nową wojną w Zatoce. Pekin wykorzystuje wojnę, by sprzedawać swoje zielone technologie i rozwiązania energetyczne tak bliskim sojusznikom Stanów jak Filipiny czy Australia. Do krajów Zatoki Perskiej trafia chińska broń. Na tle chaosu wywoływanego przez administrację Trumpa Pekin może wydawać się wzorem stabilnej polityki.

Jednocześnie jest ciągle zdecydowanie zbyt wcześnie na ogłaszanie końca amerykańskiej hegemonii i początku chińskiego stulecia. Upadek hegemonii Stanów nie musi oznaczać wyłonienia nowej, świat może za to wejść w erę chaotycznej wielobiegunowości.

Chiny na pewno będą w niej jednym z kluczowych biegunów, ale niekoniecznie globalnym hegemonem. Zwłaszcza że mają cały szereg własnych problemów: od dramatycznego braku soft power, przez wsobność własnej kultury, po wyzwania związane z demografią i ograniczeniami ich modelu gospodarczego. Jakich szkód pozycji Stanów nie narobi jeszcze Trump, wiele z nich może odwrócić przyszła administracja – o ile Amerykanie znów nie wybiorą podobnie jak w 2024 r.