Zdarzenie opisała „Gazeta Wyborcza” na podstawie relacji pani Beaty, klientki jednego z sosnowieckich sklepów sieci. Przy kolejce przy ladzie mięsnej przełożona na całe gardło wyzywała sprzedawczynie. Kobieta była tak zażenowana, że zapytała inną klientkę o zdanie. Usłyszała, że to nie pierwszy raz.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Poniżone pracownice stały w milczeniu. Czytelniczka widziała wstyd w ich oczach. Sama zarządza zespołem. — Nieraz miałam uwagi do podwładnych. Nigdy jednak nie pozwoliłabym sobie, żeby rozliczać ich publicznie — komentuje.

Dr Krystian Dudek, profesor Akademii WSB w Dąbrowie Górniczej i specjalista ds. komunikacji społecznej, ocenia, że publiczne upokarzanie pracowników to „grzech ciężki i jedna z najbardziej destrukcyjnych form zarządzania”.

Ekspert zaznacza, że konstruktywna krytyka jest ważna, ale powinna być spokojna, rzeczowa i — przede wszystkim — niewygłaszana na forum. Lider, który myśli, że krzykiem buduje autorytet, jest w ogromnym błędzie.

„Syf” i „flejtuchy” przy ladzie. Skandaliczne zachowanie kierowniczki sklepu. Stokrotka reaguje

Dudek przytacza historię szefa, który publicznie upokorzył pracownika przy 150 osobach. Okazało się, że 3 miesiące wcześniej mężczyźnie zmarło dziecko. — Zapadła cisza. Wszyscy czuli, że szef najchętniej zapadłby się pod ziemię — relacjonuje profesor.

Redakcja opisem zdarzenia podzieliła się ze Stokrotką. Daria Raganowicz, menadżer ds. PR sieci, zapewnia, że firma przykłada dużą wagę do profesjonalnej komunikacji. — Przekazany sygnał zostanie zweryfikowany. Dołożymy starań, by standard oparty na wzajemnym szacunku był przestrzegany przez wszystkich pracowników — odpowiedziała.

Dr Dudek ostrzega, że skutki takich zachowań są długofalowe. W zespole narasta frustracja i bunt, a klienci — świadkowie sceny — oceniają nie tylko pracownika, ale całą kulturę organizacyjną marki.