Kiedy amerykański prezydent leci do jednego z najważniejszych partnerów gospodarczych świata i zabiera ze sobą ludzi kierujących największymi firmami, nie chodzi o kurtuazję ani wspólne zdjęcia. W delegacjach tego typu pojawiają się ludzie współtworzący siłę gospodarki: liderzy technologii, finansów, przemysłu i innowacji. Elon Musk z Tesli i SpaceX. Tim Cook z Apple. Przedstawiciele Boeinga i świata wielkiego biznesu.

To nie jest dekoracja.

To jest komunikat.

Państwo pokazuje: oto nasi ludzie, nasze firmy, nasze technologie i nasz ekosystem.

Silne państwa coraz częściej nie promują siebie sloganami. Pokazują system współpracy. Pokazują ludzi, którzy potrafią zamieniać strategię w inwestycje, miejsca pracy, rozwój i wpływy.

To prowadzi do prostego wniosku:

Państwo nie konkuruje z biznesem.

Państwo tworzy system wspierający własny biznes.

I tu zaczyna się polska historia.

Mam wrażenie, że w Polsce bardzo mało osób rozumie jedną podstawową rzecz: władza wykonawcza – ministrowie, administracja, samorządowcy – nie są od tego, żeby znać się na wszystkim.

Nie są od energetyki atomowej.

Nie są od marketingu miejsc.

Nie są od budowania marek.

Nie są od nowych technologii.

Ich rolą jest wyznaczanie kierunku, określanie celów, pilnowanie realizacji i podejmowanie decyzji.

Reszta to zarządzanie.

A zarządzanie zaczyna się od jednej prostej zasady: jeśli chcesz osiągnąć ambitny cel, zatrudniasz ludzi mądrzejszych od siebie.

To przecież oczywiste.

Gdyby dziś któryś region podjął decyzję o budowie elektrowni atomowej, żaden urząd nie usiadłby przy stole i nie powiedział:

„Spróbujmy sami to wymyślić”.

Nikt nie wyciągałby kredek.

Nikt nie zaczynałby od własnych pomysłów.

Pierwsza reakcja byłaby zupełnie inna:

Trzeba znaleźć najlepszych specjalistów.

Ekspertów.

Ludzi, którzy robili to wcześniej.

Ludzi, którzy wiedzą więcej.

I teraz pojawia się pytanie.

Dlaczego przy innych strategicznych decyzjach – takich jak promocja regionu, budowanie marki miasta, województwa czy kraju – nagle wszyscy uznają, że poradzą sobie sami?

Nagle pojawiają się kredki, logotypy i przekonanie, że intuicja wystarczy.

Tymczasem od ponad trzydziestu lat w Polsce są ludzie, którzy współtworzyli wejście zachodnich marek, budowali marki polskie, przygotowywali strategie i rozwijali komunikację. Pracują w agencjach marketingowych, brandingowych, PR-owych, eventowych i strategicznych.

Nie brakuje ekspertów.

Brakuje zaufania do ekspertów.

Przez lata wokół relacji państwo–biznes narósł jeszcze jeden problem: lęk.

Bywały momenty, gdy spotkania polityków i urzędników z przedsiębiorcami traktowano niemal jak potencjalne źródło podejrzeń. Cień oskarżeń o układy, lobbing czy korupcję bywał silniejszy niż potrzeba rozmowy.

Jednocześnie od lat słyszeliśmy o partnerstwie publiczno-prywatnym.

Idea była dobra.

Połączyć interes publiczny z doświadczeniem rynku.

Połączyć administrację i przedsiębiorców.

Stworzyć wspólny mechanizm działania.

Ale mam wrażenie, że częściej mówiliśmy o współpracy, niż ją budowaliśmy.

Dlatego od prawie ćwierć wieku powtarzam jedną rzecz.

Potrzebujemy trójkąta efektywności.

Państwo. Eksperci. Biznes.

Każdy z tych boków ma inną rolę.

Państwo – zleceniodawca. Wyznacza cele, kontroluje proces i przyjmuje rozwiązania.

Eksperci – przygotowują strategię i budują kierunek.

Biznes – beneficjenci i współinwestorzy.

Największe sukcesy nie rodzą się wtedy, gdy każdy działa osobno.

Rodzą się wtedy, gdy wszyscy siadają przy jednym stole.

Bo marka państwa nie powstaje w ministerstwie.

Nie powstaje też wyłącznie w firmach.

Powstaje pomiędzy nimi.