16.05.2026

Ten tekst przeczytasz w 2 min

Wykorzystanie możliwości, jakie daje Opera i Filharmonia Podlaska i włączenie do wyważonej inscenizacji tancerzy z zespołu Kurpie Zielone pozostawiają w pamięci widzów „włoskiej” „Halki” niezapomniane wrażenia.

Michał Znaniecki doskonale poznał kulisy białostockiego teatru. Potrafi wykorzystać jego rozmach, maszynerię, wie, na co pozwalają sławetne siatki i projekcje multimedialne. I nie waha się ich użyć. No i potrafi obronić pomysł na oddanie narracji duchom, pomieszanie świata żywych z umarłymi. Wszak czyż duchy nie obserwują naszych poczynań, a my czasem nie jesteśmy owładnięci szaleństwem i emocjami jakby nie z tego świata? Czyż nie o tym jest „Halka”?

I właśnie od tańca duchów zaczyna się historia nieszczęsnego romansu góralki z pięknym Januszem. Kiedy po raz pierwszy oczom widzów ukazuje się dwupoziomowy dwór, zapalają się ramy wykreowanych przez Znanieckiego obrazów, wrażenie jest niesamowite. I wtedy, w strojach z epoki, rozpoczynają się popisy tancerzy z Kurpi Zielonych, by nagle w tajemniczym ogrodzie objawiła się Halka. Ach, znamy te opowieści o owocach z zatrutego drzewa, które wręcz wyciąga swoje drapieżne macki po zbrukaną niewinność. I tu już śpiewacy mają szansę nie tylko popisać się głosami, ale też to i owo zainscenizować. A skoro na scenie mogli pojawić się akrobaci, to i do podobnych wyczynów można zaliczyć rolę Stanisława Kuflyuka – jak on to robił, że potrafił ugryźć jabłko, wypluć i niemal jednocześnie śpiewać. Ale dość dworowania. Sceny zbiorowe z dworu pełne są chórzystów ubranych w stroje według projektu – a jakże – Michała Znanieckiego. Reżysera symbolisty, który w śmiały sposób zamyka Janusza i Zofię w przezroczystej klatce i unosi ponad tancerzami. A kiedy patrzy się na Halkę próżno wyczekującą Jaśka pomiędzy kapliczkami – brakuje tylko wierszalińśkiego Guślarza. Ewidentnie reżyser czuje ducha miejsca. Tego miejsca. I budzi i włącza białostockich tancerzy do życia artystycznego.

Po oszałamiających energią scenach z góralskimi tańcami, których maestrię najlepiej obserwować z góry, w pełni do głosu dochodzi dramat Halki. Natalia Rubiś, śpiewająca po włosku, może oddać się szaleństwu, które egzemplifikuje truchło czarnego ptaka. To są te momenty, kiedy przydaje się dobra lornetka teatralna. Pełen szczerego bólu, bardziej niż litości czy pogardy, jest Jontek kreowany już i w wersji koncertowej przez Matheusa Pompeu. Jodły szumią, watra płonie, muzyka płynie z kanału aż do spektakularnego finału. Bo w świecie, który non stop jest w trybie online relacja z samobójstwa nikogo już nie dziwi.

Dziwić może nieco premierowe prowadzenie operowej orkiestry prze Fabio Biondiego. 15 maja w pierwsze kilkanaście minut brzmienie blach wręcz zabijało instrumentację, pierwsze wejście Mateusza Stachury w roli Dziemby orkiestra zwyczajnie zagłuszyła. Można było odnieść wrażenie, że dyrygent wciąż dociera się z muzykami. Czy to kwestia instrumentacji czy poziomów głośności poszczególnych partii instrumentów?

Włoski język nadaje tej inscenizacji wymiaru uniwersalnego. Niedowiarkom pozwala uwierzyć w niebywały talent Moniuszki, twó®cy nie tylko opery narodowej, ale po prostu światowej. A zatem jaka była premierowa „włoska” „Halka”? Słowo al dente jest tu w mojej opinii, jak najbardziej na miejscu. Wizualnie na ząb, do schrupania, muzycznie – lekko niedogotowana. Niewykluczone, że z każdym kolejnym pokazem będzie tylko lepiej. I takiej inscenizacji, w pięknym miejscu imienia właśnie Moniuszki, przegapić po prostu nie można. Polecam

#Zjerzonykulturą – Jerzy Doroszkiewicz