To nie jest zwykłe mistrzostwo. To mistrzostwo obronione, co w ostatnich dwóch dekadach w Ekstraklasie zdarzało się bardzo rzadko. Patrząc na XXI w., tylko dwóm zespołom się to udawało – Wiśle Kraków i Legii Warszawa. W sobotę, pokonując Radomiaka (3:1), co przypieczętowało tytuł Kolejorza, klub z Bułgarskiej wysłał sygnał, że nastał właśnie czas panowania Lecha w Polsce.
Nie zaryzykuję tezy, że będzie to panowanie na długie lata. Ale Lech na pewno wiele robi, by odjechać konkurencji (coraz silniejszej zresztą). Dziś nie ma bowiem w Polsce klubu lepiej zarządzanego od Lecha. Oczywiście, bardzo szanuję to, co dzieje się od kilku lat w Białymstoku, podziwiam GKS Katowice i Górnika Zabrze. Ale tylko u Lecha zgadza się wszystko: wynik sportowy, stabilne finanse, atrakcyjny styl gry oraz umiejętność wprowadzania młodych graczy i sprzedawania ich za konkretne pieniądze.
ZOBACZ WIDEO: Thierry Henry został ambasadorem. Nawet się nie zastanawiał
Nic, co dzieje się przy Bułgarskiej, nie jest kwestią przypadku. Kilka lat temu zarządzający klubem z właścicielem Piotrem Rutkowskim na czele obrali określoną drogę i konsekwentnie się jej trzymają. Nie zeszli z niej nawet wtedy, gdy pojawiły się wpadki, jak brak europejskich pucharów w sezonie i dopiero 5. miejsce w sezonie 2023/24. I już rok później byli mistrzami Polski.
Lech ma swoje określone DNA i dopasowuje do niego najważniejsze postaci w zespole. Nie odwrotnie. Trener Kolejorza w momencie zatrudnienia już wie, że drużyna ma grać ustaloną taktyką (4-2-3-1), prezentować na boisku atrakcyjny, ofensywny styl gry i odważnie stawiać na młodych piłkarzy. Na początku 2024 roku Lech wynajął specjalną firmę, która wedle tych kryteriów miała znaleźć poznaniakom odpowiedniego kandydata. Wybór padł na Nielsa Frederiksena i był to rzut w sam środek tarczy. Duńczyk spełnił wszystkie kryteria, a dodatkowo pokazał, że jest w stanie wyciągnąć zespół z kryzysów, których podczas swoich dwóch lat pracy przy Bułgarskiej było kilka.
Lech Poznań wydaje najwięcej na utrzymanie swojej akademii
Lech gra atrakcyjnie. Strzelił w tym sezonie najwięcej goli. I jak nikt inny wychowuje znakomitych piłkarzy, którzy nie uciekają z klubu w poszukiwaniu gry, bo wiedzą, że dostaną ją w pierwszej drużynie. W Poznaniu doskonale wiedzą, że kluby z tej części Europy powinny stawiać na szkolenie i „produkcję” zawodników. W zeszłym roku Lech wydał na utrzymanie swojej „fabryki” piłkarzy we Wronkach ponad 20 mln zł – najwięcej ze wszystkich klubów Ekstraklasy.
I jest spokojny, że te pieniądze się zwrócą. W aktualnym jeszcze sezonie aż pięciu młodych wychowanków grało regularnie lub w miarę regularnie. Bartosz Mrozek (bramkarz), Wojciech Mońka (obrońca) i Antoni Kozubal (pomocnik) są nominowani do nagrody dla najlepszego gracza na swojej pozycji w Ekstraklasie. Jest jeszcze Michał Gurgul, nienominowany, ale prezentujący bardzo wysoką formę.
O Kozubalu już się mówi w kontekście transferu nawet do Borussii Dortmund, Mońkę też Lech mógłby już sprzedać, ale nie musi, więc poczeka pewnie co najmniej rok. Mrozek najpewniej odejdzie. Ci, którzy opuszczą Wielkopolskę, dadzą konkretne wpływy do budżetu, jak w przeszłości Jakub Moder (11 mln euro), Jakub Kamiński (10 mln), Jan Bedarek (6 mln) czy Michał Skóraś (6 mln).
Legia przez lata roztrwoniła wszystko, co wypracowała
Aż chce się w tym miejscu wspomnieć – niestety – Legię Warszawa. Klub z największym potencjałem (marka, kibice, pieniądze), ale trwoniący wszystko, co przez lata wypracował. Za pieniądze z Ligi Mistrzów mógł odjechać całej lidze, a dał się wyprzedzić nie tylko Lechowi. Klub z Poznania jest dziś wszystkim tym, o czym marzył Dariusz Mioduski. Szef Legii lubił powtarzać, że akademia Legii jest najnowocześniejszą w tej części Europy. Być może, ale zupełnie w tym momencie nieefektywną. Młodzież nie dostaje szansy gry (trener, niezależnie kto nim jest, nie potrafi ich wprowadzić czy akademia wypuszcza zbyt słabych graczy?), przez co Legia nie ma piłkarzy o potencjale sprzedażowym. Jej budżet transferowy na lato wynosi okrągłe 0.
W Lechu te możliwości będą, rzecz jasna, dużo, dużo większe. Klub opiera swoją siłę na sukcesie ekonomicznym. Według danych Grant Thornton, za poprzedni sezon osiągnął przychód w wysokości 143,2 mln zł, co dało mu 2. miejsce w Ekstraklasie (lider Legia miał blisko 100 mln więcej, ale desperacka walka o utrzymanie w obecnych rozgrywkach mówi wszystko, jak te pieniądze spożytkowano). Na samych transferach zarobił ponad 36 mln zł. A te pieniądze nie są składane do skarpety, tylko inwestowane w coraz lepszych piłkarzy (Ali Gholizadeh, Leo Bengtsson, Luis Palma, Patrik Walemark).
Życzę każdemu polskiemu klubowi, by był tak zarządzany, jak w ostatnich latach Lech Poznań. By konsekwentnie trzymał się opracowanej wizji, zatrudniał trenerów nie z przypadku, tylko pasujących do konkretnych zadań (słyszysz, Legio?) i umiejącego rozwijać zdolną młodzież.
Lech prze do przodu jak – nomen omen – rozpędzona lokomotywa. I – kto wie – może za rok wyrówna inne osiągnięcie Wisły i Legii, które to w XXI w. aż trzy razy z rzędu zdobywały tytuł mistrzowski.
Jarosław Koliński, dziennikarz WP SportoweFakty