— Widzieliście, jak dostałem w nos? Piłka po bloku odbiła się od Kevina Tilliego, trafiła mnie prosto w twarz. Mocno poleciała mi krew — rzucił do dziennikarzy przyjmujący Sir Sicoma Monini Perugia Kamil Semeniuk, gdy zaraz po półfinałowym meczu Ligi Mistrzów w Turynie pojawił się w strefie mieszanej.

— Kamil chyba symulował — odpowiadał z uśmiechem słyszący jego słowa rozgrywający Projektu Jan Firlej.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Polała się krew, ale sytuacja została szybko opanowana i nie przeszkodziło to Semeniukowi w kontynuowaniu gry, a jego ekipie w zwycięstwie. Sir Sicoma Monini Perugia pokonała PGE Projekt Warszawa 3:0 (25:19, 25:20, 26:24) i w niedzielę przystąpi do walki o obronę tytułu sprzed roku. Dla Kamila Semeniuka będzie to szansa na czwarte złoto Ligi Mistrzów w karierze. Zanim w ubiegłym roku świętował triumf w barwach włoskiej drużyny, dwa razy stawał na najwyższym stopniu podium jako zawodnik ZAKSY Kędzierzyn-Koźle (2021, 2022). Cztery lata temu w Lublanie został nawet wyróżniony jako MVP finału.

— Za każdym razem podchodzę do takich zmagań jak do nowej historii i myślę o tym, co osiągnąłem wcześniej. Nasz trener mówił o tym, że nie przyjeżdżamy bronić tytułu, tylko zaczynamy rywalizację od zera, bo obecny sezon to inny rozdział niż rok temu. W gronie uczestników Final Four są też dwie nowe drużyny, więc trudno porównywać te zmagania — mówi Semeniuk.

Z grona ubiegłorocznych półfinalistów w Turynie znów rywalizuje nie tylko jego zespół, ale też Aluron CMC Warta Zawiercie. Z kolei dla PGE Projektu Warszawa i Ziraatu Bankkart Ankara jest to pierwszy w historii udział w turnieju finałowym Ligi Mistrzów.

Siatkarze z Perugii w półfinale nie dali szans stołecznej ekipie, choć ta postawiła im się w końcówce trzeciej partii, gdy polska drużyna miała nawet piłkę setową. Ostatecznie to triumfatorzy Ligi Mistrzów sprzed roku zwyciężyli na przewagi 26:24.

— Przestaliśmy wtedy być skuteczni na siatce, popełniając proste błędy. W trzecim secie przewaga zaczęła topnieć, doszło do remisu 22:22, a po naszej stronie pojawiły się nerwy. Dobrze, że zdołaliśmy zamknąć ten mecz w trzech partiach, bo trzeba oszczędzać siły na kolejne spotkanie — mówi Semeniuk.

Polski przyjmujący zdobył w tym spotkaniu 10 punktów, a razem z Wassimem Ben Tarą (18 pkt) byli zdecydowanymi liderami ofensywy ekipy z Perugii.

— Czuję w nogach, że musieliśmy się trochę napracować, żeby pokonać zespół z Warszawy. Jak już złapiemy swój rytm, to potrafimy dominować na boisku, ale wciąż przydarzają nam się momenty rozluźnienia i braku konsekwencji w tym, co robimy. Wtedy tracimy przewagi — mówi Semeniuk.

W niedzielę o godz. 20.30 jego zespół zmierzy się w finale ze zwycięzcą drugiego półfinału pomiędzy ekipami z Zawiercia i Ankary.