4 października Luiz Inácio Lula da Silva, ostatni Mohikanin socjalistycznej, robotniczej lewicy, który przeszedł z wielkiego zakładu przemysłowego do jeszcze większej polityki, znów zawalczy o prezydenturę. Jeszcze w grudniu ub.r. jego zwycięstwo wydawało się niemal pewne, nawet jeśli czynniki strukturalne nie działają na korzyść obecnej głowy państwa. Gospodarka wprawdzie rośnie, ale powoli i poniżej oczekiwań. Według danych brazylijskiego banku centralnego wzrost na koniec pierwszego kwartału tego roku wyniósł zaledwie 1,9 proc., czyli poniżej ubiegłorocznych prognoz. To ważne z punktu widzenia nie tylko statystyki i makroekonomii, ale też politycznego układu sił.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Brazylia, największy i najsilniejszy gospodarczo kraj w Ameryce Południowej, ma znaczącą klasę przedsiębiorców, często związaną z tradycyjnymi gałęziami przemysłu: wydobyciem ropy, hutnictwem czy przemysłem drzewnym. Ci ludzie są raczej konserwatywni, ale w poprzednich wyborach, w 2022 r., gremialnie poparli właśnie Lulę, a nie jego prawicowego przeciwnika Jaira Bolsonara. Ekspercki konsensus głosił, że „Trump tropików” przegrał, ponieważ jego fatalne zarządzanie w kryzysie pandemii koronawirusa doprowadziło gospodarkę na skraj przepaści. Kiedy potem próbował nie dopuścić do zmiany władzy, organizując nawet wojskowy komitet w celu przeprowadzenia zamachu stanu, przedsiębiorcy i latyfundyści dali mu do zrozumienia, że od nich poparcia dla takiego pomysłu nie dostanie.

Jair Bolsonaro

Jair BolsonaroSebastiao Moreira/EPA / PAP

Chociażby z tego powodu Lula powinien się martwić mikrym wzrostem, bo ludzie biznesu są barometrem nastrojów społecznych, a im mniej są chętni do publicznych deklaracji wsparcia, tym bardziej jest prawdopodobne, że go nie udzielą.

Mimo to Lula w sondażach trzymał się dzielnie. Jeszcze w listopadzie intencję głosowania na niego deklarowało 45,1 proc. Brazylijczyków — wynika z danych Americas Society i agencji Atlas International. W tym samym czasie Flávia Bolsonara, syna byłego prezydenta — kandydata wciąż hipotetycznego, bo nie potwierdzono jego startu w wyborach — popierało zaledwie 23 proc. Pół roku później obraz nie wygląda już tak różowo. Lula ma 43 proc. , Bolsonaro awansował do ponad 40 proc. A pojedyncze sondaże, nawet tak renomowanych pracowni jak Datafolha, pokazują wręcz wyniki remisowe, czasem też przewagę prawicowego polityka.

To jeszcze nie powód do paniki, Bolsonaro junior jest niedoświadczony, nie wiadomo nawet, czy dotrwa do wyborów. Jednak Lula i jego sztab nie mogą czuć się pewni wygranej. Zwłaszcza że w ostatnim opublikowanym sondażu, gdzie respondentom zadano pytanie o drugą turę wyborów, Bolsonaro prowadzi 47 proc. do 46 proc.

Flavio Bolsonaro

Flavio BolsonaroEPA/André Coelho / PAP

Mylny byłby jednak wniosek o gigantycznej polaryzacji w brazylijskiej polityce. W systemach prezydenckich takich jak ten, ustrojowo modelowanych na konstytucji Stanów Zjednoczonych, łatwo o fałszywą dychotomię. Ponieważ z reguły ścierają się tam przedstawiciele dwóch obozów: postępowego i konserwatywnego, kuszące jest stwierdzenie, że istnieją dwa odrębne plemiona. W rzeczywistości mamy do czynienia z czymś poważniejszym i bardziej niebezpiecznym dla przetrwania samej demokracji: z odrzuceniem klasy politycznej jako takiej.

Ta sama baza danych Atlas International, która symulowała wyniki drugiej tury, przedstawiała też pomiar elektoratu negatywnego — odsetka wyborców, którzy nigdy nie zagłosowaliby na konkretnego kandydata. To nieco inne badanie z punktu widzenia metodologii, gdyż udzielić można więcej niż jednej odpowiedzi. Pokazuje ono ogromne napięcia i frustracje społeczne. 51 proc. respondentów nigdy nie poparłoby Luli, 46 proc. Bolsonara. Łącznie aż pięciu wiodących kandydatów w tegorocznej kampanii miało wynik negatywny przekraczający 40 proc., w tym popularny w najmłodszej części elektoratu aktywista Renan Santos. Uprawnione jest zatem stwierdzenie, że Brazylijczycy chcą w polityce nowego otwarcia, co akurat dla Luli, ubiegającego się o czwartą kadencję prezydencką, nie zwiastuje nic dobrego.

Lepsze karty

Trzeba jednak powiedzieć, że wciąż walczy. Stara się, a nawet wykazuje większym wizjonerstwem niż większość dzisiejszych polityków obozu liberalno-progresywnego. Latem był, nie pierwszy zresztą raz, obiektem westchnień europejskich przywódców, bo jako jeden z niewielu otwarcie stawiał się Trumpowi, budując na tym spory kapitał polityczny. Ale żeby dobrze zrozumieć, co właściwie przyniosła taka konfrontacyjna wobec Białego Domu postawa, trzeba cały proces rozłożyć na czynniki pierwsze. Widać wówczas, że akurat brazylijskie władze, używając ulubionej frazy obecnej amerykańskiej administracji, miały w ręku lepsze karty.

Najpierw w maju Trump zagroził obłożeniem brazylijskich produktów importowanych do USA cłami w wysokości 50 proc. Ekonomiści uznali, że to doskonały dowód na ideologiczne, a nie gospodarcze motywacje prezydenta USA w wypowiadanej właśnie całemu światu wojnie handlowej. Z Brazylią bowiem Ameryka miała nadwyżkę handlową, nie było więc powodu karać rządu Luli — zwłaszcza że produkty kupowane od Brazylijczyków są dla Amerykanów ważne. Może to wydawać się błahe, ale w USA kawa nie rośnie, a jest ważnym elementem podstawowego koszyka konsumenckiego. Gdy cena paczki ziaren kawy potrafiła wzrosnąć o 7 dol. w ciągu trzech tygodni, polityka celna prezydenta zaczęła zwyczajnie uderzać po kieszeni nawet jego własny elektorat. W dodatku USA importują z Brazylii mnóstwo stali oraz wyrobów pochodnych, dzisiaj o znaczeniu strategicznym, i bez sensu było płacić za to więcej w imię potyczek ideologicznych Białego Domu.

Donald Trump

Donald TrumpPAP/EPA/WILL OLIVER

A rzeczywiście były to potyczki stricte ideologiczne — Trump w typowy dla siebie sposób, wyłącznie retorycznie i głównie we własnych mediach społecznościowych, próbował bronić Jaira Bolsonara w trwającym już wtedy procesie wytoczonym za próbę zamachu stanu. Groził sankcjami, wprowadził cła, wycofał nawet wizę kontrowersyjnemu sędziemu Sądu Najwyższego Brazylii Alexandre’owi de Moraesowi — wszystko po to, żeby brazylijski wymiar sprawiedliwości się ugiął i zostawił Bolsonara w spokoju. W sprawę dodatkowo zaangażował się Elon Musk, wtedy jeszcze na fali wznoszącej, chętniej niż teraz angażujący się w politykę, obecny na wideokonferencjach u Mattea Salviniego, Reform UK, AfD i w paru innych miejscach. Musk ma zresztą własną historię konfliktu z de Moraesem, który przymusił platformę X do usunięcia szerzących nienawiść kont i wpisów, bezpośrednio związanych z Bolsonarem, skrajną prawicą i inspirowaniem nieudanego zamachu stanu z 2022 r.

Ofensywa Amerykanów przyniosła jednak efekt odwrotny do zamierzonego, a Lula dostał „bonus Trumpa”. Podobnie jak inni politycy atakowani przez MAGA: Mark Carney w Kanadzie, a ostatnio Mette Frederiksen w Danii, Lula zyskał w sondażach, utrwalił wizerunek ideowca przywiązanego do postępowej tożsamości, nieugiętego związkowca walczącego z imperialną hegemonią amerykańską. Może nawet było mu łatwiej, bo jest politykiem ukształtowanym w czasach zimnowojennych, kiedy latynoamerykańska lewica formowała się przede wszystkim jako opozycja do jankeskiego neokolonializmu. Sprzeciw wobec Trumpa przyszedł mu więc naturalnie, był też w nim wiarygodny.

Wtedy po raz kolejny Lula zbliżył się do zrealizowania swojego największego pragnienia — stanięcia na czele międzynarodówki lewicowej — lub dzisiaj progresywnej. W czasach, kiedy, cytując bułgarskiego polityka Iwana Krastewa, „nowymi globalistami” stali się politycy skrajnej prawicy (w tym synowie Bolsonara), a ich przeciwnicy nie mają zasobów, infrastruktury, wspólnych konferencji czy instytucji, żeby skoordynować odpowiedź na działania reakcyjnej prawicy, Lula zwietrzył szansę.

Luiz Inacio Lula da Silva, prezydent Brazylii, i Giorgia Meloni, premier Włoch, na szczycie G7 w Borgo Egnazia, 14 czerwca 2024 r.

Luiz Inacio Lula da Silva, prezydent Brazylii, i Giorgia Meloni, premier Włoch, na szczycie G7 w Borgo Egnazia, 14 czerwca 2024 r.EPA/ETTORE FERRARI / PAP

Długo utrzymywał się na fali — do tego stopnia, że ekonomista z Harvardu Dani Rodrik pisał na portalu Project Syndicate, iż to brazylijski przywódca jest „liderem wyłaniającej się w tej chwili światowej mobilizacji przeciw Trumpowi”. Co prawda, esej napisany był w tonie narzekania, że polityków takich jak Lula jest niewielu, ale właśnie Brazylijczyk był wskazywany jako przykład dla reszty świata. Rodrikowi wtórowała Nathalie Tocci, szefowa włoskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (IAI), krzycząc wręcz do mikrofonu na grudniowej wiedeńskiej konferencji ERSTE Foundation: „Dlaczego my, Europejczycy, nie możemy być jak Lula?!”.

Problem w tym, że efekt Trumpa działa jak dopalacz — jest silny, ale szybko się wyczerpuje. Na samym sprzeciwie wobec amerykańskiej administracji — który akurat w przypadku Brazylii oznacza też wpadnięcie głębiej w ramiona Chin, zwłaszcza gospodarczo — daleko się nie zajedzie. I to jest główna przyczyna spadku poparcia dla Luli w sondażach i uwiarygodnienia się Bolsonara juniora jako potencjalnego rywala. Lewicowy przywódca zaczyna się zachowywać trochę jak Emmanuel Macron w czasie wyborów prezydenckich w 2022 r. Tak mocno koncentruje się na polityce zagranicznej, próbując odgrywać rolę przywódcy kontynentu, a nie kraju, że zapomina o bolączkach swoich wyborców. I choć zniżki sondażowe są aż nadto widoczne, brazylijska lewica nadal próbuje się internacjonalizować.

Cisza nad Barceloną

W kwietniu w Barcelonie Lula zorganizował, razem z premierem Hiszpanii Pedrem Sánchezem, pierwszy zlot światowej progresywnej sieci politycznej. Media poświęciły jednak temu wydarzeniu mało uwagi, bo też niespecjalnie było o czym mówić.

"Tygodnik Przegląd" nr 20

„Tygodnik Przegląd” nr 20Tygodnik Przegląd / mat. prasowe

Zlot nowej lewicy z całego świata raczej unaocznił różnice w tym ruchu niż podobieństwa. Do Barcelony przyjechał chociażby amerykański senator Partii Demokratycznej Chris Murphy, który mówił wyłącznie o kryzysie demokracji w jego własnym kraju. Lars Klingbeil, niemiecki wicekanclerz, wygłosił płomienne przemówienie o europejskiej zapaści gospodarczej i braku szans dla młodych. Sánchez skoncentrował się na migracji, której np. Niemcy z SPD wcale nie popierają. Lula z kolei uderzał w wysokie tony — mówił o nowej klasie pracującej, załamaniu wynikającym z katastrofy klimatycznej, globalnych nierównościach rosnących w zastraszającym tempie. Dużo słów, ale mało konkretów.

I trochę tak zaczyna wyglądać jego kampania o reelekcję. Lula oczywiście jeździ po kraju, kręci rolki na Instagram i TikToka, ale używa ogranych już argumentów. Transfery bezpośrednie, subsydia dla najuboższych — te akurat narzędzia z zakresu polityki rozwojowej w Brazylii zawsze się sprawdzały. Zwłaszcza kiedyś, gdy społeczeństwo było o wiele uboższe. Kiedy Lula rządził pierwszy raz, w latach 2003-2011, wydźwignął miliony osób z biedy swoimi programami socjalnymi. Dziś jednak to nie zadziała, bo Brazylijczycy mają inne potrzeby. Wydaje się więc, że ani oni, ani nawet świat nie potrzebuje już związkowego bohatera, który gotów był zawsze poświęcić wszystko w imię sprawiedliwości społecznej. Pora, by nawet ten związkowiec wreszcie to zrozumiał.