Lech Poznań po raz dziesiąty zdobył mistrzostwo Polski i pierwszy raz w tym stuleciu potrafił obronić tytuł zdobyty przed rokiem. Ten sukces to nie przypadek, a konsekwencja trzymania się swoich idei, które teraz przynoszą sukces. „Kolejorz” staje się takim klubem, o którym marzył każdy kibic. Stawianym słusznie za wzór na polskim rynku.

Dla ludzi z pokolenia dzisiejszych 30-, 40-latków, obecny Lech Poznań to ten najmocniejszy za ich życia. W ciągu pięciu lat potrafił zdobyć trzy tytuły i trudno nie odnieść wrażenia, że z roku na rok Lech więcej zarabia, więcej zdobywa i więcej pracuje. To tworzy dzisiejszy sukces, na który Lech zapracował konsekwencją w działaniu i słusznie dzisiaj stawiany jest w Polsce jako wzór.

Dalsza część tekstu pod wideo

Trzeba sobie powiedzieć wprost – zaczynając od góry – że Piotr Rutkowski, Karol Klimczak i Tomasz Rząsa mogą się czuć jak zwycięzcy. Kiedyś stawiani jako synonim porażki, dzisiaj prowadzenie przez nich klubu w odpowiedni sposób zaczyna przynosić oczekiwany dla kibiców efekt. Lata włożonej pracy, cierpliwości oraz czasu zaczynają oddawać, bo Lech kupuje lepszych piłkarzy, zatrudnia lepszych trenerów i jeszcze więcej inwestuje w akademię oraz skauting.

Jednak ten sezon – jak cała historia Lecha – miał wzloty i upadki. Były momenty na koniec sierpnia, na przełomie października czy listopada oraz na początku 2026 roku, kiedy wiele osób mogło wątpić, czy to wypali. W końcu Lech zawsze po mistrzostwach wpadał w turbulencje. Żaden trener (nie licząc odejścia Skorży w 2022) nie potrafił przetrwać kryzysu i był zwalniany. Ba! Lech w XXI wieku ani razu, w żadnej kolejce następnego sezonu po mistrzostwie, nie był przez chwilę liderem. A Niels Frederiksen? Nie dość, że w 26 kolejce wskoczył na pierwszą lokatę, to już nie oddał jej do końca. A przecież jesienią było w pewnym momencie -7 do Jagiellonii Białystok.

Po porażce w listopadzie z Arką Gdynia i przed meczem z Radomiakiem Frederiksen był ogromnie krytykowany. Sam nawet odpowiedział, że „nikt chyba nie jest tak głupi, żeby go zwolnić”. No i na szczęście nikt nie był.

Frederiksen i Sindre Tjelmeland wprowadzili Lecha na zupełnie inny poziom. Intensywności, jakości pracy, zasad funkcjonowania. Potrafili w kluczowych momentach – po słabszych występach – tak ustawić zespół, że reagował na niepowodzenia w odpowiednim momencie i w najlepszy możliwy sposób.

Porażki z Rayo i Arką przy prowadzeniu odpowiednio 2:0 i 1:0, a zakończone 2:3 i 1:3. Następny mecz? Wygrana z Radomiakiem 4:1. Porażki z Lechią i Piastem? Wygrana 1:0 na wyjeździe z Górnikiem. Trzy porażki z rzędu na trzech różnych frontach, pożegnanie z Pucharem Polski? Wygrana w Lubinie 1:0 i potem seria 10 meczów bez porażki (tylko trzy remisy), licząc wygraną z Szachtarem.

No właśnie – wyjazdy. To mistrzostwo zostało absolutnie zdobyte w delegacjach. Dziewięć zwycięstw poza Bułgarską i na koniec odczarowany pechowy dla Lecha Radom. Są tylko trzy tereny, z których Lech wracał pokonany – Gliwice, Gdynia i Łódź.

Co jeszcze? Powroty do meczów. Z tym był ogromny problem w zeszłym sezonie. Wówczas można było rozejść się, gdy Lech jako pierwszy tracił bramkę. Dopiero w 33. kolejce poprzedniego sezonu udało się wrócić dwa razy na remis z GKS-em Katowice, co starczyło do utrzymania miana lidera. Teraz? Z pozycji przegrywającego „Kolejorz” zdobył aż 15 punktów, a nie jeden. Ogromna siła mentalna wykuwana podczas zdobywania doświadczenia w Europie. Lech przecież pierwszy raz zdobył tytuł, grając przez prawie cały sezon w Europie. Łącznie 54 rozegrane mecze.

Oczywiście, są jeszcze rezerwy, jak niezdobyty przez 17 lat Puchar Polski czy gra przy Bułgarskiej w tym sezonie, ale obecny Lech jest w stanie wygrać z każdym w Polsce i co najważniejsze – wszystko wskazuje na to, że kapitanem tego pokładu dalej będzie Niels Frederiksen.

Duńczyk przyszedł do Lecha zbudować się poza własnym rynkiem. W dwa lata zdobył dwa tytuły. Lepiej się nie dało. Jest pierwszym zagranicznym trenerem, który coś wygrał z Lechem i od razu wszedł do panteonu trenerskich legend klubu, bo na 10 mistrzostw, po dwa mają śp. Wojciech Łazarek, Maciej Skorża i właśnie Duńczyk.

Jaką szansą jest to mistrzostwo?

Przede wszystkim pierwsze słowa, jakie nasuwają się na myśl, to wreszcie „dojechanie” klubu do oczekiwań i potencjału całego regionu. Lechowi od lat było zarzucane, że nie potrafi tego wykorzystać, a przy słabszych latach to właśnie społeczność Lecha pokazywała wielkość klubu i nieco wynosiła Lech do odpowiedniego poziomu. Teraz pokazują to też wyniki sportowe. Budzi się ten uśpiony potencjał, co widać po kolejnej rekordowej frekwencji, jeśli chodzi o domowe mecze „Kolejorza”. Lech znowu przynosi chwałę swojemu miastu i całemu regionowi. Wreszcie bycie kibicem Lecha to zasłużona duma.

Kibice Lecha pewnie dobrze pamiętają czasy podbierania wychowanków przez Legię. Wielokrotnych porażek, mokrych szmat. „Kolejorz” ostatecznie przestał być memem, broniąc jako jedna z trzech drużyn w XXI wieku tytuł pmistrzowski.

W piłce często najtrudniejsza jest właśnie kontynuacja sukcesów – w lidze czy w Europie. Obrona tytułu jest szansą, by to zatrzymać i nie wracać co jakiś czas do ustawień fabrycznych.

Dzisiaj doceniamy upór Lecha i konsekwencję, także w stawieniu na ludzi i pozostawieniu większości na stanowiskach po słabym sezonie 2023/24. Wówczas nie doszło do wymaganej fali zwolnień na czele z Tomaszem Rzasą, którego też słusznie obarczono kończeniem sezonu z Mariuszem Rumakiem u steru.

Dziś fundamenty Lecha stoją na czterech nogach – Europa, sukces krajowy, skauting i akademia. Ta solidna praca pozwoli Lechowi na utrzymanie pewnego statusu i dalszy rozwój w budowaniu solidnej europejskiej marki. Takie są oczekiwania i Lech dzisiaj może je spełniać.

Bohaterowie

O zarządzie i dwóch głównych trenerach już było. Cały sztab zasługuje jednak na brawa. Są tam przecież Antoni Cepek (trzy mistrzostwa), Hubert Wędzonka (dwa mistrzostwa) czy trener bramkarzy Dominik Kubiak (dwa mistrzostwa). I nie tylko oni.

Mikael Ishak – legenda, kapitan, lider. W tym sezonie świętował 100. i 101. gola w barwach Lecha. Mnóstwo ważnych bramek w tym sezonie, jak na remis z Jagiellonią, dwa gole z Legią, gol i asysta w meczu z Radomiakiem, gol na wagę trzech punktów z Zagłębiem czy Górnikiem. Bez niego nie byłoby tego kolejnego mistrzostwa. Absolutna legenda.

Magicy – Ali Gholizadeh. Co tu dużo mówić, geniusz na nasze boiska. Dalej – Luis Palma – świetny początek i końcówka. Piłkarz, o którym kiedyś można by tu pomarzyć. Teraz tu jest. Walemark czy Bengtsston – pierwszy długo nie mógł się wstrzelić, trafił na 3:1 w Radomiu. Leo? Być może najlepszy piłkarz wiosny.

Wychowankowie – Mrozek, Gumny, Gurgul, Kozubal, Mońka – każdy z nich dał bardzo dużo. Jagiełło, Rodriguez, nawet Ouma pomógł w ważnych momentach. Milić? Z problemami, ale lider defensywy i kandydat na legendę klubu. Joel Pereira? Geniusz techniczny na prawej obronie. Można tak wymieniać, bo sukces tutaj miał faktycznie wielu ojców i pokazuje, jak szeroką i mocną kadrę zbudowali Tomasz Rząsa oraz Piotr Rutkowski. Ale też i bardzo doświadczoną kadrę, która nie pękała w końcówkach sezonu. Potrafiła ona postawić kropkę nad i. Duży szacunek, bo to przez lata w Poznaniu były problemy, by „dowozić” na ostatniej prostej.

Wielkie gratulacje! Czas na odpoczynek i kolejne wyzwania, bo każdy w Poznaniu marzy o Lidze Mistrzów, a to marzenie pierwszy raz może być najbliższe Lechowi Poznań w całej jego historii.